Sprzęt, który zmienił świat bębnów

Dodano: 05.12.2017

Historia perkusji w formie, jaką znamy obecnie, nie jest długa, bo to raptem nieco ponad 100 lat. W tym czasie sprzęt przechodził przeobrażenia, które były wymuszone przez kolejne stylistyki muzyczne.


Zmieniała się muzyka, zmieniał się zestaw perkusyjny. Głośniej, ciszej, więcej, mniej, szerzej, węziej, przez lata perkusiści musieli lawirować i dostosować się do okoliczności. W naszej krótkiej historii pojawiło się kilka kamieni milowych, które zmieniły na zawsze bieg perkusyjnych dziejów. Dla większości są to swoiste perkusyjne aksjomaty, bez których nikt nie wyobraża sobie współczesnych bębnów. Warto jednak znać swoją historię, warto wiedzieć, jaką historię mają instrumenty, po które sięgamy. Oto krótka lista naszym zdaniem najbardziej kluczowych instrumentów w historii. Prawdziwa esencja.

1. LEEDY SNARE STAND

Pierwszy statyw pod werbel


Wydaje się to takie oczywiste, prawda? Statyw pod werbel. Jednak musiał być ktoś pierwszy, kto wpadł na pomysł, żeby ten instrument układać na stojaku w metalowym koszyczku. W latach 90 XIX wieku wpadł na ten pomysł Ulysses Grant "Lys" Leedy, czyli założyciel legendarnej fabryki, która na początku XX wieku święciła ogromne sukcesy. Po założeniu fabryki w 1890 roku (a pamiętajmy, że już mamy działających: Sonor, Gretsch i przede wszystkim Rogers) jednym z jego innowacyjnych produktów był właśnie ten element zestawu, którego zasada działania jest praktycznie niezmieniona do dziś.

Do czasu opracowania statywu przez tego sympatycznego pana ze zdjęcia, czyli tak w okolicach 1898 r., werbel był albo układany na krzesełku, albo zwyczajnie podwieszany. Ktoś kiedyś musiał na to wpaść. Dobrze, że stało się to tak wcześnie, bo zanim wszystkie elementy zestawu zostały za 20 lat zebrane do kupy, statywik pod werbel już był gotowy.

Nowoczesny statyw, zasada ta sama



2 LUDWIG & LUDWIG 1909 PEDAL

Pierwszy i od razu lekki, wygodny i szybki


To dość ciekawe, bo zasada działania pedału do bębna basowego jest w zasadzie niezmieniona od momentu jego powstania. Wszakże w muzeum firmy Sonor znajduje się Fußmaschine (czyli stopka) datowana na 1900 rok, ale miała nieco inny kształt i to właśnie pedał z 1909 roku, powstały w nowej fabryce perkusyjnej, która za kilkadziesiąt lat opanuje świat, stał się prekursorem tego, czym walimy dziś w taktowca. Wcześniej bęben basowy (marszowy) kładło się na podłodze i po prostu kopało. Okazało się, że nie jest to jednak najlepsza metoda. Bracia William i Theobald Ludwig wprowadzili w 1909 w Chicago swój model stopki, jednocześnie prezentując swoją nową firmę. Montaż do obręczy był troszeczkę inny niż w obecnych stopkach, ale urządzenie było bardzo wygodne, smukłe, łatwe w transporcie. Najważniejsze jednak było to, że miała mechanizm zwrotny, co oczywiście pozwalało na szybsze i płynniejsze granie, nic więc dziwnego, że każdy bębniarz marzył o tej maszynerii. Ciekawe jest to, że później pojawiły się pierwsze eksperymenty z podwójną stopką w wykonaniu marki Sonor, jednak ówczesna muzyka nie wymagała takich diabelskich usprawnień i czas podwójnej stopki przyszedł później, a jeszcze przecież po drodze mamy Louiego Bellsona, który pokazał światu, że gra dwoma nogami na centralach ma jakikolwiek sens, co później potwierdził rock.

Zasada działania praktycznie jest niezmieniona, oczywiście wykorzystywane są teraz lepsze materiały, bardziej wytrzymałe, wszystko wykonane jest precyzyjniej. Po podwójną stopkę musimy sięgnąć do końca lat 60, kiedy to Sleishman Drum opracował swój bardzo charakterystyczny podwójny pedał z bijakami na środku. Firma produkuje wciąż takie urządzenia, ale mało kto kwapi się do zakupu tak dziwnie wyglądającej stopki i jedynym większym nazwiskiem, korzystającym z tego - mimo wszystko bardzo użytecznego - rozwiązania, jest Will Calhoun. Klasyczna podwójna stopka z przegubem (lub - jak kto woli - z kardanem) to już początek lat 70. W 1972/73 roku pojawiły się stopki marki Zalmer, które są bardzo bliskie temu, co mamy dziś, czyli prawa stopka z dwoma bijakami, przegub i pedał z lewej strony. Był to okres, kiedy technika gry dwoma nogami nie była jeszcze aż tak bardzo rozwinięta, więc muzycy korzystali z dwóch bębnów basowych, co oczywiście dodawało efektu. Dopiero w roku 1983 DW rozpoczęło masową produkcję tzw. twinów. Nic dziwnego, rock przerodził się w hard rock, metal i wreszcie w thrash. Chociaż bębniarze tłukli w dwa taktowce, podwójny pedał miał przed sobą wielką przyszłość!

