Krzysztof Gradziuk (RGG)

Dodano: 18.09.2018

Nasz gość to doskonała definicja muzyka jazzowego. Muzyka jazzowego jakich teraz mało, dlatego z jeszcze większą przyjemnością prezentujemy rozmowę, która jest pełna stanowczych i jasnych twierdzeń. Uprzedzamy jednak, że lektura wywiadu skierowana jest do osób, które wiedzą co oznacza czytanie między wierszami i potrafią kojarzyć fakty.

W 2017 roku pojechaliśmy dzięki Silesii Music Center na coroczne spotkanie z firmą Pearl. Impreza odbywała się na promie w niemieckiej Kolonii i miała charakter kulturalno-rozrywkowy. Nowe zestawy Masterworks rozstawione dookoła prezentowały się okazale. Pracownicy firmy dumnie opisywali kolejne konfiguracje, a po chwili za bębnami siadał zaproszony specjalny gość celem praktycznego zademonstrowania właściwości instrumentu. Przyszedł czas na zestaw Heritage, czyli wiadomo, że będzie bardzo klasycznie. Za bębnami zasiadł Pete York, ponad 70-letni wybitny weteran jazzu, który o dziwo nie mógł sobie za dobrze poradzić z klasykiem klasyków Sing Sing Sing. Spojrzałem w stronę Krzysztofa, któremu mało para z uszu nie poszła po usłyszeniu tak koślawo zagranej legendarnej kompozycji i to na zestawie, który potencjalnie jest w sferze zainteresowań. Chwilę po zakończeniu oficjalnej prezentacji, gdy rozpoczęło się sprawdzanie instrumentów, za bębnami usiadł właśnie Krzysztof. Sprawa była jasna, jak należy grać na tym zestawie. Przez salę, pełną dystrybutorów i dilerów sprzętu muzycznego z całej Europy, przeszedł szum prawdziwego podziwu dla naszego perkusisty. Jak sam później stwierdził, musiał usiąść i wyjaśnić sytuację, ponieważ nie mógł zdzierżyć tego, co wyrabiał pan York.

To zdarzenie dobrze opisuje sylwetkę Krzysztofa Gradziuka, człowieka, który nie jest w stanie zdzierżyć taniochy i partactwa w muzyce. Jego opinie są stanowcze i poparte rzeczową argumentacją. Oczywiście, zdarzają się tematy, z którymi można polemizować, ale jest to tylko potwierdzenie tego, że Krzysiek jest człowiekiem nieszablonowym. Doskonale wie, kim chce się otaczać w muzyce i jaka twórczość go interesuje. Ma też świadomość tego, w jakim kraju żyje i jakie są z tego tytułu ograniczenia, ale też profity. Zna system edukacji muzycznej w Polsce na wylot, sam jest wieloletnim wykładowcą (ZPSM im. F. Chopina w Warszawie, czyli tzw. Bednarska). Ma w swoim dorobku wiele nagród różnego rodzaju festiwali i przeglądów jazzowych. Zresztą nie ma co się oszukiwać – jeńców w tym temacie nie bierze i nie nachyla się w stronę słodkich klasyków, jakie męczy np. Ginger Baker czy też jakichś elektronicznych alternatywnych miszmaszów. Dowodem na to jest chociażby najnowsza płyta zespołu RGG. Właśnie ten temat poruszyliśmy na początku i od razu poszliśmy konkretnie, prosto z mostu!

Perkusista: Zacznijmy od tego, że nowa płyta to nie jest materiał pod przysłowiową nóżkę…

Krzysztof Gradziuk: Nie jest, bo już od dłuższego czasu cała twórczość RGG nie jest „pod nóżkę”. Obraliśmy taki azymut w momencie, gdy miejsce Przemka Raminiaka jako pianisty zajął Łukasz Ojdana, który gra już z nami od 5 lat. Nasza muzyka poszła w kierunku jeszcze bardziej otwartym i w stronę takiej bezkompromisowości, że tak powiem. Jeżeli komuś jazz kojarzy się jedynie z Frankiem Sinatrą i Louisem Armstrongiem, to raczej fanem RGG nie zostanie. Mamy świadomość tego, że od momentu pójścia w tym kierunku straciliśmy kilku fanów, ale myślę, że jednocześnie zyskaliśmy trzy razy tylu takich, którzy liczyli na to, że nasza muzyka pójdzie w jeszcze większą otwartość i improwizację. Chodzi po prostu o postrzeganie muzyki w szerszej perspektywie, a nie tak typowo, mainstreamowo.

