Buddy Rich. Najlepszy...

Dodano: 12.06.2018

Jedna z największych legend perkusji. Człowiek, który zainspirował tysiące bębniarzy na całym świecie. Niesamowity muzyk, zdaniem wielu najwybitniejszy perkusista w historii. Jak wspomina i opisuje go plejada wspaniałych perkusistów?

Niezwykle charyzmatyczny muzyk wspiął sztukę gry na perkusji na absolutne wyżyny i do tej pory jego gra robi kolosalne wrażenie. Zawdzięczamy mu bardzo dużo, ponieważ zaprezentował światu perkusję z zupełnie innej strony. Dzięki niemu ludzie dowiedzieli się, że bębny sprawiają dużo frajdy, a gra na tym instrumencie może być nie tylko wielką przyjemnością, ale też wielkim szpanem. To on w dużej mierze poprzez swoją postawę pokazał światu, że bębniarze to ludzie wyjątkowi, często zwariowani, niepokorni, indywidualności, obok których nie da się przejść obojętnie. Legendy o Buddym krążą od dawna. Są to opowieści, związane z jego zachowaniem na scenie i poza sceną, a także historie o tym, co Buddy powiedział, a język miał cięty jak mało kto. Nie owijał w bawełnę i walił prosto z mostu, co myśli, a miał wiele do powiedzenia, ponieważ była to niezwykle inteligentna „bestia”. Brakuje teraz na scenie muzycznej takich postaci. Przeżywamy istny atak klonów i ciężko znaleźć kogoś, kto wyszedłby przed szereg tak, jak robił to wtedy Buddy Rich.

Buddy Rich

Wyobraźmy sobie takie czasy. Nie ma telewizji, radio dopiero raczkuje, kino jest bardziej ciekawostką niż rozrywką, a o Internecie z przepływem danych, jaki mamy teraz, w ogóle możemy zapomnieć. Skąd będziesz czerpał odpowiedzi na pytania, jak będziesz sobie organizował rozrywkę? Dla wielu współczesnych ludzi taki scenariusz byłby prawdziwym dramatem, a 100 lat temu była to codzienność. Kto chciał, mógł chodzić do bibliotek, na koncerty, do teatru, czytać gazety i obwieszczenia. Istniało też coś takiego jak wodewil, czyli luźny wesoły występ, gdzie mieszały się różne elementy sceniczne – śpiew, taniec, gra aktorska. Właśnie podczas jednego z takich występów publiczność Bijou Theatre w Fort Wayne miała możliwość podziwiania małego szkraba, który jeszcze nie skończył dwóch lat, a już miarowo walił w bęben, podczas, gdy jego rodzice występowali na scenie. Mały Bernard Rich występował jako Traps The Drum Wonder i w wieku 6 lat zarabiał 1500 dolarów miesięcznie, a w wieku 11 lat był drugim, najlepiej opłacanym dzieckiem w przemyśle rozrywkowym, zaraz po Jackiem Cooganie, aktorze, który występował u boku Charlie Chaplina. Buddy Rich nie pamiętał nigdy swojego życia bez bębenka i pałeczek. To by wiele tłumaczyło.

Po osiągnięciu dorosłości kieruje się w stronę swojego ukochanego jazzu. Gene Krupa opracował już nowy zestaw perkusyjny, wymarzony instrument dla młodego pasjonata. Przejście do gry w jazzie nie obyło się bez problemów, ale Buddy szybko zaczął zjednywać sobie sympatyków. Młodziak robił wrażenie, chociażby grając z zespołem Joe Marshalla w Manhattan Hickory House w 1937 roku. Wielu liderów coraz częściej pytało o Buddy’ego, któremu nie brakowało już wtedy tupetu. Pewność siebie, jaka została wyrobiona poprzez występy przed publicznością od dziecka, robiła swoje. Grał z Bunny Beriganem i Artie Shawem. W 1938 roku poznaje Franka Sinatrę w zespole Tommy’ego Dorseya. Frank staje się jego długoletnim przyjacielem, a po zakończeniu II wojny światowej wykłada 50 tysięcy dolarów na to, żeby Buddy założył swój własny zespół bigbandowy, podtrzymując tradycje Chicka Webba i Gene’a Krupy. Przewijał się też przez wiele zespołów i projektów, nieobcy był dla niego film, dlatego, kiedy w latach 50 pojawiła się telewizja, wiadomo było, że jest to miejsce także dla niego.

Tak w absolutnie telegraficznym skrócie można przedstawić początki kariery jednego z najlepszych perkusistów w historii. Istnieje wiele publikacji na temat życia i twórczości Buddy’ego. Nie będziemy tu odtwarzać historii i suchych faktów niczym Wikipedia, za to przedstawimy wypowiedzi tych, którzy mieli z Buddym do czynienia bezpośrednio lub na których Buddy Rich miał ogromny wpływ. Niniejsze nazwiska mówią same za siebie.

Cathy Rich (Córka Buddy’ego)

Jak powstały koncerty upamiętniające – w tym ten pierwszy, najbardziej znany?

Gdy wiedział, że nie da już rady, zawołał mnie do siebie i powiedział: „Oto, co chcę, żebyś zrobiła”. Prosił mnie o to, żeby zespół cały czas grał i działał z myślą o młodszym pokoleniu. Odpowiedziałam mu: „O czym ty mówisz, będziesz tu z nami zawsze.” W momencie, gdy odszedł, dosłownie usiadłam w szafie i przez rok ryczałam. Zastanawiałam się, jak mam to wszystko zrobić, to przecież ogromna odpowiedzialność. Wymyśliłam więc koncert upamiętniający. On zrobił tyle dla mnie i dla muzyki. Spędził prawie całe swoje życie w trasie, poświęcając się w 100 procentach. Dlatego pomyślałam, że przynajmniej tyle będę mogła zrobić. Początkowo chciałam zrobić koncert w Londynie, ale jak pojawiła się opcja, żeby zrobić to w Nowym Jorku, od razu się zgodziłam, zgrało się to idealnie.

Po śmierci swojego ojca czułaś wielką presję na sobie w związku z jego muzyką?

