Ewelina Hajda

Dodano: 24.10.2019
Autor: Wojtek Andrzejewski

Rozmawiamy z Eweliną Hajdą, wybitną i niezwykle urokliwą polską marimbistką, o jej pasji w pracy twórczej i gigantycznym instrumencie.

Wojtek Andrzejewski: Marimba to dosyć nieporęczny instrument perkusyjny. I baaaardzo drogi. Nie mogłaś wybrać sobie czegoś innego do grania? (śmiech). Skąd u ciebie pomysł na tak wielki, tak trudny i tak szalenie drogi instrument?

Ewelina Hajda: Każda miłość ma swoją cenę! (śmiech) A tak poważnie – miałam romans z różnymi instrumentami, ale jak to z romansami bywa – każdy był krótkotrwały. Dopiero w sali perkusyjnej zatrzymałam się na dłużej i tam szukałam odpowiedniego środka wyrazu. Marimba daje mi przede wszystkim swobodę ruchu, co ogromnie cenię. Nie muszę przy niej siedzieć, opierać o kolana, trzymać. Mogę skakać, tańczyć, być ekspresyjna jak na co dzień bądź – dosłownie i w przenośni – odgrodzić się nią od reszty świata, kiedy tego potrzebuję. Czuję się dzięki niej naturalnie i myślę, że publiczność to dostrzega.

Uhonorowano cię niedawno tytułem Mistrza Interpretacji Muzycznej 2019 na XIII Międzynarodowym Konkursie Interpretacji Muzycznej im. Wandy Wiłkomirskiej, o czym informowaliśmy w „Perkusjoniście”. A jak zaczynała się twoja edukacja muzyczna i droga do tego i wielu innych tytułów, którymi nie epatujesz?

Zaczynałam typowym schematem – szkoła muzyczna od 7 roku życia, skrzypce, fortepian, gitara w wolnym czasie. Instrumenty perkusyjne pojawiły się, jak miałam 12 lat. Tak naprawdę całe flow przyszło dopiero, kiedy wyjechałam z kraju do Belgii. Miałam tam wreszcie warunki oraz dużo czasu na rozwój techniczny i muzyczny. Był czas kształtować osobowość artystyczną, skupić się na tym, kim jestem. To było 7-8 lat temu, czyli stosunkowo niedawno. Droga była bardzo zawiła i nie do końca usłana różami, ale wszystko w życiu wymaga wysiłku, wszędzie spotykamy przyjaciół i wrogów. Trzeba mieć przede wszystkim odpowiedni charakter, żeby to wszystko unieść. I coś w życiu przejść, by mieć o czym opowiadać poprzez muzykę. Później wszystko przychodzi w swoim czasie, wystarczy mieć w sobie pasję i trochę cierpliwości.

foto: jazzy shots

Korci mnie zapytać, bo nie jest to popularny instrument... Kiedy kupiłaś sobie marimbę? Nie ma tego przecież w sklepach. Czeka się na te instrumenty długo. Opowiedz trochę o tym niesamowitym instrumencie.

Z moją własną marimbą wyjechałam po ukończeniu studiów magisterskich w Belgii, czyli mam ją od 2015 roku. Ponieważ przez cały okres nauki za granicą grałam na instrumentach holenderskiej firmy Adams Percussion, produkującej – wydaje mi się – najlepiej brzmiące marimby na świecie. Postanowiłam stać się właścicielką jednej z nich. Na instrument czeka się nie więcej niż kilka tygodni. Pamiętam, że pojechałam specjalnie do fabryki, ponieważ inwestowanie pieniędzy w instrument bez wypróbowania go wcześniej jest dość szalonym pomysłem. W sztabkach – najważniejszej części marimby, sprawdza się przede wszystkim długość wybrzmienia, alikwoty i szuka ewentualnych wad. Obecnym standardem potrzebnym do swobodnego koncertowania jest marimba 5-oktawowa (dodany rejestr basowy) – ta jest ode mnie niewiele starsza. Swoją oficjalną premierę miała na PASIC w USA dopiero w połowie lat 80, także ma młodą historię w porównaniu do innych instrumentów. Marimba ma głębokie, ciepłe brzmienie, oryginalny design i siłą rzeczy zakochuje się w niej każdy słuchacz… (śmiech)

Ukończyłaś Akademię Muzyczną w Łodzi, ale studiowałaś także w konserwatorium muzycznym w Strasburgu. W maju 2016 z wyróżnieniem ukończyłaś specjalizację keyboard percussion w Conservatoire de Strasbourg pod kierunkiem prof. Emmanuela Sejourne. Co to był za czas, człowiek i jak wykorzystujesz to doświadczenie?