Słychać hasła typu: kultowy, najlepszy – w odniesieniu do RGG. Co o tym sądzisz?

Wydaje mi się, że to nie ludzie mogą takie rzeczy mówić, tylko jest jedna rzecz, która może zweryfikować, czy coś jest ponadczasowe, kultowe i to nie jest żadna kurtuazja. Chodzi mi o CZAS, tylko on może zweryfikować, czy to naprawdę było aż tak dobre. Gramy już 17 lat razem w jednym zespole, koncertujemy i mam wrażenie, że w tym momencie nie jesteśmy na etapie stagnacji i odcinania kuponów, tylko dosyć mocnej ekspansji z naszą muzyką. Może to dlatego, że my jesteśmy starsi i dojrzeliśmy do pewnych rzeczy, szerzej postrzegamy muzykę i ogólnie życie. Szczerze mówiąc to ja się jakoś mocno do tego nie przywiązuję i nie wgłębiam w te teksty, uważam, że nie istnieje taka kategoria jak „najlepszy”. To jest kompletna bzdura, to nie sport i nie mam pojęcia, po co w muzyce są te epitety. Kultowy jeszcze jakoś rozumiem, chociaż to i tak mocne słowo, ale powiedzmy, że chodzi o zespół, który zasłużył sobie na takie miano, zapisał się w historii i to by pasowało do RGG, bo od tylu lat gra, koncertuje… Poza tym my jako członkowie tria gramy w różnych konfiguracjach i nie ma co kryć – gramy z najlepszymi muzykami. Dwuletnia współpraca z Tomaszem Stańko… Jakby mi ktoś powiedział kiedyś, że będę grał z Tomaszem Stańko, gdyby to nawet miał być jeden koncert, to już by to było dla mnie za dużo, a to, że będę z nim grać 2 lata w regularnym zespole, to już absolutnie nie do pomyślenia. Jednak coś takiego się wydarzyło, tak więc gdzieś na kartach historii się zapisało.


RGG - City Of Gardens (2018)

Album stanowi nagranie z koncertu w ramach XII Silesian Jazz Festival. Zespół RGG w towarzystwie dwóch muzyków, którzy dołączyli w ramach inicjatywy Contemporary Sonus, czyli specjalnej wizji muzyki współczesnej z odniesieniem do twórczości Oliviera Messiaena. Co mamy na płycie? Wielką konwersację między pięcioma panami, absolutnie wolną i swobodną z bardzo symbolicznymi tematami. Już po samej długości utworów widzimy, że są to ciągi instrumentalnej ekspresji, gdzie muzycy stosunkowo rzadko zazębiają się w mocniejsze zorganizowane formy. Tym samym jest to materiał nie dla każdego słuchacza, nawet nie dla każdego fana jazzu. Improwizowana muzyka, jedyna w swoim rodzaju, niemożliwa do powtórzenia. Nie ma też możliwości, by którakolwiek z kompozycji została puszczona w komercyjnej rozgłośni radiowej. Co do naszego „podwórka” to zwrócilibyśmy uwagę na solo Krzysztofa w 9 minucie Rarum, chociaż całość partii perkusji na płycie to potężna dawka dynamizowania i czujnego obserwowania całego składu.

Perkusja: Krzysztof Gradziuk
Skład: Łukasz Ojdana, Maciej Garbowski, Verneri Pohjola, Samuel Blaser.

Utwory i czas trwania:
1. Versus 15:23
2. Inception 09:22
3. Coincidence 10:53
4. Sylabus 16:45
5. Rarum 11:51

 

 

Co miałeś w głowie, kiedy szedłeś na Akademię do Katowic? Czego oczekiwałeś?

Na Akademię do Katowic zdawałem 4 razy, najpierw byłem na studiach zaocznych i starałem się w tym czasie dostać na studia dzienne, po 3 latach mi się to udało. W czasie studiów zaocznych miałem w głowie takie postanowienie, że jak do 25 roku życia nie uda mi się zrobić z muzyki swojego sposobu na życie, to pakuję plecak i jadę do Stanów, jak to się mówi – kopać doły. Zapomniałbym o graniu, oczywiście kochałbym dalej muzykę i byłbym niespełnionym muzykiem, ale zacząłbym pracować i zarabiać w Stanach. Takie miałem postanowienie, ale cały czas dążyłem do tego, by nie musieć wyjeżdżać i się przekwalifikowywać. Na jedne wakacje pojechałem do Bostonu, do kuzyna i przez 3 miesiące stawiałem płoty, ale bardzo się cieszę, że to robiłem, ponieważ dzisiaj w domu, jak się coś zepsuje, to nie mam z tym problemu i mnie to naprawdę cieszy. Lubię majsterkowanie, takie oderwanie od mojej codzienności.