Zajęło mi chwilę zanim połapałam się, co mam robić po tym, jak odszedł. Zaczęłam robić koncerty upamiętniające, które rzuciły nowe światło i zaangażowały perkusistów rockowych, a oni ściągnęli nową publiczność w stronę muzyki Buddy’ego. Ostatnie pięć lat z zespołem w trasie jest tym, co zapewne chciał, żebym zrobiła. Koło się zamyka. Gramy dookoła świata i i ludzie kochają to, co robimy. To znaczy, że robimy to dobrze. Robimy też to, co on zawsze chciał. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wielkie legiony fanów miał i to w różnym wieku.

Właśnie w taki sposób chciał, żebyś podtrzymywała jego legendę?

Nie chodzi mi o wychowanie całego nowego pokolenia perkusistów bigbandowych, to nie jest mój cel. Moim celem jest uświadomienie młodzieży, że był ktoś taki jak Buddy Rich, który całe swoje życie poświęcił na to, żeby grać ludziom muzykę.

Znamy Buddy’ego jako wielką postać sceniczną, a jaki był poza sceną?

On miał wiele rodzajów osobowości. W domu był zabawny i uwielbiał chodzić do parku baseballowego. To był taki typ człowieka, że jak nie grał to zupełnie nie poruszał tematu perkusji, był po prostu tatą. Perkusja go nie określała. To było to, co robił, ale nie do końca oznaczało to, kim jest. Jeżeli widziałeś go relaksującego się w basenie w domu, to właśnie był on. W czasie wolnym był wolny. Był jednym z najzabawniejszych ludzi, jakiego kiedykolwiek znałam, na scenie i poza nią. Wychował się w show-biznesie, więc nie był jedynie bębniarzem. Potrafił tańczyć, śpiewać, był zabawny, potrafił grać na perkusji, potrafił wiele rzeczy. Miał tę wielką osobowość, ponieważ był w tym świecie od drugiego roku życia.

Ludzie mają obraz Buddy’ego jako bezwzględnego lidera zespołu, głównie przez słynne „taśmy autobusowe” (nagrania, jak Buddy drze się na zespół). Ile w tym wszystkim było prawdy?

Ciążyła na nim duża presja. Teraz zdaję sobie z tego sprawę. Jego nazwisko było na pierwszym planie, więc wszystko lądowało na jego barkach. Był odpowiedzialny za 16 innych postaci, to dość przytłaczające. Nigdy nie widziałam, żeby się ugiął pod presją, miał raczej z tego ubaw. Oczywiście były też i mroczne czasy, kiedy był niezadowolony i chyba właśnie to zależało od zadowolenia z zespołu w danym okresie. Był perfekcjonistą. Był geniuszem i jeżeli słyszał coś, co jego zdaniem było poniżej poziomu, to potrafił to wygarnąć. Ale i tak to wszystko zawsze kwitował sporą dawką humoru np. zespół miał drużynę baseballową i mieli w zwyczaju zatrzymać się na trasie i grać sobie gdzieś pośrodku niczego. Zawsze było coś, co luzowało napięcie. Jeżeli porozmawiasz z kimś, kto był w tym zespole, powie ci, że to było jego największe muzyczne doświadczenie w życiu. Gdy Buddy dostrzegł w kimś talent to cisnął go tak mocno, aż stworzył z niego świetnego muzyka.

Jak oceniasz dzisiaj dziedzictwo Buddy’ego?

Jest tylu wspaniałych muzyków i wokalistów, a po ich śmierci słuch o nich kompletnie ginie i pozostają tylko pojedyncze piosenki. Z Buddym jest tak, że ma status legendy, bo wciąż o nim mówimy. Zespół wciąż gra i wciąż jest publiczność. Buddy nigdy nie będzie zapomniany, nie został zapomniany przez ostatnie 30 lat.

Fot. Redfern/Getty Images

Bill Ward (Black Sabbath)

Kiedy pierwszy raz słyszałeś solo Buddy’ego?

Pierwszy raz słuchałem świadomie Buddy’ego Richa, gdy kupiłem sobie jego płytę pt. Caravan. Miałem wtedy jakieś 14 lat. Grałem do tego jak diabli. Na Caravan było sporo solowych momentów. Słuchałem tego godzinami dzień po dniu. Wsłuchiwałem się w pracę jego tomów podczas solówek. Nauczyłem się od Buddy’ego bardzo dużo na temat dynamizowania. Grał bardzo delikatne rolle i nagle przeskakiwał na grzmiące tomy z potężnym werblem. Malował obrazy swoją grą. Gdy grałem solówki z Sabbathami myślałem właśnie o Buddym. Wyskakiwałem czasami niemal od razu z szybkimi paradidlami i gęstą grą na werblu, po chwili dodawałem centrale. On grał te swoje solówki i po chwili akompaniował kapeli. To właśnie powinni robić bębniarze, nawet w heavy metalu, takie jest zadanie perkusisty.

Co było specjalnego w solówkach Buddy’ego?

Byłem rozwalony jego prędkością i wyobraźnią. Był jak wojownik i mówię to w najlepszym tego słowa znaczeniu. Dużo ryzykował podczas gry. Na samym Caravan kilka razy uderza w obręcz zamiast w werbel i bardzo mi się to podobało, pokazywało, że był człowiekiem. Nie wracał do tego i nie nagrywał ponownie, zostawiał tak, jak było. Z jego gry emanowała jego osobowość, a miał wielką osobowość. Słuchałem go i: „Mój Boże, co on ku*wa właśnie zagrał?!”. Cofałem nagranie i próbowałem nauczyć się tego, co zagrał. Czułem się kiepsko, bo nie miałem pojęcia, co on tam zrobił. Chciałem rzucić pałeczkami w kąt! Jego poziom był zdecydowanie zbyt wysoki. Słuchałem Buddy’ego Richa i może opanowałem 1/20 tego, co on grał przez pięć minut. Myślałem sobie: „Chyba żartujesz!”. Wąchałem za nim spaliny. Lubiłem też słuchać Buddy’ego, gdy grał wspólnie z innymi bębniarzami. Niesamowite, jak on to wszystko razem składał. Za każdym razem, jak grał, poziom był dźwigany strasznie wysoko.

Buddy był w show-biznesie od bardzo młodego wieku. Myślisz, że to jakoś przekładało się w jego solówkach?

