Bartek Pająk

Dodano: 29.06.2018
Autor: Wojtek Andrzejewski

Pochodzi z Tarnowa, ale muzyczne wiatry przywiały go do Wrocławia, gdzie ukończył Akademię Muzyczną i ubogacił swoimi perkaszynami lokalne środowisko muzyczne, współtworząc liczne projekty. Jest perkusjonistą Mesajah, ale oprócz tego tworzy zespół perkusyjny Beats Beasts, w którym rozwija technikę i akrobatykę werblową.

Wojtek Andrzejewski: Imię?

Bartek Pająk: Bartłomiej.

Nazwisko?

Pająk.

Wiek?

25 lat. Atmosfera jak na przesłuchaniu... (śmiech).

Taki młody, a bębni jak stary...

(śmiech) Bo zaczynałem grać na perkusji, jak miałem 7 lat.

Biedne dziecko. Przytulić cię? (śmiech)

Co ty! Było super! Rozpocząłem naukę w Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej I i II stopnia w Tarnowie z nadzieją, że błyskawicznie zostanę bębniarzem. Pamiętam, że wtedy bardzo podobali mi się perkusiści, których czasem widziałem w telewizji, a czasem na żywo. W szkole dostałem werbel, co umacniało mnie w nadziei, że za chwilę do mojej dyspozycji będzie cały wieeeeelki zestaw. No, ale tak się nie stało. Za to pojawił się ksylofon... I kształcenie klasyczne...

I to było pierwsze rozczarowanie?

Wtedy tak, ale dziś, jako świadomy muzyk, rozumiem, że ten etap był bardzo ważny i potrzebny, bo dzięki niemu dziś jestem perkusjonistą. Miałem też dużo szczęścia, bo oprócz instrumentów klasycznych w tej podstawowej edukacji mieliśmy bardzo dużo działań z perkaszynami. To dzięki Sławkowi Bernemu i Sylwkowi Malinowskiemu, którzy zajmowali nam czas swoimi warsztatami. Dobrze wspominam ten pierwszy etap muzycznego życia.

W tym samym czasie, kiedy uczyłeś się w szkole trzymać „grzechotki” i bawić nimi, równolegle uczyłeś się grać na zestawie perkusyjnym.

Starałem się iść tymi dwiema kompletnie różnymi od siebie drogami równolegle. Jedna i druga sprawiała mi wielką frajdę i dzieje się tak do dziś.

Ale bardziej czułeś zestaw czy perkaszyny? Tylko szczerze i bez krętactw! (śmiech)

W tamtym okresie chyba jednak bardziej zestaw. Interesował i inspirował mnie od dzieciaka. Bardzo często droga do świata instrumentów percussion wiedzie właśnie przez zestaw perkusyjny, który jak wiadomo z historii muzyki, jest o wiele młodszy od klasycznych instrumentów perkusyjnych. Przyszedł w moim życiu taki czas, że przebranżowiłem się i totalnie poświęciłem uwagę instrumentom percussion.

Kiedy i w jakich okolicznościach rytmicznej przyrody to się wydarzyło?

Na drugim roku studiów w Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu. Kupiłem pierwszy zestaw cong i zacząłem na nich ćwiczyć bardzo poważnie. Później doszły bongosy. W tym czasie też zacząłem wchodzić na wrocławski rynek muzyczny, na którym było zapotrzebowanie na perkusjonistów. Mniej lub bardziej świadomych tematu... (śmiech)

Jak pogłębiałeś świadomość?

Oprócz kształcenia się na Akademii, wspierałem kolorami brzmienia różne projekty. Jak wiadomo, perkaszyny ubarwiają rytm i muzykę. Bardzo pomagały mi w tym warsztaty z Jose Torresem. Pochłaniałem wszelką literaturę na temat grania i instrumentów Percussion. Do rana zasiadywałem się na YouTube. Miałem też okazję grać ze świetnymi muzykami z Kuby. Uczyłem się od nich, kiedy tylko pojawiali się w mieście.

Jesteś perkusjonistą w zespole Mesajah i podobno miałeś propozycję wyjazdu z nimi na Jamajkę?

Zgadza się, ale niestety w tym roku z różnych, niezależnych ode mnie, przyczyn się to nie udało. Bardzo żałuję. Może w przyszłym stanie się to realne. Część zespołu systematycznie jeździ tam co roku tworzyć teksty i muzykę.

Ale udało ci się w zeszłym roku zostać endorserem firmy Meinl. Jak do tego doszło?

Do aplikowania o endorsement Meinla namówił mnie perkusista Mesajah – Piotrek Kubański. Obserwując mój warsztat i to, że mam bardzo dużo instrumentów tej firmy, znam ją, przekonał mnie do tego, że warto spróbować. Przedstawiłem firmie swój dorobek artystyczny i moja aplikacja powiodła się. Dopiero rozpoczynam współpracę. Mam nadzieję, że dla obu stron będzie ona korzystna.

Jak dalej chciałbyś rozwijać swoją – całkiem dynamicznie się rozkręcającą – karierę?

Bardzo poważnie planuję wyjazd do USA. Chciałbym uczyć się dalej w którejś ze szkół perkusyjnych. Stany od zawsze kojarzyły mi się z kolebką grania na perkusji, bo oprócz grania na perkaszynach, od lat moją wielką pasją jest werbel. Jak wiadomo, za oceanem są najlepsi muzycy i chciałbym przy ich udziale, pod ich okiem, wskoczyć na jeszcze wyższy level wyczynowego grania na werblu. Poznać nowe techniki akrobatyki werblowej, którą się zajmuję.

