John Petrucci - Terminal Velocity

Dodano: 09.09.2020
Maciej Nowak
Pojemność silnika (Ocena perkusisty)

65 /100
Pojemność baku (Ocena płyty)

55 /100

Portony i Petrucci znowu razem, nic więc dziwnego, że wiele osób liczyło na ducha Dream Theater. Czy słusznie?

Napęd: Mike Portnoy

Typ silnika: instrumentalny metal, gitarowy shred, rock progresywny

Trasa: Ależ fani perkusji zacierali dłonie, gdy okazało się, że obaj panowie mają razem nagrywać! Odkąd Portnoy odszedł z Dream Theater z płytami zespołu bywa różnie. To powodowało, że wyobraźnia była rozbuchana i wiele osób liczyło na ducha Dream Theater w tych nagraniach. Niestety (?) spotka ich wielkie rozczarowanie, mimo że otwierający płytę utwór przez pierwszą minutę może rozbudzać jeszcze bardziej takie nadzieje, także sama płyta ma ten wirtuozerski styl.

Sęk w tym, że przede wszystkim dotyczy on gitary. Szybko orientujemy się, kto tu jest kierownikiem imprezy. Jest gitarowo i to gitarowo wręcz do znużenia, popularny Pietrucha oprócz krystalicznej techniki nie wnosi tu w zasadzie nic ciekawego. Koledzy z magazynu Gitarzysta bardzo fajnie odnieśli się do tego mówiąc pół żartem pół serio, że od kiedy Petrucci zaczął pompować namiętnie ciężary, to jego granie stało się podobne – toporne i bez finezji, z której był kiedyś znany.

Pierwsze dwie kompozycje zlewają się okrutnie, trzeci Happy Song nadaje się do japońskiej gry video (więc chyba ma dobry tytuł) i dopiero w czwartym Gemini zaczyna się coś dziać ciekawszego także w kwestii rytmicznej. Dalej jest niewiele lepiej lub określając to trafniej - niewiele inaczej. W piosence Out Of The Blue, która jest zagrana przez Portnoya wręcz wtórnie (tak tanich partii nie słychać u niego chyba nigdy!) lub The Way Things Fall, są jakieś przebąkiwania tych „pietruszkowych” melodyjnych przestrzeni, ale jest to jedynie jakieś echo. Za to momenty, gdzie panowie pozują na twardzieli i chcą coś łamać, są robione od linijki, przy użyciu młotka. Może ktoś więc powiedzieć z pretensją, że nie ma co czekać na to co już kiedyś było. Jasne, tylko że jak ogólnie jest jeszcze gorzej, to przynajmniej w tym zalewie nijakości człowiek by posłuchał tego starego klimatu, już tak ratunkowo.

Portnoy jest na etacie sidemana i to słychać. Gra pod to co sobie gitarzysta wymyślił, więc ciężko mówić tu o jakieś nagłej chemii między artystami, czego niektórzy się usilnie doszukują. Nie ma tu jakiś specjalnie odkrywczych partii, wszystko zagrane jest koszmarnie przewidywalnie, oczywiście sprawnie, z dużą dawką warsztatu, ale bez większej finezji aranżacyjnej, z niesamowicie sztampowymi zagrywkami, nawet jak na Portnoya. To oczywiście efekt tego, że jest to płyta, którą sygnuje Petrucci, a nie Portnoy/Petrucci.

Wrażenia z jazdy: Album, który kojarzy się ze „shredowym” graniem z legendarnej wytwórni Shrapnel Records. Może 20 lat temu robiłby wrażenie, ale w 2020 roku jest to materiał dla fanów nie tyle sztuki gitarowej, co samego Johna Petrucciego lub ogólnie Dream Theater. Portnoy stara się nie przeszkadzać liderowi w katowaniu słuchacza kanonadą dźwięków, przez co wieje męczącą nudą z naszego ogródka.

Odcinki specjalne: W utworze Gemini można znaleźć bardziej finezyjne partie niż tylko zwykłe bicie prostego rytmu i pirotechniczne przejścia lub wymuszane łamanie.

 

Left image
Right image
nowość
Platforma medialna Magazynu Perkusista
Dlaczego warto kupić dostęp do serwisu Magazynu Perkusista?
Platforma medialna magazynu Perkusista to największy w Polsce zbiór wywiadów, testów, lekcji, recenzji, relacji i innych materiałów związanych z szeroko pojętą tematyką perkusyjną.
Dowiedz się więcej
Promocja! Miesiąc za "piątaka"