Zaczynał w tej kwestii skromnie, ale sposób, w jaki dorastał, przełożył się później na jego grę, szczególnie, gdy sprawy zaczęły się nieco komplikować. Miał zawał i ludzie myśleli, że przejdzie na emeryturę, a on co zrobił? Wrócił, bo walczył. Był perkusistą, perkusistą zespołu bigbandowego, wiedział, jaką prezentuje wartość. Takie mam właśnie wrażenie na jego temat. Wiedział, kim jest. Wcześniej podczas mojej kariery musiałem sobie przypominać, kim naprawdę jestem i że gram na perkusji. Musiałem zostawić za sobą pewne rzeczy, które pojawiły się na mojej drodze. To jest lekcja, jakiej się nauczyłem od Buddy’ego. Od kogoś, kto zmagał się z przeciwnościami, jakie pojawiały się w różnych momentach jego życia. On wciąż znał swoje miejsce i wiedział, kim jest, wiedział, że jest najlepszym bębniarzem jazzowym na tej planecie.

Steve Smith (Journey)

Energiczny Wirtuoz:

Wyróżniała go niesamowita energia. Energia, którą wnosił do zespołu, była niebywała. Poza tym oczywiście jego wirtuozeria. Jedyna w swoim rodzaju. Jego styl w pewien sposób był modelowany przez Gene’a Krupę, ale później przeniósł ten pomysł na wyższy poziom. Buddy potrafił zagrać takie rzeczy, jakich nikt inny nie był w stanie zagrać i do tej pory perkusiści nie są w stanie tego zrobić np. jego rolle jedynkami.

Showman:

Jego widowiskowość była atrakcyjnym dodatkiem, podobnie jak jego wyjątkowa osobowość. Osobowość była bardzo ważnym składnikiem ciągu jego sukcesów. Pojawiał się w talk-show w USA lub Anglii, bo miał osobowość telewizyjną. Potrafił zabawić widzów, dorastał w wodewilu, więc był na scenie przez całe swoje życie. Dla niego to było naturalne środowisko.

Subtelny akompaniator:

Publiczność była bardziej zaabsorbowana jego zewnętrznym sposobem gry, uwielbiali big band i te aranżacje, ale wiele osób nie znało płyt, gdzie on gra i robi to bardzo subtelnie. Miał wszystkie aspekty w grze: nieokiełznana energia i muzykalność, gra z big bandem i gra z małymi grupami, bardziej subtelnie. Gra na Charlie Parker With Strings, jest na albumie Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga. Gra na świetnym albumie The Lester Young Trio – Buddy, Lester Young oraz Nat King Cole. Na tych płytach słyszysz inną stronę Buddy’ego, gdzie jest wycofany jako perkusista i nie jest tym Buddym Richem, jakiego znamy. Jest schowany jako dobry muzyk i udowadnia, że nie jest małpką, która robi sztuczki. Miał wiele wizerunków, a ostatecznie był świetnym perkusistą. Jego wielka energia w grze i solówkach była niesamowita, ale fantastyczna muzykalność i fakt, że potrafił być świetnym akompaniatorem, nieco nam umyka.

Przecierał ścieżki fusion:

Wypłynął w latach 40 i grał jazz, ale świetnie też się czuł, grając rocka. Był jednym z pierwszych perkusistów jazzowych, który ogarnął muzykę rockową. Nawet na tych płytach w okolicach Mercy Mercy Mercy, na albumie Buddy & Soul jest pełno rockowych utworów The Doors, The Beatles, pełno ludzi w tym klimacie i Buddy był naprawdę niezły. Gdy słucham Mitcha Mitchella przypomina mi to Buddy’ego, grającego rocka. Buddy był jednym z pierwszych perkusistów fusion, ponieważ potrafił wmieszać rock do jazzu w połowie lat 60. Był wielce inspirujący. Słychać to w pierwszej generacji rockowych perkusistów, w grze Ian Paice’a i Carla Palmera. Jest wciąż inspirującym perkusistą, bo jego muzyka cały czas żyje.

Ambasador jazzu:

Można powiedzieć, że był ambasadorem jazzu, szczególnie w latach 60 i 70. W tych latach wielu ludzi przerzuciło swoją uwagę z jazzu na rock i fusion. Buddy dzierżył cały czas sztandar, nagrywał i grał trasy ze swoim big bandem. Młodsze pokolenie mogło zobaczyć Buddy’ego i usłyszeć świetny zespół bigbandowy, grający jazz, świetnych muzyków i świetne aranżacje. Dzięki temu ludzie, którzy nie mieliby szans zobaczyć jazzu, mieli taką okazję. Bez Buddy’ego, jeżdżącego w trasę, wiele osób nie miałoby takiej możliwości.

Niezrównany Technik:

Buddy podniósł też poprzeczkę techniki gry, szczególnie, jeżeli chodzi o lewą rękę. Potrafił robić nieludzkie rzeczy. Wątpię, żeby ktoś przed nim coś takiego potrafił. Buddy’emu przychodziło to bardzo naturalnie. Uczyłem się u Freddiego Grubera, a on był dobrym kolegą Buddy’ego. Mówił, że Buddy był urodzonym sportowcem, jego sposób poruszania się był zgodny z naturalnymi zasadami.

Fot. Robert Downs

Tomek Łosowski (Kombi, Orange Trane) o legendzie

Buddy Rich wywindował na nieprawdopodobny poziom technikę, muzykalność i kontrolę gry na tym przepięknym instrumencie. Mimo upływu lat ciągle jest to mistrzostwo świata, nawet na tle współczesnych gigantów perkusji. Mam na myśli zwłaszcza opanowanie werbla, który jest sercem zestawu. Buddy był i jest ogromną inspiracją dla kolejnych perkusyjnych pokoleń. Jego osobowość i gra fascynowały wielu, są wśród nich takie postaci, jak Vinnie Colaiuta, Dave Weckl, Steve Smith i wielu innych. Oczywiście od czasów Buddy’ego technika gry na zestawie poszła bardzo naprzód – zwłaszcza w dziedzinie nóg, polirytmii itd. Spróbujcie sobie wyobrazić, co by było, gdyby Buddy żył do dzisiaj i brał czynny udział w rozwoju tych nowych technik. Jak na swoje czasy i tak przekraczał wszystko – odsyłam was do posłuchania jego sola tylko na dwie centrale, które zagrał w 1949 roku (sic!).