Ciężko opędzić się od kolejnych rozwiązań. Jedni wolą klasyczne paski zamiast łańcuchów, inni wolą jeden zwykły łańcuch, inni znów wolą dwa solidne, a jeszcze inni polegają na mechanizmie bezpośrednim. Do tego bijaki od puchatych przez filce o różnych kształtach, gumy, plastiki, drewno, a nawet metal. Platformy dłuższe, krótsze, wyżej, niżej, bardziej do przodu, do tyłu itd. A wszystko to zaczęło się na dobre w 1909 roku.



3. PEDAŁ LOW BOY

O tym, jak hi-hat urósł do współczesnych rozmiarów


Co działo się z hi-hatem, kiedy Ludwig opracowywał swój projekt pedału do stopy? Naszym zdaniem istnienie hi-hatu jako pewnego elementu zestawu perkusyjnego nie jest mimo wszystko tak oczywiste, jak np. sposób gry i ustawienie bębna basowego Zgrabny mechanizm, który dziś jest standardem, również z czasem się zmieniał i po drodze mógł iść w zupełnie innym kierunku.

W latach dwudziestych XX wieku perkusiści wyszli z założenia, że skoro na dużym bębnie można grać nogami, to czemu nie na talerzach? Pary talerzy używano już przy grze rękoma, więc czemu nie zagrać nogą? Wszystko zaczęło się od urządzenia o nazwie clanger, które było wertykalnie mocowane do bębna basowego. Widać je chociażby w katalogu Sonor z 1907 roku. Później przyszedł czas na snow-shoe (z angielskiego - buty śnieżne), gdzie dwie łopatki z blaszkami na końcu były klepane nogą. Po zainstalowaniu sprężyny wewnątrz powstawał nawet mechanizm zwrotny. Pedały te nazywane też czasami Crocodile Foot Cymbal Pedal, co miało związek z popularnym tańcem, podobnie jak później pedał Charleston. Tak na marginesie, polecamy sprawdzić, jak mówi się na hi-hat w języku francuskim. Metalowa wersja "śnieżnych butów" to Bobby Salmons Foot-cymbal Pedal.

Prawdopodobnie powstanie urządzenia low-boy, low-hat lub low-sock związane jest z perkusistą Vicem Bertonem, a wszystko miało miejsce w 1925 roku. Low-boy to jak widać malutka wersja hi-hatu, ale zasada działania była już zaszczepiona i funkcjonowanie urządzenia opierało się w sumie na tym, co mamy dziś. Pierwszą firmą, która podjęła się produkcji była amerykańska Walberg & Auge, zaraz po niej zaczął robić to Premier, Ludwig, Sonor i reszta, chociaż wciąż pojawiały się wersje z talerzami stawianymi pionowo.

Na zdjęciach pokazany jest model wyprodukowany przez firmę Sonor z późniejszego okresu i o podobnym projekcie, którego nazwa przypomina nam o modzie na ówczesny taniec - "Maszynka do Charlestona". W 1927 roku Charleston Ludwiga wraz z dwiema blaszkami kosztował całe 5 dolarów. Granie na talerzach pałkami wraz z nogą wymagało jeszcze większej inwencji. Oznaczało także potrzebę wydłużenia pionowej rury, aby stworzyć "high-hat", znanego teraz jako "hi". Papa Jo Jones był pierwszym prawdziwym wirtuozem tego instrumentu, wciąż dla wielu niedoścignionym wzorem.

Kolejnymi perkusistami, utożsamianymi ze świetną grą na tym nowym urządzeniu, byli Chick Webb i Zutty Singleton. Za produkcję hi-hatów wzięła się znów firma Walberg & Auge i w 1928 roku wypuściła pierwsze egzemplarze. Za nimi ruszyły firmy Slingerland, Leedy i zawsze czujny Ludwig. Oczywiście musiało minąć kilka lat, zanim hi-hat zdobył popularność, bo w katalogu Ludwig z 1930 High-Hat Sock Pedal jest obok Low Sock Pedal, a w katalogu Sonora już w 1936 roku model Charleston dostępny był w trzech wysokościach: 25, 80 i 100 cm. Dwa wyższe modele można zakwalifikować jako klasyczne hi-haty, ale też widać, że w użyciu wciąż były low-boy. Dopiero w 1939 roku Billy Gladstone tchnął życie w znane nam dziś ruchome urządzenie.

Blaszki początkowo miały rozmiar zaledwie 10" i posiadały duże kopułki, ale w momencie, gdy urządzenie urosło i bębniarze mogli uderzać w talerze pałeczkami, rozmiary zostały stopniowo powiększane, najpierw do 11", później 12" itd., a kopułkę pomniejszono.

Jak widać droga do powstania dwóch klepiących w siebie blaszek zatkniętych na rurce nie była tak oczywista. Na początku były różne pomysły i powstanie urządzenia low-boy wskazało odpowiednią drogę, intrygując mocniej bębniarzy, którzy rwali się do tego, żeby przywalić pałeczką w blachy.