Jeżeli chodzi o Akademię, to moment, kiedy się tam dostałem, był najszczęśliwszym w moim życiu. To było jedno z marzeń mojego życia – dostać się do Katowic, tym bardziej, że jako 15-latek traktowałem muzykę jazzową, rozrywkową jako moje hobby. Myślałem, że będę grał muzykę klasyczną, a jak się uda to pójdę na akademię muzyczną i jazz będę grał dla zabawy. Kiedy zostałem zaproszony do klubu Janusza Muniaka, żeby z nim pograć przez 3 dni, to dotarło do mnie, że ja też mogę to robić. To nie były tylko marzenia ściętej głowy, tylko faktycznie mogę grać jazz, nie musi to być jedynie hobby. Jazz to może być sposób na życie i muzyka mojego życia, a potem dostałem się na Akademię.

Odnośnie oczekiwań, to sam nie wiem, nigdy się nie zastanawiałem, co dalej, ale wiedziałem, że marzenie mojego życia na tamten czas się spełniło. Później trzeba stawiać sobie nowe cele i do nich dążyć, aczkolwiek szybko mi się to zmieniło, ponieważ kiedy masz cele, to zdobywasz je i koniec, dlatego zamieniłem je na bycie na właściwej drodze. Teraz właśnie tak mam, kroczę po tej obranej ścieżce. Kiedy zastanawiam się nad swoim życiem i uświadamiam sobie, że to jest dobra droga, to znaczy, że wszystko jest w porządku. Nie chcę stawiać sobie takiego celu, że jeżeli go osiągnę, to znaczy, że już jest super. Taka postawa zmusza cię do myślenia: „Co dalej?”. Tak naprawdę Katowice otworzyły mi drogę do wszystkiego. Po pierwsze, RGG powstało na Akademii Muzycznej w Katowicach.

Po drugie, na 2 roku studiów przyszedł do mnie mój mentor Piotr Wojtasik. Chodziłem na jego koncerty i uwielbiałem go, ale też się go bałem. Bałem się jego charyzmy, nie personalnie, bo to strasznie sympatyczny człowiek, ale bałem się tej jego olbrzymiej wiedzy i charyzmy. Przyszedł do mnie po egzaminie i pyta, czy może wziąć mój numer telefonu, więc mu go dałem, oczywiście ręce mi się telepały, a on mnie pyta, skąd jestem i gdzie mieszkam, więc mu mówię: „Jestem Krzysiek Gradziuk, mieszkam tu w akademiku, Piotr, myśmy mieli przez cały pierwszy rok zajęcia z podstaw improwizacji”, a on mnie w ogóle nie skojarzył. Po tygodniu dostałem telefon i zaproszenie na pierwsze granie. Jechaliśmy samochodem z Warszawy do Gdańska, bo graliśmy gdzieś w Gdyni. Piotr, ja, Maciek Sikała, Adam „Szabas” Kowalewski, a ja całą drogę dopytywałem, co z próbą, a on na to: „Nic się nie martw, zrobimy próbę.”. Cały czas go męczyłem o tę próbę, trząsłem się cały i dojechaliśmy na miejsce, więc znowu zapytałem, kiedy będzie ta próba… Okazało się, że próba była 15 minut przed graniem, tylko oralna, prawie nic nie zagraliśmy. Wtedy to było dla mnie straszne. Pograliśmy trochę z Piotrem, potem przestałem z nim współpracować, bo on miał jakąś swoją wizję grania.