Sądzę, że wyjątkową pozycję w panteonie perkusyjnych sław Buddy zawdzięcza nie tylko wspaniałej grze, ale złożyły się na to także jego wyjątkowa osobowość, błyskotliwa inteligencja oraz cholerna pracowitość i pedantyczność. Wymagał bardzo od innych, ale zawsze przede wszystkim od siebie. Był nie tylko muzykiem – był showmanem. Podniósł rolę perkusisty z pozycji „grajka z tyłu” do lidera zespołu. Nawet i dziś nie jest to zjawisko za częste. Legendy krążyły o tym, że w jego big bandzie nie wolno było się na koncercie pomylić (po prostu miało się wylot lub w najlepszym wyjściu utratę gaży).

Buddy był też przykładem na to, że dobrym bębniarzem nie może być skapciały, kluskowaty koleś. Buddy Rich był wulkanem energii – widać to podczas różnych programów telewizyjnych, do których był zapraszany jako gość (chociażby jego wizyta w słynnym Muppet Show). Nawet sposób, w jaki się wysławiał, jego humor, inteligencja, to wszystko stworzyło bardzo niebezpieczną mieszankę – gość pozostał najbardziej groźnym bębniarzem wszech czasów!

Nawet, gdy umierał – nie omieszkał skomentować pewnej sytuacji z jego charakterystycznym humorem – na pytanie siostry w szpitalu, na co jest uczulony, po chwili namysłu powiedział: „Zdecydowanie na muzykę country.”

Fot. Piotr Szymański

Neil Peart (Rush) o badaniach

Buddy Rich urodził się 30 września w 1917 roku, w rodzinie pracującej w showbiznesie. Jeżeli legendy wodewilu są prawdziwe, występował na scenie jako Traps the Drum Wonder już w 1920 roku. Grając kilka godzin dziennie już w wieku niecałych dwóch lat, nabrał niewyobrażalną ilość doświadczenia i płynności. Nie wspominając, że niewiele dzieci potrafi w tym wieku trzymać „time”, to przychodzi normalnie dopiero mniej więcej w wieku 3 lat. Miał więc wielki dar.

Wystarczy wziąć pod uwagę ten fakt i połączyć z cytatem być może jedynego innego kandydata na perkusyjnego bohatera wszechczasów – Gene’a Krupy. Powiedział, że Buddy Rich był: „najlepszym perkusistą kiedykolwiek, że aż dech zapierał”. To są bez wątpienia prowokujące słowa, wypowiedziane może z 50 lat temu, ale myślę, że Gene miał rację. To nie tylko maturalna muzykalność Buddy’ego, instynkt w solówkach i taneczne „ucho”. On to wszystko miał, zgadza się, ale największym jego darem były jego ręce. Na początku lat 90 zostałem zaproszony, żeby zagrać koncert upamiętniający w Nowym Jorku. Zdecydowałem się zagrać kilka klasycznych piosenek Buddy’ego, bo wydawało mi się to rozsądne. Tak, jasne. Wystarczająco się zestresowałem, ale im więcej słuchasz, tym więcej się uczysz.

Gdy grałem z wykonania Buddy’ego, miałem niesamowitą możliwość wejścia w jego sposób myślenia. Redaktor z New Yorker, który recenzował film Whiplash w dość fałszywy sposób określił Buddy’ego Richa (nazwał go głośnym, technicznym wymiataczem bez wyczucia, postacią telewizyjną, a nie wielką jazzową inspiracją) – cóż, myli się. Jako ktoś, kto badał bardzo dokładnie Buddy’ego i jego życie muzyczne – po prostu jako profesjonalny bębniarz i historyk – jestem pewny tego, co mówię. To nie jest gadanie fana, bo faktycznie zawsze byłem wielkim fanem Buddy’ego Richa. Mogę wziąć tego młodego dziennikarza w czasy młodości Buddy’ego, grającego z małymi grupami Nata King Cole’a lub Louise’a Armstronga. Albo też pokazać to małe, niewidoczne tło, jakie Buddy dodawał na zamówienie. Uwierz mi, to wszystko tam jest.

Grałem kiedyś próby do Drum Channel gdzieś w 2000 r., tylko ja i bębny. W czasie przerwy obiadowej oglądałem na małym ekranie film z Domem Lombardim (założyciel i właściciel DW) i Terrym Bozzio. Don mówił o stworzeniu biblioteki dla Drum Channel. Naszym tematem został oczywiście Buddy Rich. Przejrzeliśmy materiał jeden po drugim i patrzyliśmy w zwolnionym tempie, jak on to robił. „To” to dość delikatne określenie. On był prawdziwym mistrzem wszystkiego.

Dla nowicjusza najlepiej przedstawić perkusyjny świat Buddy’ego na bazie „nowego” nagrania Together Again: For the First Time z Melem Tormé. W tym przypadku nie chodzi o styl, tylko o esencję. Materiał nagrany w 1978 roku ukazuje Buddy’ego jako dojrzałego i doświadczonego artystę, grającego z mistrzowską łatwością. Bębny po prostu śpiewają świeżym, czystym brzmieniem. Imponująca jest tam dynamika, ponieważ bębny są zazwyczaj nagrywane bez przestrzeni wokół nich. Posłuchaj deszczu, jaki gra Buddy na talerzach w Here’s That Rainy Day, a później przejdź do mocniejszych tematów. Solo w Blues In The Night jest wzorcowe, muzycznie, technicznie. Tak, jest pełno ludzi, którzy potrafią grać swing i rock, nie ma wątpliwości co do tego, ale mamy tu połączenie wielkiego talentu i poświęcenia życia ku dążeniu do perfekcji. To się już nam nigdy nie przytrafi.