4. K ZILDJIAN I AVEDIS ZILDJIAN B20

Pierwsze nowoczesne talerze


Historia firmy Zildjian jest nie dość, że bardzo długa, to do tego strasznie pogmatwana. Jest to jednak prawdziwy ojciec talerzy perkusyjnych i inne firmy muszą to honorowo przyznać. Z Zildjianem wszystko pokręciło się w połowie XIX wieku, a rozwiązało dopiero pod koniec lat 70 zeszłego stulecia w momencie powstania firmy Sabian. Jednak nie czas i miejsce na opisywanie historii Zildjian, która faktycznie sięga pierwszej połowy XVII wieku. Współczesne talerze do zestawów perkusyjnych zawdzięczamy dwóm firmom, ale jednej rodzinie - turecka linia K Zildjian oraz amerykańska linia Avedis Zildjian. Więcej szczegółów o historii Zildjian opowiadamy w innym dziale niniejszego numeru Perkusisty. Zajmijmy się talerzami.

Na samym początku blaszki perkusyjne były bardzo małe i służyły bardziej jako punktujące akcenty. Wraz z powstaniem swingu okazało się, że te kawałki metalu przydadzą się znacznie częściej i pomocne są w trzymaniu rytmu. Hi-hat rósł do góry i perkusiści zaczęli dostrzegać jego wielki potencjał. Pierwsze dobrej jakości talerze pochodziły z tureckiej gałęzi Zildjian, ale przecież nowoczesna muzyka miała swoją kolebkę w USA, gdzie po wielu zawirowaniach trafił przedstawiciel pierwszej linii rodu Zildjian (drugą linią była właśnie ta turecka).

Tam w 1929 roku w stanie Massachusetts powstała firma Avedis Zildjian. Umiejscowienie idealne, ponieważ tuż obok rozwijał się jazz i można było dostosować swoje produkty do potrzeb np. nikogo innego, jak… Gene’a Krupy oczywiście, który sugerował firmie, jakiej grubości blach potrzebuje. Podobnie było z rozmiarami. W pierwszym okresie Gene używał np. hi-hat o rozmiarze 11" i maksymalnie największą blachę 16". Gdy Avedis III usłyszał, że muzyk chce takiego "kolosa", złapał się za głowę, bo nie wiedział, czy maszyny dadzą radę. Dały radę i w katalogu w roku 1949 rozmiary sięgały już 28". W 1930 roku 10" talerz Zildjian kosztował 3 dolary. W roku 1948 talerz o rozmiarze 20" kosztował niecałe 50 dolarów. Firma Zildjian, która siedziała w samym centrum ewoluującej dynamicznie muzyki, dała początek nowoczesnym talerzom perkusyjnym.

 

5. SLINGERLAND BLACK BEAUTY

Czarna Piękność - król werbli metalowych


Werbel, jak to zwykł mówić Tomek Łosowski, to serce zestawu. Trudno się z tym określeniem nie zgodzić, bo bez werbla ani rusz! Ale Black Beauty od Slingerlanda, a nie od Ludwiga? Rozwiązanie jest proste, ale po kolei.

W odróżnieniu od okazyjnie wykonanych metalowych zestawów perkusyjnych, werble dość często mają korpusy metalowe. Pierwsze instrumenty miały jednak drewniane korpusy i drewniane obręcze. Za nowy rodzaj werbli zabrały się mocno przede wszystkim firmy Ludwig i Sonor. Jedni podpatrywali drugich i tym samym pchali koło postępu do przodu. W roku 1911 po sukcesie swojego urządzenia, jakim była stopka perkusyjna, Ludwig zaczął eksperymentować z metalowymi korpusami.

W roku 1919 jeden z inżynierów firmy Ludwig, pan Robert Danly opracował urządzenie, które także w swojej istocie jest niezmienione do dziś - maszynkę do sprężyn. Oczywiście później pojawiła się cała masa wersji i różnych usprawnień, ale zasada odciągania i dociągania sprężyn z boku werbla jest wciąż w użyciu.

Amerykańskie firmy zaczęły więc tworzyć mosiężne werble i często miały chromowe albo niklowe wykończenie. Niektóre z nich miały na sobie czarny nikiel, a jeszcze ci, co mieli ciut więcej w kieszeni, mogli dostać werbel z jakimś ręcznie wykonanym wzorkiem. Czarna warstwa na mosiądzu dostała nazwę Black Beauty i osiągnęła w pełni zasłużenie swój legendarny status. Jak to jest z tymi Ludwigami? Faktycznie najbardziej znane Black Beauty produkowane są wciąż przez firmę Ludwig, taką też mają swoją nazwę własną, ale tak naprawdę "black beauty" powinno być nazwą rodzajową, ponieważ to Slingerland był pierwszą firmą, która wykonała taki model werbla, określając go Black Beauty. Patrząc jednak na współczesny rynek perkusyjny zostawmy dla porządku tę nazwę Ludwigowi, ale pamiętajmy, jak to się zaczęło.