Miesiąc temu grałem z nim koncert, tym razem nie spytałem go o próbę ani razu i znowu była 15 minut przed wyjściem, również oralna. Powiem szczerze, że po tym koncercie czułem się, jakbyśmy grali od zawsze i jakbyśmy mieli już tysiąc prób za sobą. Dopiero w takiej sytuacji poczułem, jak wiele rzeczy w moim życiu i graniu się zmieniło i czego się nauczyłem przez ten czas. Nawet go nie spytałem o próbę i nie miałem z tym problemu, żeby zagrać rewelacyjny koncert i poczuć się świetnie na scenie, wiedząc dokładnie, co się wydarzy – w takim sensie, że nic mnie nie zaskakiwało, bo już byłem w tylu różnych sytuacjach, z tyloma muzykami zagrałem, jestem na takim poziomie, że jestem sobie w stanie w takich sytuacjach radzić. Oczywiście muzyka sama w sobie nie była tak oczywista, ale wpływało to jedynie pozytywnie na moje granie.

W RGG mocno improwizujecie – człowiek się w pewien sposób uodparnia na stres, związany z tą niepewnością, co się może wydarzyć.

Osoba niedoświadczona może poczuć duży dyskomfort, bo akademickie podejście opiera się na nutach i konkretach, a doświadczenie grania z różnymi muzykami, otwartość, inwencja twórcza, wyobraźnia i wypływanie na coraz szersze wody, pozwala ci na to, żebyś już nie musiał myśleć o tym „Co zagrać?”. Oczywiście roboczogodziny spędzone na ćwiczeniu tych wszystkich rzeczy bardzo pomagają, bo kiedy ktoś ci mówi, że pod koniec utworu będzie taka fraza, to ty wiesz, co to jest za rytm, jak to zapisać w głowie. Trzeba sobie zdawać sprawę, że to nie jest tak, że zaczyna ci się grać dobrze, jak popuścisz wodze fantazji i zaczynasz sobie grać ekspresją – tak nie jest! Wręcz przeciwnie, musisz spędzić mnóstwo godzin na ćwiczeniu tych wszystkich rzeczy, które powinien ćwiczyć każdy profesjonalny muzyk, grający na perkusji. Bez tego się nie obejdzie i podkreślam – MUZYK grający na perkusji, a nie perkusista! Trzeba przerobić te wszystkie książki typu Stick Control i tak dalej – nie ma tu teraz sensu wszystkiego wymieniać, bo ci którzy wiedzą, o co chodzi, to zrozumieją.

Naturalnie, to osobisty wybór, czy ktoś chce być muzykiem jazzowym, skierowanym bardziej w stronę Tony’ego Williamsa czy Jona Christensena, jeżeli chodzi o podejście do muzyki. Z tego też później biorą się propozycje koncertowe. Dzisiaj nie zadzwoni do mnie wokalistka, która śpiewa swingowe piosenki, bo wie, że nie jestem tym zainteresowany i tego nie gram. Zapłakałaby się, jakbym jej zagrał to po swojemu, bo już w czwartym takcie nie wiedziałaby, gdzie jest „raz” (śmiech). Ja po prostu nie gram w ten sposób, tak samo nie zadzwoni do mnie ktoś, kto gra muzykę z pogranicza jazz rocka czy fusion, bo ja tego nie gram. Gram zupełnie inny departament muzyczny. Myślę, że jestem już w takim momencie kariery, że dzwonią do mnie tylko ci ludzie, którzy są zainteresowani takim, jak ja, sposobem postrzegania muzyki, czasu i brzmienia. Trochę musiało potrwać, zanim do tego miejsca dotarłem, ale teraz tak jest, że dzwonią ludzie, którzy akceptują mnie w 100%.

Jakby ktoś dzisiaj do mnie powiedział, że tamten zagrał to inaczej, to bym powiedział, żeby zadzwonił do tamtego gościa i bym wyszedł. Jestem w takim momencie, że nie chcę już słuchać, że ja coś muszę. Zupełnie inaczej to wygląda, jeżeli jest to praca konstruktywna w zespole. Jeżeli mamy materiał i szukamy na płycie, jak on powinien zabrzmieć, jak go zmienić, żeby brzmiało ciekawie, to owszem, to są tylko sugestie, ale nie lubię jak ktoś ingeruje stricte w fach perkusyjny.

To duży komfort, że masz renomę takiego muzyka, nie każdy jest tak transparentny.

