Wojciech Karolak

Dodano: 12.02.2013
Żywa legenda polskiego jazzu opowiada nam o swoich doświadczeniach z perkusistami.

Logo
Podobno najlepiej na scenie dogaduje się pan z perkusistami...


Logo
Granie jazzu na organach to współpraca z bębnami. "Gramy tak, jak przeciwnik pozwala", więc ważne, byśmy sobie sprzyjali. Wiem, że dla wielu perkusistów bas organowy zamiast basisty może być wyzwaniem, jednak zawsze się jakoś porozumiewamy. Szanuję ich, bo rytm jest dla mnie najważniejszy. Kiedy "żre", daje więcej radości niż wszystkie skomplikowane akordy i frazy. Poza tym ja mam więcej instynktu dopasowywania się niż potrzeby absorbowania swoim ego. Kocham groove i wyeksponowany puls, a wy to przecież dajecie na scenie... (śmiech). Jestem wrażliwy na zawartość jazzu w jazzie. Lubię muzyków, którzy grają z tym nerwem, a ci, którzy go nie mają, zupełnie mnie nie interesują. Nie słucham jazzu, w którym puls jest "w domyśle". Dla mnie to filharmonia, a nie jazz, czy soul, funk - whatever you call it.


Logo
Pokłócił się pan kiedyś z bębniarzem? Tak po męsku...


Logo
Chyba nigdy mi się coś takiego nie zdarzyło. Ani z bębniarzem, ani z żadnym akustykiem - przedstawicielem drugiej po bębniarzach, często dyskryminowanej grupy.


Logo
Może z litości?


Logo
(śmiech) Nie! Wy macie na scenie naprawdę ciężką robotę. A jeśli jeszcze robicie ją dobrze, z sercem, to czapka z głowy! Szacun! Jak tu być niemiłym? Nawet, jeśli jakiś młody perkusista gra dziesięć razy za dużo nut, wybaczam mu i staram się nie denerwować. Nadmiar komplikacji to choroba wieku dziecięcego. Albo mu przejdzie, albo nie. Jeśli ma feeling, po pewnym czasie zacznie dochodzić do jakiejś syntezy i przestanie się popisywać. Miło jest patrzeć, jak muzycznie z latami dojrzewają. Fajnie jest patrzeć na takie kariery. Wiele ich przez te kilka lat, jak gram, obserwowałem.


Logo
Jakieś nazwiska, przykłady, adresy...


Logo
Bez nazwisk.


Logo
Doszły mnie słuchy, że gnębi pan basistów...


Logo
I tu akurat jest element prawdy. Ale może nie tyle gnębię, co często przez nich cierpię. Jeśli jakiś muzyk może mnie naprawdę skrzywdzić, uniemożliwić sensowne granie, to właśnie basista. Może mi wszystko zepsuć, choćby pozbawionym dołu, twardym i krótkim brzmieniem. Bas powinien być jak kot. Czarny i leniwie snujący się na swojej ścieżce. Pozornie w tle, ale jeśli robi to z miękkością i wdziękiem kota, uskrzydli bębniarza. A kiedy tych dwóch jest OK., to o resztę się nie martwmy. Kocham basistów, grających po kociemu, takich, jak np. Paweł Pańta - dla mnie absolutny gigant, Sławek Kurkiewicz, z którym grałem może dwa razy w życiu i który nie zna standardów, ale ma taki walking, że mi to w ogóle nie przeszkadza. Poza tym Janusz Kozłowski. No i Lola! Włodek Krakus! Nie lubię basistów - solistów. Takich z ADHD. Cóż, skoro gram na Hammondzie, bas staje się koszulą bliższą ciału niż bębny i dlatego czepiam się basistów. Do bębniarza, jeśli da trochę rytmu, zawsze się dopasuję, natomiast basista, który gra, jakby rąbał drzewo, albo się popisuje, bo go roznosi energia, po prostu mnie zabije. A tuż przed śmiercią znienawidzę muzykę.


Logo
Który bębniarz z wesołego kraju nad Wisłą daje dużo rytmu?


Logo
Jest ich coraz więcej, ale najwięcej czadu daje Krzysztof Dziedzic! Niektórzy jazzmani mówią o nim, trochę w przenośni a trochę serio "perkusista rock and rollowy". Daj Boże zdrowie! W ostatnim dziesięcioleciu grywaliśmy dużo w trio organowym z nieodżałowanym Tomkiem Szukalskim i właśnie z "Dzidą". To było chyba najlepsze, co mi się przytrafiło w życiu, jeśli chodzi o granie. Kto jeszcze? Czesio "Mały" Bartkowski, któremu zawdzięczam wiele wspaniałości. Kazio Jonkisz - mistrz leniwej Elvinowskiej trioli. Dalej. Czarek Konrad. W odniesieniu do Dziedzica, absolutne Antypody. Grywaliśmy z Czarkiem w Piwnicy Wandy Warskiej. Fortepian, Paweł Pańta na basie i on. Bardzo kameralna muzyka z minimalistycznym zestawem - werbel, hi-hat i jakiś talerz. Wydobywał z tego takie ilości różnych brzmień, że przechodzi to ludzkie pojęcie. Świetnie mi się gra z Adamem Czerwińskim. Adam to Mr Jazz. Muzyk totalny. Wszystko wie, słucha i świetnie reaguje. Pięćdziesiąt lat temu, kiedy zaczynałem grać, rytm był najsłabszą stroną polskiego jazzu, a teraz mamy coraz więcej świetnych bębniarzy. Bardzo lubię "Sebę" Frankiewicza i Arka Skolika. Można by długo wymieniać. A Lewandek? Jak wyglądałby bez niego nasz jazz?