 

6. SLINGERLAND RADIO KING

Pierwszy nowoczesny zestaw

Mieliśmy już werbel z własnym statywem, stopkę, która nam szybko zamiatała w centralkę, hi-hat powoli piął się w górę, stając się "dużym chłopcem". Małe blaszki sobie dyndały, a przed sobą mieliśmy stolik, na którym leżały inne instrumenty perkusyjne, bo wciąż perkusista był raczej dodatkiem niż gościem, który trzymał w ryzach cały zespół muzyków. Mało kto brał ten instrument na poważnie, co nam się często odbija czkawką do tej pory, gdy ktoś z "cywili" mówi o perkusji (bo wiadomo, że muzycy to akurat wiedzą, jakim skarbem jest dobry bębniarz, chociaż często nie chcą się do tego przyznać). Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy dźwięk zaczyna mieć coraz większe znaczenie, a chodzi tu o udźwiękowione filmy, ale przede wszystkim radio. A tam pojawia się nowa era tanecznych swingowych zespołów z utalentowanym synem polskich emigrantów Genem Krupą.

Krupa zrobił dla bębnów więcej niż ktokolwiek później w historii. Wyszedł wyraźnie przed szereg czarnoskórych artystów, skierował spojrzenie publiczności w stronę perkusji i zrewolucjonizował zestaw perkusyjny. Wywalił cały ten perkusyjny "bufet", jaki miał przed sobą i w to miejsce zamontował bęben z dwoma naciągami góra-dół, wciągnął też mocniej hi-hat do brzmienia zestawu. Kiedy firma Ludwig nie za bardzo zrozumiała, o co chodzi młodemu perkusiście, ojciec Krupy uderzył do firmy produkującej do niedawna wyłącznie instrumenty pokroju banjo, czyli do firmy Slingerland. Ekipa ze Sligerland stwierdziła, że jest to dla nich szansa i ubrała Gene’a w zestaw Radio King. Zestaw, który dał początek nowoczesnej perkusji, od którego tak naprawdę wszystko się zaczęło, a przez niektórych przyjaciół z naszej branży uznawany pół żartem pół serio za najlepszy wynalazek, jaki wymyślili Amerykanie w XX wieku.

 

7. GRETSCH "ROUND BADGE"

Mały zestaw, który nakręcał bebop


Wychodzi na to, że wszystko zaczęło się od zestawu Radio King Slingerlanda naszego rodaka Gene’a Krupy. Niestety, legendarna marka została pogrzebana przez politykę ostatniego z właścicieli marki, giganta gitarowego Gibson. Ciekawe jest to, że Gibson - tak często podkreślający znaczenie historii muzyki - zdławił pioniera nowoczesnych bębnów, instrument-fundament, bez którego gitarzyści nie mogliby sobie pozwolić na frywolne szarpanie strun, zresztą często niestrojących. Losu Slingerlanda udało się uniknąć kolejnej marce, która była głosem całej muzycznej ery, oferując ponadczasowe brzmienie. Chodzi oczywiście o markę Gretsch, która przeszła olbrzymie zawirowania, by ostatecznie spocząć i zostać przygarniętą przez prawdziwego "małolata" rynku, markę DW. Przyszłość Gretscha u wcześniejszego właściciela nie wyglądała różowo i Fender (kolejny gigant gitary, jeszcze bardziej podkreślający znaczenie historii) bardzo chętnie sprzedał markę. Ta trafiła pod skrzydła pasjonatów bębnów i zaczęła powoli dźwigać się z kolan.

Zanim te wszystkie burze pojawiły się na horyzoncie, Gretsch miał cudowną, słoneczną pogodę, która nastała wraz z powstaniem nowego stylu muzycznego, jakim był bebop. Firma wprowadziła na rynek zestaw Broadkaster, mały kompaktowy set, który doskonale wpisywał się w szybki, często improwizowany bebop styl. Firma powstała w 1883 roku i podobnie jak Slingerland robiła inne instrumenty, ale ze swoją siedzibą na Brooklynie miała dosłownie pod nosem wszystko to, co się działo w muzyce. Na bieżąco śledzili zmiany i powstające nowe trendy. Gretsch jako pierwszy zbudował lekki mały zestaw ze zmienioną konstrukcją korpusu. Do tego doszły obręcze die-cast i słynne "brzmienie Gretscha" stało się faktem. Co ciekawe, brzmienie z myślą o szybkich jazzowych pasażach sprawdzało się i wciąż sprawdza także w innych stylistykach muzycznych.

Dodatkowo bebop był muzyką, która nie wymagała wielkich sal, wręcz przeciwnie, często panowie łupali niemiłosiernie godzinami po ciasnych piwnicach, gdzie mały, fikuśny zestaw mieścił się idealnie, bo przecież często dochodził do tego jeszcze fortepian i facet z nielichym kontrabasem, było więc gdzie się ściskać. Dlatego też Gretsch zamiast central 24", a czasami nawet 26", doszedł do wniosku, że 20"x14" będzie w sam raz, a jak Roy Haynes zagrał na 18"x12" to okazało się, że i tyle wystarczy, a dodatkowo szybko można wrzucić graty do bagażnika i skoczyć do kolejnego ciemnego i dusznego klubu na następne godziny sypania żwirem po bębnach w gęstej atmosferze potu i dymu papierosowego.



8. LUDWIG SUPER CLASSIC

Zestaw rockandrollowej rewolucji!