Oczywiście, że tak. Kiedyś pewien dziennikarz z radia powiedział, że jestem słynny ze swojej asertywności. Ja staram się z ludźmi żyć jak najlepiej, ale nie może mi dziennikarz decydować o tym, czy on włączy moją muzykę, czy nie. Mówię o historii z płytą. Odezwał się do mnie dziennikarz i powiedział: „Proszę, wyślij mi płytę”. Ja zapytałem grzecznie, w jakim celu – czy chce prezentować moją muzykę na antenie, czy napisać recenzję, a on na to: „Tego jeszcze nie wiemy, zobaczymy, czy coś napiszemy, czy puścimy, czy nie.” Odpowiedziałem: „To w takim układzie moją płytę można nabyć za jakieś 30 złotych w Empiku i w dobrych sklepach płytowych.” On mi wtedy napisał, że dziękuje bardzo i może skorzysta z tej propozycji i że wie, że jestem słynny ze swojej asertywności, na co ja odpisałem: „To bardzo dobrze, przekonałeś się, że to nie są mity, tylko prawda.”. Patrząc na moich kolegów myślę, że mało jest takich, którzy odmawiają, a ja doprowadziłem do tego, że ludzie wiedzą, aby do mnie nie dzwonić i nie proponować mi pewnych działań. Uważam, że życie jest za krótkie, żeby zajmować się błahymi rzeczami. Ja wiem, że to jest bardzo ryzykowne i wiem, jakie mogę ponieść konsekwencje, ale póki co żyję zgodnie ze swoimi wyobrażeniami o życiu i muzyce.

Ale jesteś w stanie pójść na kompromisy w muzyce?

Oczywiście, że jestem w stanie, ale mówię, że są sytuacje, których sobie nie życzę. Tak, jak ktoś mi pokazuje w czasie koncertu, że czegoś mam nie grać, czy grać inaczej. Jeszcze nie daj Boże, żeby wziął pałki do ręki i nieudolnie grał… Bardzo tego nie lubię, bo to nie jest miejsce na takie rzeczy. Jeżeli ktoś powie, że chciałby w tym utworze, żeby to był jakiś konkretny klimat i mówi opisowo, czego potrzebuje, to jest jak najbardziej uzasadnione, bo to jest jego muzyka i ma o niej pewne wyobrażenie. Przytoczę tutaj postać pana Tomasza Stańko, on nigdy nam nie mówił, jak mamy grać i nigdy nikomu nie mówił, jak coś ma być zagrane. Po prostu bierze kogoś do zespołu, kogo uważa za ciekawego i są dwie opcje – albo jest to pierwszy i ostatni koncert, bo się okazuje, że ktoś tam się nie sprawdza, albo współpraca zostaje przedłużona. W naszym wypadku nie był to jeden koncert, więc tym bardziej jest mi miło i jestem dumny z siebie i kolegów, że te dwa lata graliśmy ze sobą, a kto wie, czy nie wrócimy do tej współpracy, bo jest taka możliwość (wywiad ukazał się w numerze czerwcowym Perkusisty, Tomasz Stańko zmarł 29 lipca 2018 r. - przyp. red.).

Patrząc ze swojej perspektywy – czy droga perkusisty jazzowego w Polsce, w tych czasach, ma jeszcze sens?

Można by o tym poematy pisać, bo ktoś może powiedzieć: „Dobrze ci mówić, bo jakoś ci się wiedzie i wskoczyłeś do tego pociągu”. Taka jest prawda, udało mi się wskoczyć do tego ostatniego wagonu. Mam takie wrażenie, bo patrząc na młodych muzyków, młodych adeptów sztuki na Bednarskiej czy w Katowicach, ale zwłaszcza na Bednarskiej, bo tam mam wybitnie zdolnych, młodych ludzi, to ja w ich wieku nie wiedziałem nic w porównaniu do tego, co oni już wiedzą. Jednak nie ma co ukrywać, to jest strasznie ryzykowne. W dobie dzisiejszego, plastikowego świata, w dobie rozgłośni radiowych i telewizji, które się nie nadają praktycznie do niczego, a tak globalnie patrząc, to nic się nie nadaje, żeby mówić w kategoriach jakości i wielkiej sztuki, to takie zajęcie jest strasznie ryzykowne.