Fot. Drum Channel

Stewart Copeland o spotkaniu

Dorastałem na bigbandowych zespołach jazzowych. Mój ojciec był muzykiem jazzowym i chciał, żebym także został muzykiem jazzowym. Od siódmego roku życia byłem szkolony w tej stylistyce. Buddy Rich był jedyną „rzeczą”, która u mnie została. Nawet, jak miałem 16 lat i byłem bardziej skierowany w stronę Jimi’ego Hendrixa, wciąż gdzieś tam słuchałem Buddy’ego Richa. Jednego dnia, w okresie chwały The Police, zabrałem mojego tatę do Ronnie Scott’s, żeby zobaczyć Buddy’ego. Okazało się, że wszyscy z jego zespołu byli młodymi muzykami, którzy byli fanami The Police. Ojciec patrzył, jak zespół Buddy’ego Richa stoi w kolejce do mnie po autograf!

Ale to jeszcze nic. Byłem za kulisami Grammy, a tu nagle Buddy Rich idzie w moim kierunku, momentalnie zacząłem się trząść i pocić. Trzymał kawałek papieru w ręku i powiedział: „Podpisz to.” Buddy Rich prosi mnie o autograf! Ok, to było dla jego córki Cathy, która stała obok, ale nieważne! Gdybym miał tatuaż to na mojej lewej ręce byłoby napisane: „To jest ręka, która dała autograf Buddy’emu Richowi.” Neil Peart nie może tak powiedzieć, John Bonham nie mógł tak powiedzieć, mój dobry przyjaciel Taylor Hawkins też nie może tak mówić. Dałem Buddy’emu Richowi swój autograf, moja kariera mogłaby być skończona i pogrzebana po tym wydarzeniu, bo już nie mogło się trafić nic lepszego.

Fot. Robert Downs

Mike Mangini (Dream Theater) o dowodzeniu

Uznaję Buddy’ego jako najlepszego z wielu powodów. Jego talent w idealnym połączeniu z czasami, kiedy żył. Myślę, że z racji tego, co zrobił, ludzie stawiają go na samym szczycie. Mam tak samo. Mam kilka osób, które winduję na sam szczyt i on jest jednym z nich. On jest tam dowódcą. Kiedy mówię o dowodzeniu, mam tu na myśli fizyczne i muzyczne umiejętności. On miał umiejętność grania muzyki tak, by odnosiła się do ludzi, a to jest bardzo trudna umiejętność.

Legendarna pamięć

Jedna z legend, dotycząca Buddy’ego, mówiła o tym, że muzyk nigdy nie czytał dokładnie nut, ale zapamiętywał cały aranż po kilku przesłuchaniach.

Gregg Bissonette: „Buddy miał gościa, który czytał mu nuty i grał melodię. Buddy zapamiętywał każde uderzenie, co za pamięć!”. Potwierdza to saksofonista Jay Craig: „Doświadczyłem tego wiele razy i tak, tak właśnie to działało. Zasadniczo był ktoś w zespole, kto potrafił trochę grać na perkusji. Grali, a Buddy słuchał tego z nutami kilka razy. „Ok, uzupełnię to”, po czym siadał i grał to raz z nami, a później już podczas wieczornego koncertu. Zazwyczaj po kilku wykonaniach miał wszystko dokładnie zapamiętane. Myślę, że miał jakiś system. Ruszyło mnie to, że on zawsze zapamiętywał jako pierwsze ostatnie cztery takty. Dlatego nieważne, co działo się wcześniej, zawsze wbijał końcówkę, co – wydaje mi się – było bardzo sprytne. Jeżeli coś mu weszło do głowy, to zostawało tam na zawsze, przynajmniej tak mi się wydaje. Lubię album, jaki nagrał z Sammym Davisem Jr. w 1966 roku (The Sound Of ’66) i gdy pracowaliśmy z Sammym 20 lat później w Hollywood Bowl pojawił się Buddy i zagrał kilka rzeczy z tej płyty. Wygrał wszytko tak, jakby nagrywał to wczoraj! Byłem pod wielkim wrażeniem.”

Pomijając podziw do pamięci Buddy’ego pojawia się pewnie pytanie, czy Buddy miał jakieś problemy z nowym materiałem? Popełniał błędy? Jay wspomina: „Nie przypominam sobie, by miał jakiekolwiek problemy z nowymi nutami i przychodzą mi do głowy tylko dwa przypadki, kiedy się pomylił. Raz nie chciał się przyznać i zrzucił winę na zespół, aż wreszcie grający na trąbce Eric Miyashiro wytłumaczył mu, że wszyscy doskonale wiedzą, co się stało. Za drugim razem, kiedy grał przejście, nad którym stracił kontrolę w In A Mellow Tone, wszystko się posypało. Buddy zatrzymał zespół, a my od razu „Oho, będzie niedobrze!”. Ale ku naszemu zdziwieniu zaczął się śmiać i powiedział „No cóż, raz się wygrywa, raz się przegrywa. Wracamy do przejścia na bębnach!”.

Raz na jakiś czas kończyliśmy koncert, grając Channel One Suite (z Mercy, Mercy, 1968) lub jakąś inną wielką suitą. Po swojej solówce zaczął grać nagle temat z West Side Story! Większość z nas miała to zapamiętane, więc nie było z tym problemu i zaczęliśmy grać za nim. Co ciekawe on sobie z tego nie zdawał sprawy, co się stało i dopiero później w busie mu powiedzieliśmy, skończyło się na śmiechu.”

Travis Barker (Blink-182) pionier rocka

Uwielbiam Buddy’ego Richa z wielu powodów. Kiedy ktoś pyta mnie o mojego ulubionego perkusistę nie mogę wymienić jednego nazwiska w żadnym z gatunków, ale Buddy Rich jest według mnie najbardziej kompletnym perkusistą. Był rewelacyjnym bębniarzem, był świetnym showmanem i bardzo fajnie się go oglądało. Był strasznie szybki, ale przy tym muzykalny. Jest jednym z moich ulubionych i z pewnością jednym z najlepszych w historii.

Keith Carlock o inspiracji

Wpływ Buddy’ego na światową perkusję i muzykę jazzową jest kolosalny. Byłem zdumiony tym, co potrafił wyprawiać za bębnami, jego wyborami i jak mocno potrafił pchnąć swój zespół na ekstremalnie wysoki poziom. Zainspirował mnie do grania jazzu, do używania tradycyjnego uchwytu i to, że werbel mam przechylony w drugą stronę, to prawdopodobnie także jego wpływ. Tęsknię za nim, ale jestem szczęśliwy, że widziałem na żywo, jak gra. To zmieniło moje życie!