Czteroelementowy zestaw, czyli 22"x14" bas, 13"x9" tom, 16"x16" floor tom z 14"x5" metalowym werblem Supraphonic 400 to absolutna gwiazda świeżo narodzonej ery rocka!

Pamiętajmy, że muzyką wtedy bezwzględnie rządzili Amerykanie i mimo, że Zjednoczone Królestwo wypuszczało na świat lepsze zespoły nowej muzycznej fali, to ich los i fakt, czy zmienią w przyszłości świat, zależało od tego, jak przyjmie je Ameryka.

Na rynku głównymi graczami były amerykańskie marki Ludwig, Gretsch, Rogers i Slingerland (mimo, że Gretsch i Ludwig mają niemieckie korzenie). Sonor mimo swojego drugiego po Rogersie najstarszego rodowodu z racji umiejscowienia w Niemczech nie miał takiego wpływu na sytuację, za to w miarę odważnie przepychał się angielski Premier. Japończycy podglądali wszystkich wkoło i powoli szykowali się do zmasowanego ataku. Póki co mieliśmy te cztery amerykańskie marki i wszystko wyglądało dość przejrzyście, aż wreszcie wydarzyło się coś, co we współczesnym świecie jest niewyobrażalne. Jeden występ, który zmienił układ sił i wysunął niemal natychmiast Ludwiga na fotel lidera (z którego z czasem, niestety, zleciał z hukiem na pysk). W 1964 roku Ringo Starr wystąpił z kolegami z The Beatles w programie Eda Sullivana (wspominamy o tym szerzej w niniejszym numerze). Jego zestaw to Oyster Black Ludwig i mimo mniejszych rozmiarów (20, 12, 14 ze "złym" werblem Jazz Festival) zrobił robotę dla marki, jakiej nigdy przedtem ani potem nie zrobił żaden występ.

Sukces był tak duży, że nawet szowinistyczni Brytyjczycy wymieniali swoje Premiery na amerykańskie Ludwigi. Brytyjscy mistrzowie siadali za Ludwigiem - Ginger Baker, Mitch Mitchell, John Bonham i Ian Paice. Jedynie szalony Keith Moon został patriotycznie przy Premierze. Widać więc, jaką siłę miało (i wciąż ma) USA w kreowaniu trendów, tym bardziej, że zdaniem ekspertów instrumenty brytyjskich marek czyli Premier, Ajax, Beverley, Carlton (później Hayman) były tak samo dobre jakościowo jak produkty amerykańskie, ale wyglądały staro, nie miały tego błysku nowoczesności, co właśnie Ludwig Super Classic z werblem 400, który uznawany jest za najczęściej nagrywany werbel w historii. Już 50 lat temu liczyło się, jak bębny wyglądają, a Ringo wyglądał za nimi rewelacyjnie!

 

9. REMO WEATHERKING

Naciągi, które pomogły w rockowej nawałnicy


Z naciągami perkusyjnymi sprawa jest dość drażliwa, bo do lat 60 zeszłego wieku dostało się zwierzakom mocno w kość, a raczej w skórę. To właśnie z nich tworzone były membrany i nawet dziś często używamy zwrotu "skóra" w stosunku do naciągów. Eksperymenty ze sztucznymi naciągami sięgają już XIX wieku, ale jak to zazwyczaj bywa - problemem jest technologia. Jak to pokazuje historia najlepszym albo może najskuteczniejszym motorem rozwoju techniki jest jakaś solidna zawierucha wojenna. Wtedy nagle wszyscy się spinają, jak nigdy i wymyślają coraz to lepsze metody do przechytrzenia wroga i faktycznej wojnie na froncie towarzyszy wojna inżynierów i naukowców. Tak mniej więcej było z plastikiem, w który tłuczemy codziennie.

Firma DuPont (nawymyślali masę rzeczy m.in. Nylon czy Kevlar) "bawiła" się z pewnym materiałem podczas II Wojny Światowej w służbie lotnictwa wojskowego. Ostatecznie w 1952 roku materiał o nazwie Mylar został oficjalnie zarejestrowany. Odłóżmy jednak na chwilę Mylar i zobaczmy, co się dzieje z bębnami. W 1953 roku Jim Irwin dostrzegł możliwość tworzenia syntetycznych naciągów dla Sonny’ego Greera, perkusisty Duke’a Ellingtona, ale dopiero w roku 1956 niejaki Marion "Chick" Evans rozpoczął konkretną produkcję sztucznych naciągów. Tak, chodzi właśnie o "tego" Evansa. Sytuacja jest dynamiczna, bo rok później Remo D. Belli, świetny bębniarz, rozpoczyna produkcję membran Weatherking. Razem z chemikiem Samem Muchnick opatentowali sposób układania Mylaru w aluminiowe obręcze, zalewane żywicą epoksydową.

Tak nastała era membran Remo, która trwa po dziś dzień. Spójrzmy na to jednak jeszcze szerzej, bo przecież lada moment miała eksplodować muzyka rockowa z takimi bębniarzami, jak Carmine Appice, Ginger Baker, Keith Moon czy Mitch Mitchell. Dodajmy do tego odrobinę późniejszych: Iana Paice’a, Johna Bonhama, Billa Warda i wyobraźmy sobie, co by było, gdyby ci panowie musieli grać dalej na zwierzęcych membranach. Zapewne także i tu prędzej czy później ktoś by wymyślił sztuczne naciągi, ale faktem jest, że mimo pierwszeństwa firmy Evans o grubość włosa, to Remo opracowało membrany, które wydawały się wyprzedzać epokę.