Logo
Co zatem powinien zrobić perkusista, by się panu narazić?


Logo
Hałasować, nie dając pulsu. Albo stawać. Grać dla siebie nie słuchając, co się dzieje. Nie wyczuwać istoty groove?u. Bo ja wiem? Trudne pytanie. Łatwiej mi powiedzieć, w jaki sposób mógłby mnie zachwycić. Mógłby mieć w graniu np. coś z Mela Lewisa? Ale i z Buddy Richa. Nie mówiąc o Elvinie Jonesie, czy Tony?m Williamsie. No i z Bernarda Purdie - mistrza soulu, funku! Chodzą mi po głowie raczej miłe myśli. Wiem, że bywam marudny, ale na pewno nie jestem konfliktowy?


Logo
Aż się wierzyć nie chce. Z całym szacunkiem...


Logo
Czasem sobie myślę, że to może się logicznie łączyć ze stosunkiem do eksponowania swojej osoby. Ja nie mam instynktu pchania się do przodu, żeby się popisywać i błyszczeć. Zresztą, czym miałbym się popisywać? Nie mam potrzeby bycia za wszelką cenę solistą. Największą radość sprawia mi tworzenie czegoś fajnego z tymi, którzy są ze mną na estradzie. Nie myślę w ogóle o tym, co mam zagrać, tylko słucham, jak brzmi całość. Jeśli idzie dobrze, wtedy muzyka "gra się sama". Czasem czuję się tak, jakbym stał "za tym mną", który właśnie gra i słuchał go. I wtedy jest najlepiej! Na dobrą sprawę, to ja często nie wiem, co gram... (śmiech). Później, po koncercie, któryś z kolegów pyta: "- Ty, co to były za akordy, które zagrałeś w przejściu na ostatnie "A"?" A ja odpowiadam, że nie wiem, bo cholera, naprawdę nie wiem! Nie pamiętam. Zagrało się, było, poszło, minęło. I wychodzi głupia sytuacja, bo tamten myśli, że uknułem coś mądrego i nie chcę zdradzić, co to jest. A rzecz w tym, że te standardy siedzą w naszych głowach od 50 lat, więc jeśli się gra coś po raz tysiąc pięćsetny, to nie myśli się kategoriami sztywnych ustaleń, tylko można sobie tym żonglować. Wszystko zależy od wyobraźni. Dlatego tak lubię grać standardy, bo tylko w nich eksponuje się to, co sobie kombinujemy. A Free Form, która zakłada, że wszystkie dźwięki są równoprawne, pozbawia mnie tej przyjemności. Bo jeśli wszystko wolno, to wtedy? nic już nie ma żadnego znaczenia. Nie rozumiem tęsknoty do takiej wolności. Ani w muzyce, ani w życiu.


Logo
Podobno nie lubi pan grać z kwitów.


Logo
Nie cierpię i nie umiem! Dlatego nie znoszę tak modnych ostatnio "projektów". Nie potrafię nauczyć się niczego na pamięć, a co do nut, to owszem - pisać umiem i to nieźle, ale z czytaniem? forget it! Jestem jak jeden z tych milicjantów z PRL-owskiego dowcipu. Zawsze to mówiłem, ale powtórzę jeszcze raz: "Granie powinno być przyjemnością, a nie karą za grzechy".


Logo
Jakie jest pańskie pojęcie o bębnach?


Logo
Nie mam zielonego pojęcia o bębnach. Kompletnie się na nich nie znam. Nigdy w życiu nie grałem na bębnach. Przepraszam! Kłamstwo? Na koncercie "Jazz Top" w Zakopanem dołączyłem do trio: Jarek Śmietana - mandolina, Yaron Stavi - ukulele i Adaś Czerwiński - kontrabas. Tak pięknie grali "Here Comes The Sun", że zbliżyłem się do bębnów i podegrałem im "bum cyk bum cyk". Udało mi się nawet wykonać prosty fill in: jedno uderzenie w tom.


Logo
Nie wierzę, że nigdy nie siedział pan za perkusją.


Logo
Oprócz incydentu w Zakopanem - nigdy. Raz prawie usiadłem przez nieuwagę, ale zaraz wstałem. To dla mnie za trudne. Nie mam wrodzonej łatwości technicznej, polegającej na ruchliwych paluszkach, czy innych fragmentach fizyczności. Gram na organach, bo największym wysiłkiem jest w tym przypadku zdobycie funduszy na ich zakup, a potem to już jakoś idzie. Naciśnie się i grają. A transport i rozkładanie ich na estradzie to już sama radość. Aż miło pomyśleć, jak mi tego zazdroszczą perkusiści.


Wojtek Andrzejewski