Adam Tkaczyk o graniu

W Internecie można znaleźć wiele cytatów Buddy’ego. Są krótkie, ale można z nich dużo wyciągnąć. „Stajesz się lepszy tylko dzięki graniu”. W zeszłym roku miałem okazję grać fantastyczny koncert Tribute to Buddy Rich w Tarnowie. Samo zaproszenie było dla mnie zaskoczeniem, ponieważ na co dzień gram muzykę pop/rockową. Jednak dzięki temu, że uczyłem się w warszawskiej szkole na ulicy Bednarskiej, gdzie grało się dużo jazzu, podjąłem ryzyko. Sam koncert wypadł świetnie, ale było to poprzedzone wielodniowym ćwiczeniem. To właśnie miał na myśli sam Buddy. Stałem się lepszy poprzez te 2 tygodnie wielogodzinnych ćwiczeń za perkusją. Niby jest to oczywiste, ale wydaje mi się, że często o tym zapominamy. Ekscytujemy się sprzętem, który jest tak świetny, że ma niemal grać za nas, czasem też za dużo myślimy o tym planując, jak to będziemy ćwiczyć, nigdy tego nie robiąc. Dopóki nie podejdziemy do instrumentu i nie spróbujemy, pozostaje to w teorii. Buddy Rich inspiruje mnie nie tylko dlatego, że świetnie grał na bębnach, ten gość miał duże jaja i silną osobowość. Można to wyczuć w jego muzyce. To właśnie tworzy całość, która porywa ludzi do dzisiaj.

Fot. Robert Wilk

Dave Weckl o Buddym muzyku

Buddy był Michaelem Jordanem, był jak Prost/Senna/Mansel/Steve Jobs/ Bill Gates perkusji. Był jednym z tych ludzi, który grał na tym instrumencie w sposób, w jaki tylko niewielu mogło sobie wyobrazić lub zrozumieć, jak on to robi. Jego umiejętności techniczne, jego muzyczny gust w stylistyce tamtej epoki były niezrównane. Dzięki swojemu uderzeniu, smakowi, dynamicznemu zakresowi i ognistej muzykalności, z tymi dużymi bębnami dostrojonymi wysoko i szeroko, Buddy znalazł sposób na wsparcie i pchanie zespołu do przodu, a zespół był wyjątkowy. Oczywiście jego techniczne umiejętności po dziś dzień są niezrównane i ciężko się w ogóle do tego poziomu zbliżyć. Dzięki parze pałek potrafił robić rzeczy, jakich my nie potrafimy!

Fot. Robert Wilk

Jacek Pelc o big bandzie

W mojej kolekcji poczesne miejsce zajmuje zarejestrowana i wydana (chyba po piracku lub półlegalnie) winylowa płyta z koncertu big bandu Buddy Richa w Polsce. Wyprodukowałem sobie nawet samodzielnie okładkę do tej płyty, bo w tamtych czasach zdobyłem jedynie krążek w foliowej torebce bez koperty. W cudowny sposób jakość nagrania live, zrealizowana prosto „na wąską taśmę”, jest REWELACYJNA. W pamiętnych latach 70 jako kilkunastoletni adept, zachwycony byłem przede wszystkim wszechobecną w jego grze finezją. Szybkość, sprawność, polot, dynamika, technika, zasób środków wykonawczych i fantazja – to były rzeczy na każdym kroku wręcz porażające. Ponadto stopień rytmicznej integracji z big bandem powodował, że siła uderzeniowa i wyraz artystyczny całości były nie do podważenia.

Kiedy w latach 1978 – 1982 jako student AM w Katowicach wystartowałem z zajęciami akademickiego big bandu, szybko dotarło do mnie, jak wielka różnica była między sekcjami dętymi u Buddy Richa a naszymi. Będąc młodym buntownikiem wiele rzeczy widziałem bardzo kontrastowo, zatem toczyłem zażarte, słowne, balangowe, nocne batalie z kolegami trębaczami, puzonistami i saksofonistami. W USA dęciacy grali wtedy (jak zawsze) rytmicznie podzielone riffy ze sprawnością dobrego perkusisty, a u nas ze sprawnością co najwyżej walca drogowego z wybitą szybą w kabinie. Wydawało się wtedy, że sprawa muzycznie jest nie do nadrobienia. Na szczęście poziom naszych dęciaków rośnie i obecnie nie mamy się czego wstydzić. Ale w latach 70 / 80 było bardzo daleko do zrozumienia roli rytmu u dęciaków w orkiestrach. Wrażenie po koncercie Buddy Richa i jego ekipy pozostawało miażdżące przez długi czas.

Ian Paice (Deep Purple) o różnicy

Są tacy ludzie, którzy mają wewnętrzny związek z tym, co wybrali w życiu, tacy, którzy mają to błogosławieństwo i odnajdują to, co mają robić w życiu. Buddy miał to szczęście w bardzo młodym wieku, więc miał tę przewagę, że uczył się od dziecka, czyli od okresu, gdzie uczymy się wielu kluczowych rzeczy. Był jak część swojego zestawu, niesamowity i oszałamiający. Wciąż ogląda się te niesamowite filmy i mówi się, że to po prostu niemożliwe, co on grał i jak to grał. Wątpię, by ktoś się zbliżył do tego poziomu. Możesz ćwiczyć to, co wszyscy, możesz ćwiczyć tak, jak ćwiczył Buddy, ale nie dasz rady! To jest tajemnica!

Zasadniczo, jeżeli potrafisz sobie coś zwizualizować, to jesteś w stanie się tego nauczyć. Wszystko zależy od tego, jak szybko twój proces myślowy potrafi przełożyć się na kończyny, żeby wykonywały polecenia. Jak patrzysz na niego, widzisz bardzo bystry umysł. Jeżeli potrafisz złożyć do kupy wszystkie te rzeczy i wysłać sygnał do twoich rąk i nóg, a one wykonują twoje polecenia to jest to coś, z czym się urodziłeś, nie można się tego nauczyć. Nie możesz się nauczyć być tak pomysłowym, to siedzi wewnątrz ciebie. Kiedy gram coś i ludzie mówią, że to było naprawdę szybkie, cóż, dla mnie nie było. Jestem w stanie dojść do tego punktu, bo jestem w stanie o tym pomyśleć, ale dalej nie jestem w stanie się już ruszyć. Jeżeli po osiągnięciu tego punktu sygnały z mózgu nie trafią do twoich narzędzi szybciej, wtedy nie jesteś w stanie zrobić już nic więcej. Możesz się doskonalić i wyszukać sobie więcej rzeczy do zrobienia, ale patrzysz na to, co on robił, jak u niego działał ten sygnał, jaką miał szybkość i jaką miał kontrolę nad ciałem i jest to wciąż hipnotyzujące.