Jak widać po latach mamy masę firm produkujących talerze, konkretną liczbę producentów bębnów, werbli i pałek, a sytuacja z naciągami wygląda zupełnie inaczej. Rządy Remo są bezsprzeczne, za nimi Evans i Aquarian, dopiero dalej tym pozostałym jednym procentem dzieli się reszta firm m.in. Attack, a także brytyjski Code, który wchodzi powoli na rynek. Naciągi wykonywane w Chinach, podobnie, jak WS Drumheads, które aspirowały do bycia polskim produktem, ale rynek rządzi się swoimi brutalnymi prawami.

 

10. PAISTE GIANT BEAT I 2002 SERIES

Talerze z brązu B8 zabrzmiały jak nigdy!


Kolejny obok Gene’a Krupy polski wątek w historii bębnów. W latach 50-60 zeszłego stulecia Atlantyk był znacznie szerszy niż teraz. Oczywiście chodzi tu o symboliczną barierę, jaka dzieliła Europę od Ameryki. Na naszym kontynencie (jednak głównie na Wyspach) mieliśmy przyzwoitych producentów bębnów, ale gorzej było z talerzami. Co ciekawe, mieliśmy pod nosem kolebkę talerzową w postaci Turcji, ale wtedy nie myślano tam za bardzo o talerzach dla europejskich dekadenckich kapel, tylko raczej, jak wyjść cało z kolejnego przewrotu politycznego. Jedyną w miarę zorganizowaną firmą była K Zildjian (kupiona z powrotem przez Avedis Co. w 1968), ale i tu ogólne koszty były zbyt duże. Pamiętajmy, że od 1931 roku był jeszcze Ufip, ale Włosi nie mieli lekko najpierw z Mussolinim, który twierdził, że jazz to grzech i uznawał tylko muzykę folkową, później po wojnie z ogólnym urazem do własnych produktów i zapatrzeniu we wszystko, co amerykańskie.

Paiste miało więc szansę na opanowanie europejskiego rynku. Zaczynała się era rocka i bębny potrzebowały więcej mocy, bo często w klubach bywało tak, że wszyscy byli nagłośnieni a bębniarz skazany był na własne siły. W 1963 roku Paiste zaczęło kombinować ze stopem, mającym znacznie więcej miedzi w stosunku do cyny. Stop po obrobieniu był jaśniejszy i głośniejszy. Rock zaczynał być coraz głośniejszy, więc w 1967 powstaje pierwsza oficjalna seria talerzy, wykonana z brązu B8 - Giant Beat. W roku 1971 została przerobiona i dostała nową nazwę 2002. Seria, która opanowała rockowe granie i szybko wylądowała na statywach takich perkusistów, jak Ian Paice, John Bonham, Keith Moon, Cozy Powell, a później Stewart Copeland. Nieco tańsze od brązu B20 dostały etykietkę wycinanych, a niekutych ręcznie w odróżnieniu do B20.

W chwili, gdy 2002 osiągnęły piorunujący sukces poprzez to, że ich pasmo przechodziło przez ścianę gitar i że doskonale sprawdzały się (i wciąż się sprawdzają, bo seria istnieje i ma się dobrze) w studio pod mikrofonami, inne firmy także zaczęły pracować nad brązem B8. Jednak ani Sabian, ani Zildjian, ani też Meinl, który dołączył później do elity, nie mają w swoich katalogach w pełni profesjonalnych blach z tego stopu. Jedynie Paiste potrafi tak dobrze dokonać obróbki, żeby blachy zabrzmiały w pełni zawodowo. Tak czy inaczej okazało się, że stop B20 nie jest jedyny i także z blachami ze stopu B8 można tworzyć historię muzyki.

 

11. ZICKOS ACRYLIC

Oryginalne bębny z tworzywa sztucznego


Bębny akrylowe zawsze dostarczały sporo kontrowersji. Z jednej strony bardzo przewidywalne, obliczalne, pewne, lubiane przez "świetlików", widowiskowe, z charakterystycznym mocnym atakiem. Z drugiej strony… po prostu nie drewniane. Bez tego specyficznego ciepła i tych wszystkich niuansów, związanych z charakterystyką poszczególnych gatunków drewna. Jedni je uwielbiają, inni nienawidzą, a jeszcze inni korzystają, jak im wygodnie i pasuje do koncepcji muzycznej, ale na co dzień korzystają z klasycznych zestawów.