W tym momencie są może 3 czy 4 kluby jazzowe w Polsce, mówię o takich klubach z prawdziwego zdarzenia, które są w stanie zrobić promocję i zapłacić jakieś przyzwoite pieniądze. Na festiwale zapraszają muzyków z USA i to najlepiej takich, którzy są bezinwazyjni i grają muzykę mainstreamową, więc podjęcie się zostania muzykiem jazzowym i nie mówię tylko o perkusistach, to jest bardzo ryzykowne i trudne. Kiedyś właśnie Piotr Wojtasik mi powiedział: „Zobaczysz, teraz jesteś młody, ale bycie muzykiem jazzowym jest naprawdę dla najtwardszych ludzi świata”. Teraz wiem, o czym mówił, bo to nie jest tak, że Krzysztof Gradziuk – asertywny perkusista, który gra 17 lat w RGG, grał z Tomaszem Stańko przez dwa lata, z różnymi muzykami świata i nagrał płytę z Evanem Parkerem – nie zawsze jest kolorowo, czasem przychodzę do domu i naprawdę mam wszystkiego serdecznie dosyć. Kiedy na 10 ofert wysłanych, 9 jest negatywnych, bo po prostu nie jesteśmy zainteresowani muzyką, albo wszystko fajnie, ale jak przychodzi do rozmów, to się kończy na tym, że jednak nie, bo pojawia się tekst: „Wasza muzyka jednak jest taka, że mi się nie sprzeda, ludzie na to nie przyjdą.” Albo najlepsze: „Wasz kolega wysłał mi kwintet i on chce 3 razy mniej pieniędzy niż wy!”.

Ja odpowiadam, że zespoły dzielą się na dobre i tanie. To nie jest tak, że ja chcę być skłócony z całym światem, to trudne, ale na przykład ze swoimi uczniami mam bardzo dobry kontakt i to nie tylko na zasadzie spotkań w sali perkusyjnej, gdzie gramy, czy w sali combowej, bo też prowadzę combo – tylko bardzo dużo z nimi rozmawiam. To bardzo kumpelska sytuacja z nimi, rozmawiamy o różnych aspektach bycia muzykiem, widzę ich wielką miłość do tej muzyki, staram się ich zachęcać, żeby to robili. Oczywiście, to wszystko podparte jest pracą i zdolnościami. Z jednej strony, z młodymi muzykami jest taki problem, że jest im coraz trudniej pojawić się na rynku, nie mówię już nawet o tym, żeby się na nim utrzymać, ale z drugiej strony jest taka sytuacja, że ci młodzi muzycy bardzo szybko wymiękają i idą w chałturę. Osobiście nie rozumiem podejścia na zasadzie: „Będę sobie tutaj ćwiczył jazz i się rozwijał, ale muszę się jakoś utrzymać, to tam będę grał wesela, bankiety itp.” To jest po prostu łatwa kasa i ludzie prędzej czy później dochodzą do wniosku, że skoro mają taką łatwą kasę, to po co mają się drzeć z jakimiś organizatorami festiwali czy kolesiami z klubów. Pojedzie sobie taki, bankiet zagra i dostanie 1200 złotych… Nigdy nie dostaną tyle za jazzowe granie, dlatego bardzo szybko wymiękają. Ludzie nie są cierpliwi, wszystko chcą mieć od razu.

Z jednej strony mówimy, że jest coraz gorzej w dzisiejszym świecie, ale tak nie jest. Komfort życia w przeciągu ostatnich 30 lat polepszył się tak, że lepiej nie mówić. Nawet najbiedniejsza rodzina ma telewizor 40-calowy na ścianie. Nie mówię oczywiście o totalnie skrajnych przypadkach, ale ogólnie komfort życia poszedł bardzo do góry. Dzisiaj telefon komórkowy ma każdy, Internet tak samo. Dlatego jest taka presja otoczenia, rodziców, którzy twierdzą, że z muzyki nie da się utrzymać i ci młodzi wymiękają. W muzyce i innych działaniach, które mają jakieś głębsze podłoże, trzeba z siebie dawać 200%, nie możesz tego robić nawet na 99%, bo jak zostawisz ten procent, to masz wentyl bezpieczeństwa, który tutaj nie ma racji bytu, przynajmniej ja tak uważam. Jest taki wykład Jacka Walkiewicza, gdzie on mówi, co to jest bezpieczeństwo, czyli stabilizacja. Nie ma czegoś takiego jak bezpieczeństwo, bo to jest myślenie strasznie krótkowzroczne, już pomijając w aspekcie takim czysto ludzkim, że wychodzisz na ulicę i może na ciebie cegła spaść. Dla mnie nie ma w tej kwestii ani kompromisów, ani bezpieczeństwa. Dwie opcje, albo idziesz w to jak w dym, albo po prostu tego nie rób, bo prędzej czy później się czkawką odbije ten jeden procent bezpieczeństwa.