No właśnie! Wywijasz wyczynowo na werblu. Długo się tego trzeba uczyć?

Długo... (śmiech) Najpierw trzeba się nauczyć dobrze podstaw gry na werblu i poczuć w nich na tyle swobodnie, żeby mieć czas i energię na zabawę w triki. Ale jak ktoś to kocha to nie jest to męczące, tylko absorbujące. Widzę, jak wiele osób chciałoby pewne sztuczki z pałkami i werblem osiągnąć „na już”, a tak się nie da. Trzeba ostro ćwiczyć. Bardzo pomocną jest w tym zakresie świetna szkoła Jeffa Queena na temat akrobatyki werblowej. Sporo fajnych technik można oczywiście znaleźć także na YouTube. Warto korzystać z tego dobrodziejstwa.

Wraz z Sylwkiem Malinowskim stworzyłeś grupę perkusyjną Beats Beasts. Opowiedz o tym projekcie.

Chcieliśmy stworzyć zespół na wzór amerykańskich grup werblowych. Zainspirowały nas one do stworzenia Beats Beasts. Na początku roku 2017 zadebiutowaliśmy w ośmioosobowym składzie, występując w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, gdzie spotkaliśmy się z ogromnym entuzjazmem ze strony publiczności. Oprócz mnie i Sylwka, zespół tworzą znakomici muzycy – Maciej Moskal, Robin Błaszkiewicz, Marceli Foltan, Michał Banaś, Krystian Bartusik, Michał Pękosz. Kolejnym osiągnięciem grupy było nagranie klipu do autorskiego utworu 8MEN. Nawiązaliśmy współpracę z wrocławskim raperem L.U.C, z którym regularnie koncertujemy. Kooperacja ta zaowocowała wydaniem płyty „Dialog” oraz nagraniem kilku teledysków. Cały czas się rozwijamy i co dla wielu pewnie będzie ciekawe – odkopujemy bardzo bogate tradycje werblowe, jakie miał nasz kraj.

A jako perkusjonistę, jaki instrument najbardziej cię absorbuje?

Ten, od którego zacząłem przygodę z kolorami – conga. Bębny te pozwoliły mi wypracować technikę, która odpowiednio przełożona, pozwala pracować z innymi instrumentami – bongosy, cajon i wiele, wiele innych. Nie szufladkuję się do jednego instrumentu. Perkusjoniście – muzykowi, który operuje kolorami w brzmieniu, nie wolno się szufladkować, zamykać na jedno brzmienie, jedną formułę. To cholernie kolorowy, ale i zobowiązujący do nieustannej eksploracji świat dźwięków. I ocean możliwości. Tak z perspektywy czasu mogę o nim powiedzieć. Mam wiele pomysłów na pływanie w nim... (śmiech).

Dużo czasu poświęcasz ćwiczeniom?

Z braku czasu nie tak dużo, jakbym sobie tego życzył. Instrumentów, których techniki chciałbym zgłębić, jest cała masa. Oprócz prób z zespołami, w wolnych chwilach ćwiczę akrobatykę werblową i różne rytmy na instrumentach percussion. A nawet, jak nie ćwiczę, to fruwają one w mojej głowie (śmiech).

Czy masz konkretny system ćwiczeń?

Poza systematyczną rozgrzewką i ćwiczeniem poszczególnych uderzeń to nie mam. Za każdym razem próbuję urozmaicać swoje ćwiczenie o nowy rytm, którego uczę się z książek, z YT albo kopiuję zagrywki z płyt.

Ulubiony rytm...

Tumbao, bo od jego przekształcenia jest masa innych rytmów.

Jacy artyści cię inspirują?

Jeżeli chodzi o werbel to na pewno duet BYOS, od chłopaków czerpię mega inspiracje, rozpoczynając od ich świetnej techniki, prędkości i precyzji grania na werblu, kończąc na coraz to nowszych trikach, które systematycznie wrzucają do sieci. Na bębnach moją inspiracją są tacy perkusiści, jak Vinnie Colaiuta, Jojo Mayer, Tony Royster Jr., Aaron Spears i wielu innych. To tak naprawdę szczyt góry lodowej. Na perkaszynach na pewno Luis Conte, Poncho Sanchez, Giovanni Hidalgo, Pedrito Martinez czy też inni perkusjonaliści z Jamajki i Kuby, których słucham na płytach muzyki kubańskiej i reggae. Cały czas mnie zaskakują z różnych stron albo feelingowo, albo prostotą gry, albo wsadzeniem jednego uderzenia w miejsce w takcie, którego nikt by się nie spodziewał, a dopiero wtedy to tak naprawdę groovi.

Jakie przeciwności napotkałeś na swojej perkusyjnej drodze i jak stawiałeś im czoła?

Z perspektywy czasu teraz zupełnie inaczej to wygląda, ale zaraz po przyjeździe do Wrocławia musiałem wziąć życie w swoje ręce i spróbować wejść w całe muzyczne środowisko. Pierwsze próby, grania na jam session, pierwsze kontakty i koncerty… To było moje wyjście poza strefę komfortu. Na szczęście na swojej drodze spotkałem świetnych muzyków i dobrych ludzi, którzy bardzo mi pomogli w tamtym okresie i pomagają do dzisiaj.

Rozmawiał: Wojtek Andrzejewski
Fot. Michał „Karas” Run
www.fotobykaras.pl