Wszystko zaczęło się w okolicach lat 60 w okresie istnej rewolucji w modzie, kiedy to tworzywa sztuczne stały się bardzo popularne. Moda liznęła także przemysł perkusyjny, chociaż nie było to tak oczywiste, jakby mogło się wydawać. W połowie lat 60 swój zestaw z akrylu (brytyjski perspex) stworzył Ginger Baker, zatem pomysł, by wstawić ten budulec do produkcji bębnów zaczął kwitnąć. Pismo nosem wyczuł znów Ludwig i w roku 1972 rozpoczął produkcję zestawów Vistalite, a do sukcesu firmy przyczynił się mocno John Bonham ze swoim zestawem Amber. Sęk w tym, że Ludwig nie był pierwszy. Amerykański perkusista big-bandowy Bill Zickos, właściciel sklepu muzycznego w Kansas, eksperymentował z plastikowymi bębnami już pod koniec lat 50, jednak dopiero w 1969 roku pojawił się pierwszy komercyjny zestaw akrylowy Zickos. Zasiadł za nim nie byle kto, bo perkusista Ron Bushy z hardrockowego zespołu Iron Butterfly. Zdaniem ekspertów zestawy Zicko były rewelacyjnie wykonane i bez problemu sprawdziłyby się obecnie. A Ludwig? Ludwig miał kapitał po sukcesie Ringo i szybko przykrył czapką interes Zicko.

Reszta firm także zaczęła kombinować nie tylko z akrylem, ale też z innymi tworzywami. Kres popularności tych bębnów nastąpił pod koniec lat 70 wraz z bliskowschodnim kryzysem, kiedy ceny ropy skoczyły mocno w górę.

Obecnie bębny akrylowe można spotkać zarówno w Tamie, Pearlu, oczywiście Ludwigu, ale też w DW, które przecież słynie z szaleńczej miłości do wszelkich gatunków drewna. Są to zestawy, które może nie sprzedają się jak świeże bułeczki, ale są dostępne szerzej lub węziej w danym katalogu. Z pewnością każdy bębniarz, grający zawodowo muzykę pop, powinien przynajmniej zastanowić się nad zakupem takiego instrumentu. Gwarantujemy, że realizatorzy telewizyjni będą zachwyceni.

12. YAMAHA RECORDING CUSTOM 9000

Zestaw, który otworzył nową erę nagrań studyjnych


W latach 70 nastąpił zmasowany atak japońskich producentów sprzętu. Takie marki, jak Pearl, Tama czy właśnie Yamaha boleśnie podgryzły legendarne marki amerykańskie. Powoli rodziła się marka DW, która stała się amerykańskim flagowcem. Tylko cieszyć się trzeba, że DW ogarnęło Gretsch i nie pozwoliło tej marce zginąć. Ciekawe, że wystarczyło niecałe 20 lat, żeby Ludwig z poziomu pana i władcy rynku spadł bardzo boleśnie na ziemię. Japończycy ruszyli w latach 70 mocno z kopyta. Tama zachwycała innowacyjnym podejściem, Pearl uruchomił w 1973 roku produkcję na Taiwanie, a Yamaha przy udziale inżynierów Sakae i swoich technologii zaczęła obliczać.

Trzeba tu jednak zaznaczyć, że zanim powstał zestaw RC9000, bębniarze generalnie nie mieli za bardzo pojęcia, z jakiego drewna zrobione są ich bębny. Drewno to drewno! Teraz przeżywamy np. z którego kraju jest klon, a już John Good z DW wiedzie prym w rozkoszowaniu się sezonowanymi na dnie zimnego jeziora balami drewna sprzed 700 lat. W połowie lat 70 nie było takiego podejścia. Dopiero w późniejszych latach działy marketingu rozbuchały ten temat, pompując propagandę kolejnych wyjątkowych korpusów. Trzeba przyznać, że rękę do tego przyłożyła też Yamaha właśnie z tym zestawem. W 1975 roku firma opracowała zestaw YD9000, najwyższy w rodzinie (były jeszcze 7000, 5000, 3000) i dumnie ogłosiła, że jest to pierwszy zestaw, wykonany w 100 procentach z brzozy, nazywanej drewnem do nagrań.

Lata 80 to istny szał na ten zestaw, który z czasem przyjął nazwę Recording Custom. Do rodziny Yamaha dołączył Steve Gadd, który swoim autorytetem (już wtedy) mocno wsparł markę. Materiał ściągany był z Hokkaido, ze źródła, które dostarczało drewno do pianin Yamahy. Długie lugi od górnej do dolnej obręczy robiły mocne wrażenie i wyróżniały bębny od amerykańskich produktów, chociaż tak naprawdę był to bardzo stary pomysł angielskiej marki Premier. Dodatkowo nowy sposób lakierowania, który natychmiast został skopiowany przez inne firmy. W kwestii konstrukcji bębnów był to ostatni tak wielki skok. Od tego czasu firmy rozwijały już powstałe pomysły i żaden z zestawów nie był tak wielkim krokiem milowym, jak Slingerland Radio King, Gretsch Broadkaster "Round Badge" i Ludwig Super Classic.

13. SIMMONS SDSV

Elektroniczna perkusja, symbol lat 80


Brytyjczycy są znani z tego, że wymyślają rewolucyjne wynalazki, po czym tracą swój wpływ na dalszy przebieg wydarzeń wraz z rozwojem rynku. Dziś perkusje elektroniczne to domena przede wszystkim Rolanda oraz Yamahy, ale to angielski keyboardzista Dave Simmons pierwszy wprowadził na rynek pełnego "elektryka" SDS5, znanego także jako SDSV.