Pomiędzy Łodzią a Strasburgiem było jeszcze Royal Conservatory w Antwerpii. W Strasburgu studiowałam tylko przez rok, ponieważ tyle trwała specjalizacja. Ale do tej pory odczuwam ogromny niedosyt – praca z Sejourne, autorytetem w środowisku perkusji klasycznej, była kolejną, wielką lekcją życia. Mieliśmy mało czasu, więc starał się naprawić moje niedoskonałości techniczne i uczył mnie bardzo praktycznych umiejętności, pozwalających działać na profesjonalnym polu. Moich interpretacji nie zmieniał, co było dla mnie ogromnym komplementem. Oczywiście doprowadzał mnie również do szału, mając 25 lat płakałam na lekcji jak dziecko. Był niezwykle wymagający i starał się wycisnąć ze mnie wszystko, nie odpuszczał mi. Zabawne, bo teraz jako pedagog stosuję podobne metody (śmiech).

Patrzę na twoją marimbę i tak zastanawiam się, jak przewozisz ten gigantyczny instrument na koncerty? To chyba trudne...

Marimbę rozkłada się na kilkanaście części, także spokojnie wchodzi do SUV-a czy kombi, jednak przede wszystkim jest to fizycznie wyczerpujące – sprzęt waży ok. 150 kg. Najpierw muszę zdemontować ją w domu, spakować i znieść do auta, jechać, wnieść na salę, zbudować, zagrać godzinny recital, a potem to samo jeszcze raz. Niby nic nadzwyczajnego dla nas – perkusistów, ale jest to czasem obciążenie ponad 600 kg jednego dnia. Wiadomo, że proszę o pomoc, ale nie zawsze się znajduje i muszę sobie jakoś radzić sama. Unosi to na razie tzw. siła pasji (śmiech), ale spójrzmy prawdzie w oczy – trzeba również dbać o kondycję fizyczną. Uprzedzając kolejne potencjalne pytanie – o własnej ekipie technicznej pomyślę, jak będzie mnie na to stać. (śmiech)

Czy oprócz tego wielkiego w brzmieniu i gabarycie instrumentu, grasz jeszcze na jakichś instrumentach percussion?

Wiadomo, że zajmuję się sztabkami (marimba, wibrafon, ksylofon, dzwonki, malletKAT etc.), oczywiście, jak jest okazja to gram na membranach, ale głównie obsługuję instrumenty melodyczne, bo w tym się specjalizuję i najlepiej się sprawdzam. I daje mi to najwięcej frajdy! Staram się być wszechstronna. Gram w różnych projektach orkiestrowych, gdzie mam styczność z całą perkusją symfoniczną. M.in. w Polskiej Operze Królewskiej gram na wielkim bębnie, talerzach, czasem wpada partia werbla, także gram na wielu instrumentach. Tak samo w musicalu Miss Saigon (TM w Łodzi) czy w Jimek Symphonixx. W Belgii nauczyłam się podstaw gry na congach, które chyba jeszcze pamiętam (śmiech), natomiast odkrywanie kojących dźwięków sansuli lub kalimby bardzo polecam na bezsenne noce. Porządną lekcję życia, jeśli chodzi o umiejętność gry na bębnach, dostałam mieszkając w Warszawie. Śmiało mogę powiedzieć, że jestem jedną z tych perkusistek klasycznych, która nie boi się (już) usiąść za zestawem.

foto: Norbert Gwiździński

Tak sobie myślę, że fajnie na marimbie byłoby zagrać Street. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie padać deszcz. Masz jakieś nietypowe wspomnienia koncertowe? Coś wesołego? Zaskakującego?