U niego nie chodziło tylko o prędkość, chodziło o kontrolę nad nią i niezależność – jego zdolność do zamiany rąk i kierunku gry. Do wszystkich perkusistów, którzy chcą zostać profesjonalistami, obserwujcie Buddy’ego. A gdy go zaczniesz oglądać to się uzależnisz. Jego spuścizna pozostanie na zawsze, aż do momentu, kiedy ktoś się pojawi i strąci go z piedestału, ale wątpię, by to się stało. Nie wydaje mi się, że muzyka jest taką siłą, jaka była w jego i moich czasach. Podobnie z możliwością grania wystarczająco długo, by się z tym zadaniem uporać – będzie to teraz bardzo trudne do osiągnięcia. Możemy iść do muzeum i oglądać dzieło, które nie będzie nigdy odtworzone, ponieważ okoliczności są zupełnie inne. Tak samo jak niesamowite są dzieła Leonardo Da Vinci, taki właśnie jest Buddy Rich. Obaj są absolutnie szczytem sztuki.

Fot. Romana Makówka

Gregg Bissonette o emocjach

Gdyby Buddy żył, wciąż odwracałby głowę i wściekał się na ludzi, ponieważ jego technika była niesamowita i muzykalna. Jego wpływ wciąż będzie trwały, ponieważ zmienił sposób gry i nie ma wielu perkusistów, którzy by czymś takim zasłynęli.

Gdy myślę o jego grze, w pierwszej kolejności myślę o wielkiej ekscytacji. Widziałem go grającego wiele razy. Grałem z zespołem Maynarda Fergusona i graliśmy trasę razem z Buddym. Tam było tyle emocji i pędu, jaki wnosił Buddy do zespołu. Lubię wiele różnych zespołów bigbandowych, ale nie ma nigdzie tego, co działo się, gdy on siadał za bębny.

Nigdy nie widziałem tej jego drugiej strony osobowości. Jedynie o tym słyszałem. Słyszałem, jak ludzie mówili, że potrafi być ostrą żyletą, ale wiesz co? Jego zespół był najbardziej niesamowitą, idealnie pracującą maszyną. Prowadził go żelazną ręką, ale zespół go szanował. Jego dęciaki zawsze patrzyły na jego lewą rękę, żeby nie być za szybko albo za późno. W zespole Buddy’ego nie grałeś tak, jak ci się podobało, grałeś tak, jak Buddy ci pokazał. To była jego filozofia – tia, będzie fajnie, jak pojedziemy w trasę, ale w tym samym momencie wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik.

John Blackwell (wypowiedź z 2014 roku) ponadczasowo

Buddy jest nadal bardzo znaczący i będzie tak przez najbliższe 2000 lat, ponieważ jego umiejętności jako perkusisty były z innego świata. Studiuję jego filmy cały czas, wciąż próbując wyciągnąć jakieś patenty z jego gry. Ciągle kręcę głową i mówię: „Dzięki ci, Boże, za Buddy’ego.” Dla przykładu, jego ręce były najszybsze, jakie widziałem. Nie mogę nawet zwolnić jego jedynek, ponieważ pozostaje na zwolnionym tempie tylko smuga. W ten sposób Buddy fruwał dookoła bębnów bardzo swobodnie, to niesamowite. Jego cross-stick, triki na hi-hacie, solo na talerzach. Nie można też zapominać o jego wspaniałej lewej ręce. Co możesz więcej powiedzieć po czymś takim. Tym samym jego status jako największego perkusisty na świecie w żaden sposób się nie zmniejszył. Nowoczesne techniki gry nie przyćmiły blasku Buddy’ego, ponieważ większość perkusistów, wliczając w to mnie, czerpie z tego, co nauczyliśmy się od Buddy’ego. Wstawiamy to do współczesnej gry.

Możemy też uczyć się od Buddy’ego, jak być liderem zespołu. Prowadził swój zespół w sposób, jaki możesz dostrzec tylko u takich liderów, jak James Brown, Prince, Michael Jackson czy Miles Davis. Uważam tak, ponieważ jak widzę Buddy’ego i jakiekolwiek wykonanie to widzę muzykę graną z perfekcją. Tak, jakbym słyszał to na płycie i jedyne, co mogę powiedzieć to „Łał!”. Tak właśnie było w zespole Prince’a.

Gavin Harrison (King Crimson) o muzyce i lewej ręce

Byliśmy wszyscy pod wrażeniem perkusistów lat 60, 70 i 80. Gdy spojrzysz wstecz to zorientujesz się, że ci perkusiści nie byli aż tak wspaniali, jak nam się wydawało w tamtym czasie, ale jak spojrzysz na nagrania Buddy’ego z jakiegokolwiek okresu to wciąż myślisz sobie „łał”, to było niesamowite. Jest wciąż uznawane jako przykład świetnej gry na bębnach.

To, co ginie z niekończącym się dążeniem do lepszych umiejętności technicznych, to fakt, że nadal trzeba zrobić to muzycznie. Jeżeli jest to muzyczne, to możesz użyć tego w różnych stylistykach, nieważne, czy grasz funk czy country. Możesz grać na dwie stopy w tempie 400 bpm, ale czy to ma wartość muzyczną? Myślę, że to, co robił Buddy taką wartość muzyczną miało, dynamika, jak grał partie, jak ustawiał zespół, kierował nim przez aranżacje. Mówimy o czasach, gdy perkusista przejmował rolę dyrygenta. Gdy pojawiły się big bandy, sposób grania w stylu Gene’a Krupy zaczął dosłownie spełniać rolę dyrygenta. Mój tata grał na trąbce i mówił mi, jak Kenny Clare dyrygował zespołem poprzez sposób swojej gry. Jestem przekonany, że Kenny robił to na bazie tego, co podpatrzył u Buddy’ego.