W późnych latach 70, czyli erze disco i reggae, niepoważne stukanie perkusji Syndrums i Space Drums można było usłyszeć niemal wszędzie. Były to bardziej zabawki niż poważne instrumenty, o czym wspominał nawet sam Bill Bruford, wielki fan i długoletni użytkownik Simmonsów, których jasny atak - bardziej mięsisty, ciemniejszy i szarpiący, zrewolucjonizował brzmienie popu lat 80, pojawiając się wszędzie od Spandau Ballet, Culture Club i Cameo po tak poważnych rockowych graczy jak Rush czy Genesis. Eric Carr z Kiss miał nawet specjalnie instalowane pady, które robiły niesamowite wrażenie, zarówno wizualnie, jak i brzmieniowo. Alex Van Halen w swoich równie wielkich zestawach także instalował pady Simmonsa.

Simmons stworzył SDSV z pomocą wybitnego perkusisty i producenta Richarda Jamesa Burgessa. To on wymyślił ergonomiczne i zajmujące mało miejsca sześciokątne pady. Dzięki złamaniu zasady, że bęben ma być okrągły, kanciaste placki mówiły całemu światu: oto nowy instrument! Pady występowały w różnych kolorach m. in. czarnym, białym, czerwonym, niebieskim i zielonym. Niestety, ich powierzchnia wykonana była z poliwęglanów, używanych do produkcji między innymi tarcz policyjnych i była bardzo wyniszczająca dla rąk przy dłuższej grze. O męce tłuczenia godzinami w Simmonsy wspominał chociażby Jurek Piotrowski, kiedy to Kombi zaskoczyło wszystkich wykorzystaniem tego wówczas nowoczesnego zestawu w swojej muzyce. Jednak w ciągu kilku lat SDSV osiągnął wielki sukces i był pierwszym elektronicznym zestawem, który był brany na poważnie w muzycznym show-biznesie, a jego analogowe brzmienie wciąż często jest opisywane po prostu jako "Simmonsy"!

 

14. PEARL EXPORT

Volkswagen "Garbus" wśród bębnów.


Długo zastanawialiśmy się nad wrzuceniem na tę listę zestawu Pearl Export. Nie ma przecież tak naprawdę w tych bębnach nic nadzwyczajnego. Ich konstrukcja nie ma w sobie żadnych innowacyjnych elementów, a wykorzystanie zestawu nie wiąże się bezpośrednio z żadnym wielkim ruchem w muzyce, chociaż akurat w tym okresie gatunki muzyczne wyskakiwały jeden za drugim. Za obecnością na naszej liście sprzętu, który zmienił świat bębnów, przemawia jedna dana statystyczna. O ile wymienione wcześniej instrumenty były pionierami pod kątem rozwiązań technicznych, które później miały swoich następców i były kolejno usprawniane i rozwijane, tak Pearl Export jest symbolem innego zjawiska, zjawiska wielkiej komercjalizacji przemysłu perkusyjnego. W roku 1995 firma ogłosiła, że sprzedano już ponad milion egzemplarzy tego instrumentu. Ponad 20 lat temu licznik sprzedaży jednej serii przekroczył "bańkę"!

W Anglii nie ma szkoły muzycznej, w której nie stałby Pearl Export, także u nas był to często kupowany zestaw perkusyjny. Wprowadzony na początku lat 80 charakteryzował się wysoką jakością wykonania przy stosunkowo niskiej cenie zakupu. Przeznaczony dla początkujących perkusistów momentalnie zrobił furorę. Jest to też doskonały przykład na perfekcyjne działanie polityki kontaktu z artystami lub jak to zwykliśmy mówić nieco kalecząc terminologię - polityki endorserskiej. Popularne nazwiska pokroju Jeff Porcaro, Tico Torres, ale przede wszystkim Tommy Lee (za którym amerykańskie dzieciaki szalały), powodowały, że młodzi zapaleńcy szarpali rękawy swoich rodziców, żebrząc o bębny Pearla. Inni znów łapali się za dorywcze prace, które dawały zarobić wystarczająco na nowego Exporta.

W roku 2007 seria została zdjęta z taśmy produkcyjnej i zastąpiona zestawem Vision, jednak w 2013 Export wrócił w nowej odsłonie, dostosowany do współczesnych trendów, oparty mocno o ekonomiczne rozwiązania. Najciekawsza w Exporcie była jedna rzecz - zestaw nie miał tak naprawdę ustalonego jednego jedynego gatunku drewna, z jakiego był robiony przez cały pierwszy okres swojego istnienia. Były bardzo różne odsłony tych bębnów z różnych gatunków, co nasuwa prosty wniosek - sprzedawała się marka. Dlatego właśnie fenomen Pearl Export gwarantuje miejsce na naszej liście, bo jest to instrument, który skierował uwagę producentów w stronę masowej produkcji i zarysował podział na poszczególne grupy docelowe.

Obecnie wśród wielkich serii pokroju DW Collector’s, Sonor SQ1 i SQ2, Pearl Masterworks, Reference i Masters, Tama Star i Starclassic znajdują się też te mniejsze, ekonomiczne, na zachętę do nauki. Część z nich to naprawdę świetne "wabiki", a część… No cóż, troszkę za bardzo biorą do siebie rolę zestawów typu Entry Level i daleko im do tego, co oferował Pearl Export.

Artykuł ukazał się w numerze lipiec-sierpień