Czytasz w moich myślach! Jest to element mojego planu na letni sezon. Jeśli chodzi o wspomnienie – jedyne, co mi przychodzi teraz do głowy, to jeden z zagranicznych koncertów, na który zapomniałam zabrać ze sobą butów. Siłą rzeczy musiałam zagrać boso. Samo wejście na scenę wzbudziło żywe zainteresowanie publiczności, kiedy zorientowali się, że będę występować bez obuwia. Z tego doświadczenia wyniosłam same pozytywy m.in. wyeliminowałam dodatkowe, niepotrzebne dźwięki, wynikające z szurania podeszwami o scenę, a przy moim stylu wykonawczym było tego całkiem sporo. Także granie boso wpisało się na stałe w mój koncertowy outfit, chociaż raczej nie pozwolę sobie na to, kiedy będę występować jako solistka z orkiestrą na deskach filharmonii.

Domyślam się, że środowisko marimbistów w Polsce nie jest zbyt liczne. Macie chyba dużo pracy funkcjonując w takiej niszy.

Dziś jeszcze nie ma zapotrzebowania na samą marimbę. To jest instrument wciąż bardzo mało popularny, także musimy sami nakręcać rynek i tworzyć trendy. W graniu solo czy w składzie kameralnym wygląda to tak samo – ty zabiegasz o zapełnienie swojego kalendarza. Ale jestem pełna optymizmu, ponieważ przyszły sezon artystyczny stoi u mnie pod znakiem solowych koncertów w filharmonii, spełniam się również w projektach orkiestrowych grając na sztabkach, co mnie niezmiernie cieszy.

foto: Norbert Gwiździński

Jakiej muzyki słuchasz? Co cię interesuje i inspiruje? W jednym z wywiadów z tobą przeczytałem, że marzysz zagrać ze Stingiem. Jaki byłby to utwór?

Zdziwiłbyś się, jak różna muzyka mi się podoba. Wychowałam się przede wszystkim na tym, co było grane w radio w latach 90, potem było dużo punka i rocka, do których mam wielki sentyment, na playliście jest również jazz, pop, funk, ambient, jak i hip hop, muzyka latynoamerykańska, klasyka, soundtracki etc. Staram się być otwarta na różne gatunki, uważam, że we wszystkim można znaleźć coś interesującego i inspirującego, trzeba mieć otwarty umysł. Jeśli chodzi o moje absurdalne marzenie dotyczące Stinga – zdecydowanie postawiłabym na „Shape of my heart” – wybór może przewidywalny, ale lubię ten kawałek i na marimbie brzmi przepięknie, szczególnie w rejestrze basowym.

Nie lubię gdybania, ale pogdybajmy trochę… Gdybyś mogła cofnąć czas, jakich błędów w edukacji muzycznej byś uniknęła?

Hmm... Mogłam być bardziej uważna na niektórych zajęciach. Długo nie wiedziałam, co chcę robić w życiu, także nie korzystałam w pełni z wiedzy nauczycieli. Z chęcią wróciłabym na zajęcia z teorii muzyki, ćwiczyłabym też więcej na fortepianie, ponieważ to jest zwyczajnie przydatne. Są natomiast dwie umiejętności, które są tzw. must-have na obecnym rynku, a nie przykłada się do tego uwagi w szkołach – improwizacja oraz biegłość w czytaniu nut a vista. Moim zdaniem to powinno być w programie nauczania od początku edukacji…

foto: jazzy shots

Jak widzisz swoją karierę za 5 lat?

Wiem, że teraz jest moda na wizualizowanie swoich marzeń, ale ja biorę życie na pełnym spontanie. Dokładnie 5 lat temu przygotowywałam repertuar na pierwszy konkurs, na który notabene prawie nie pojechałam ze strachu, a okazał się wrotami do kolejnych pasm sukcesów. Przez myśl mi nie przeszło, że za 5 lat będę w miejscu, w którym jestem teraz. Jak skumuluję ilość tych wszystkich fantastycznych rzeczy, które wydarzyły się przez ten czas (już nie wspomnę o ostatnim półroczu) – wychodzi z tego niezły kosmos. Przyznam szczerze, że podoba mi się ten element zaskoczenia, dlatego lepiej skupię się na pracy nad projektami, a pisanie scenariusza mojej kariery pozostawię przeznaczeniu.

 

Zdjęcia: Adam Romanowski (zdjęcie główne), Norbert Gwiździński, jazzy shots