W kwestii jego gry to jak ciągłe tańczenie, jakby cały czas ktoś puszczał bańki. Nie jest to sztywne i bardzo rzadko grał zwykłe ping-pang na ride. Zawsze coś tam się działo z tą lewą ręką, która wchodziła w interakcję z centralą, jakby wciąż pędził pociąg. Takie mini solo! Bywało, że grał shuffle i trójki w alarmującym tempie. A jak grał synkopowane fragmenty, które większość perkusistów grałoby rękami na zmianę, on często grał je wszystkie prawą w momencie, gdy wszystkie ghosty szły z lewej. Miałeś więc osiem nut po kolei z lewej ręki, podczas gdy prawa ręka biega po werblu, bębnach i talerzach. Masz ciągły ruch lewej ręki i nawet dziś niewielu perkusistów to potrafi.

Fot. Will Ireland

Matt Harris o Buddym, koledze z zespołu.

Były pianista zespołu Buddy’ego Richa opowiada, jak to było z szefem w trasie.

Jakie było twoje pierwsze wrażenie, kiedy zacząłeś pracować z Buddym w 1985 roku?

Przede wszystkim byłem przestraszony na śmierć, znając jego reputację. Byłem też niesamowicie podekscytowany faktem możliwości współpracy z tak znanym jazzmanem. Wtedy współpracowałem z Maynardem Fergusonem, ale spójność zespołu Buddy’ego Richa była czymś, czego chciałem być częścią. Byłem też twórcą, autorem i kompozytorem, więc fakt, że ten zespół i sam Buddy będą grać moją muzykę był bardzo ekscytujący. Nigdy później nie słyszałem muzyki granej na takim poziomie wykonawczym.

Masz jakieś swoje ulubione wspomnienie dotyczące bycia w zespole Buddy’ego?

Myślę, że największym wspomnieniem jest brzmienie i pęd zespołu. Czasami graliśmy pierwsze dźwięki podczas koncertu, a publiczność była zupełnie cicho, zero klaskania. Nie chodziło o to, że im się nie podobało, działo się tak, ponieważ zespół był niesamowity i ludzie nie wiedzieli, jak mają zareagować. Zespół obracał się wokół muzyki i Buddy’ego. Nie było żadnego gimnastykowania się czy też robienia sztuczek, żeby publiczność zareagowała. Przychodziłeś na koncert posłuchać precyzji i emocji z szansą, że Buddy zostanie przez kogoś zdenerwowany i skończy się to tyradą z jego strony.

Jaki był Buddy we współpracy jako lider zespołu?

Był bardzo wymagający. Oczekiwał od ciebie 110 procent każdego wieczoru, niezależnie od sytuacji. Myślę, że on wywodził się z czasów, gdzie szanowało się publiczność i dawało za każdym razem z siebie wszystko, bo ludzie zapłacili ciężko zarobione pieniądze, żeby cię zobaczyć. Wydaje się, że wiele jego napadów złości na zespół powodowane było tym, że zespół lub pojedyncze osoby nie dawały z siebie tyle, ile dawał on sam podczas jakiegoś konkretnego występu. Sam osobiście przez 2-3 godziny każdego koncertu maksymalnie koncentrowałem się na muzyce i na Buddym. Na większości koncertów nawet nie patrzyłem na publiczność.

Mamy tu wielu perkusistów, którzy mówią nam o Buddym jako muzyku, a jaki był poza sceną?

Także bardzo wymagający. Chciał, żeby wszyscy traktowali sprawę tak samo poważnie jak on. Nie luzował swojej smyczy zbyt często. Musiałeś być bardzo ostrożny, jak z nim rozmawiałeś. Lubił, jak ubrałeś się i wyglądałeś porządnie. Miał wyrobioną bardzo jasno opinię i nie lubił, jak ktoś starał się ją podważyć. Musiałeś być bardzo ostrożny, gdy chciałeś coś zasugerować Buddy’emu, czy to chodziło o jedzenie, czy o film. Jeżeli mu coś nie przypasowało, to obwiniał cię o kiepską rekomendację. To także działało w drugą stronę, jak polubił twoją sugestię.

Buddy często opisywany jest jako jeden z najlepszych muzyków wszech czasów. Dlaczego tak jest?

To bardzo trudne określenie w przypadku muzyka. Jest bardzo dużo wspaniałych muzyków, w tym perkusistów. Myślę, że z pewnością był najlepszym perkusistą w konkretnym stylu, w odniesieniu do muzyki bigbandowej i kapeli, której przewodził przez tyle lat. Nie da się opisać emocji i siły, jaką wkładał Buddy w prowadzenie zespołu. To jak być na wielkiej fali, lepiej się trzymaj, bo to z pewnością się nie zatrzyma! Mówiąc to mam na myśli jedną noc, kiedy brat Buddy’ego się rozchorował. Byliśmy w Londynie i Buddy właśnie dowiedział się o swoim bracie. Tej nocy zagrał niesamowite solo, które trwało chyba ze 20 minut. Solo miało formę, melodię i opowiadało historię od początku do końca. To była jedna z najbardziej niesamowitych solówek, jakie kiedykolwiek widziałem.

Na koniec

Oczywiście określenie „najlepszy” nie jest trafne, jeżeli chodzi o grę na perkusji. Życie perkusisty to nie życie sportowca, mimo, że kilka wspólnych elementów można byłoby znaleźć bez problemu. Muzyka to nie sport, to nie wyścigi, skoki, rzuty, zdobywanie punktów i not. Pamiętać trzeba, że bycie perkusistą to nie tylko sama gra na bębnach, to także umiejętność współpracy i umiejętność prezentowania swojej twórczości. Jedni perkusiści potrafią przyciągać ludzi do siebie, inni znów są beznadziejnie nudni, mimo, że czasami nie brakuje im umiejętności. Tak czy inaczej nie można nikogo określić mianem „najlepszy”, ale znając styl działania i charakter Buddy’ego, z pewnością nie miałby nic przeciwko temu, żeby tak właśnie go tytułować. Taki był mistrz Buddy Rich.

Materiał przygotowali: Maciej Nowak, Artur Baran