Oczywiście nie chodzi mi o dążenie do czegoś po trupach, bo ja też mam rodzinę i jest to dla mnie ważne, dlatego jak przychodzi niedziela to żeby nie wiem, co się działo, idziemy na lody i odpoczywamy. Nie ma tu o czym gadać, bo to nie jest tak, że kładę na szalę życie prywatne, żeby grać muzykę. W momencie, kiedy urodziły mi się dzieci, to muzyka już nie jest najważniejsza. Teraz dla niektórych to może być zderzenie z tym, co mówiłem wcześniej przez tyle minut, ale teraz powiedziałem to – muzyka już nie jest najważniejsza. W pewnym sensie muzyka nie jest już najważniejsza. Nagle patrząc na swoich synów, masz łzy w oczach, bo jak tak przeanalizujesz całe swoje życie i to, co rodzice dla ciebie zrobili, to dopiero wtedy to doceniasz. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem wcześniej, bo był taki okres buntu, że nie chciałeś być w domu i nigdzie z rodzicami chodzić, ale teraz, jak patrzę na swoje dzieci, to doceniam, co moi rodzice dla mnie zrobili.

Od samego początku naszej rozmowy widać chyba, że jest to przekaz dla tych, co potrafią czytać między wierszami. Nie jest to dla tych, co szukają złotego środka, tak, jak oczekują tego niektórzy poczatkujący…

Tak, powiedzieć, co mam zrobić, żeby dobrze grać, tak, że jak przeczytam taką książkę to już samo się będzie grało. Albo, że będę grał szybciej o 20% (śmiech), to jest niesamowite, że nawet pomiary są robione. To jest dla mnie śmieszne w tym wszystkim. Jak sobie kupię stopkę z jakimś „akceleratorem” i czymś tam jeszcze, to będę grał nawet o 24%. Niesamowite (śmiech).

O systemie nauczania można tu też mówić i mówić, nieraz było to wałkowane…

Dokładnie.

Dlatego mam pytanie odnośnie jednego elementu w tym wszystkim. Czy nie lepiej by było położyć większy nacisk na przygotowanie ludzi w szkołach do działania w przyszłości, żeby odnaleźli się na rynku?

Tak, brakuje takich zajęć. Poziom nauczania w naszych szkołach jest coraz lepszy, lepsi muzycy, fachowcy, książki, dostęp do Internetu, ale nasze szkoły nadal opierają się o standardy jazzowe. Moim zdaniem nauczanie w szkołach jazzowych nie może się opierać jedynie na standardach jazzowych, bo takie wyobrażenie o jazzie było sto lat temu. Kolejna rzecz – obowiązkowym przedmiotem dla wszystkich powinna być kompozycja i aranżacja, nieważne, na jakim instrumencie studiujesz, powinieneś komponować – to jest dopiero olbrzymi rozwój. Teraz mówię stricte o muzykach jazzowych, bo z nimi mam najczęściej do czynienia, ale to, co zauważyłeś – tego również brakuje. Nie ma przygotowania młodych muzyków do radzenia sobie. Nie tylko na scenie, ale również w życiu.

Ja dzisiaj zaprowadziłem dzieci na ósmą do przedszkola i do naszego wywiadu co robiłem? Siedzę przed komputerem, wysyłam maile i dzwonię, ponieważ załatwiam kolejne grania, siedziałem nad nowym filmikiem promocyjnym płyty, piszę do ludzi z radia, bo jestem umówiony na wywiady radiowe. Tego właśnie brakuje w szkołach, takiego przygotowania do życia, bo to jest zderzenie się z rzeczywistością. Zwłaszcza, że ktoś na scenie potrafi wyrazić swoje emocje przez instrument, ale gdy trzeba zadzwonić do kogoś i powiedzieć coś o swojej muzyce, że chce zagrać koncert, to już jest problem. Nie potrafią do tego podejść i tego brakuje. Zgadzam się w 100%. Bycie muzykiem to jest coś więcej niż tylko przysłowiowe paradiddle dla perkusisty, czy 2-5-1 dla saksofonisty. To jest dużo więcej – muzycznie więcej i życiowo więcej.

Krzysztof Gradziuk jest oficjalnym perkusistą marki Istanbul AGOP

Materiał przygotowali: Artur Baran, Maciej Nowak
Zdjęcia: Jarek Rerych i Piotr Gruchała