Adeb Chamoun

Dodano: 06.02.2018
Autor: Wojtek Andrzejewski

Jest niezwykle otwarty na muzykę z różnych regionów świata. Może dlatego, że pochodzi z syryjskiej miejscowości, w której żyje wiele kultur z różnych państw arabskich.

Dzięki temu nauczył się grać na darbuce wieloma stylami, które implementuje grając techno i do klasyki. Jego gra jest eklektyczna, chętnie eksperymentuje z perkaszynami w jazzie, muzyce etnicznej, a także z folklorem polskim. Adeb Chamoun opowiada o tym, jak ważne w muzyce są kolory i ludzie, a nie tylko instrumenty.

Wojtek Andrzejewski: Podobno do bębnów rwałeś się od maleńkości?

Adeb Chamoun: Urodziłem się w Syrii, w maleńkiej miejscowości z malowniczego miasteczka Al-Hasaka, w bardzo muzykalnej rodzinie, w której królował rytm. Najważniejszym profesorem dla mnie, od zawsze, był starszy brat Abdul. To dzięki niemu muzykuję od czwartego roku życia. Za jego sprawą nauczyłem się słuchać muzyki, bo nie jest to taka oczywista umiejętność. Trzeba umieć wejść w głąb świata dźwięków, by poznać i zrozumieć jego piękno. Wyciągałem więc z szafy różne bębny – darbuki, bębny obręczowe, conga, djembe i inne „przeszkadzajki”, i bawiłem się nimi. Musiało to wyglądać zabawnie, bo wszystkie bębny były większe ode mnie lub tak duże, jak ja. Miło to wspominam – ten czas odkrywania ich możliwości dźwiękowych, interpretowania ich i słuchania brata, jak na nich gra. On miał wtedy 20 lat i już był zawodowcem.

Jak uczyłeś się grać na instrumentach perkusyjnych?

Próbowałem powtarzać to, co gra brat. Naśladowałem jego ruchy i bardzo uważnie przyglądałem się, jak pracują jego ręce. Obserwowałem, jak uderza w różne instrumenty, jak je trzyma i jak one zachowują się pod wpływem uderzenia. Grałem wszędzie. Od rana do wieczora. Często także w łóżku... (śmiech).

Za jaki instrument wziąłeś się na poważnie?

Darbuka. To mój ulubiony instrument. Uczyłem się grać na nim rumby, maksum, rytmy na 5/7, 6/8, a nawet na 10, co jest bardzo popularnym metrum w muzyce arabskiej. Ale ja kocham wszystkie instrumenty perkusyjne, na których gram. Arabskie, perskie oraz latynoskie m.in. riq, darbuka, tar, daf, cajon. Można powiedzieć, że na poważnie brałem się za wszystkie instrumenty (śmiech), bo ten sam rytm starałem się powtarzać na różnych instrumentach. I tak w tym duchu edukacyjnym rosłem.

Ale jednak darbuka... (śmiech).

Wypracowałem sobie swój styl grania na tym wspaniałym instrumencie, w którym staram się łączyć różne etnicznie style gry na nim. Bo to jest tak, że instrument jest jeden, a Libańczycy grają na nim inaczej, Turcy inaczej, Syryjczycy inaczej, a Egipcjanie to już zupełnie inaczej. Udało mi się poznać je wszystkie i tam, gdzie jest to możliwe, staram się wplatać je do muzyki, którą gram. Poświęciłem darbuce bardzo dużo uwagi. Tak samo jak bębnom ramowym. Oprócz brata, wielkim inspiratorem jest dla mnie Zohar Fresco, geniusz tego instrumentu. Wydawałoby się, że jest to prosty bębenek, ale ten bębenek to potężny instrument perkusyjny. Wystarczy, że inaczej go trzymasz i już brzmi inaczej, a tych możliwości w zastosowaniu różnych figur do uzyskania różnych brzmień jest bardzo dużo... Frame drum wymaga wiele czasu do opanowania i cierpliwości.

Często wspominasz o starszym bracie. Nie stoisz trochę w jego cieniu?

Stoję. U nas w Syrii jest tak, że jak ktoś starszy z rodziny muzykuje i już ma wyrobioną markę, to zawsze na młodszego patrzą, jak na dobrą albo bardzo dobrą kopię tego starszego. Bardzo trudno jest wyrobić sobie markę. Mnie się udało, bo stworzyłem własny, rozpoznawalny styl brzmienia instrumentów perkusyjnych, nazywany przez niektórych elektrycznym.

Kiedy zacząłeś grać zawodowo?

Jak miałem 17-18 lat. Zaczynałem wtedy już grać zawodowo. Grałem wesela, po których krwawiły mi ręce. Nasze wesela są trochę inne niż w Polsce. W Syrii wesele trwa dwa, trzy dni. I cały czas się gra. Ludzie kochają tańczyć, grać i śpiewać. Po takich imprezach nie mogłem podnieść szklanki z wodą (śmiech). Oprócz wesel grałem też małe występy z lokalnymi artystami.

Od dziewięciu lat mieszkasz i grasz w Polsce z poważnymi nazwiskami...

Przyjechałem do Łodzi pracować jako szef kuchni w syryjskiej restauracji. Tu poznałem fantastycznych muzyków, z którymi po godzinach grywałem i dali się poznać jako wspaniali, otwarci ludzie. Po sześciu miesiącach wyjechałem do Warszawy. Gram m.in. z fantastyczną kapelą klezmerską – Rzeszów Klezmer Band, z zespołem Milosa Kurtisa, z Orkiestrą NAXOS, z Marcinem Pospieszalskim, z Kubą Niedoborkiem, z zespołem Mimochodem i wieloma innymi ciekawymi projektami. Łączę także granie muzyki RNB, house czy techno puszczanej przez didżejów z improwizowanymi instrumentami percussion. Takie połączenia sprawdzają się i brzmią bardzo ciekawie. To są specyficzne, szczególne instrumenty i wspaniale, że gazeta taka, jak wasza, wreszcie je docenia. Uważam jednak, że nie tylko instrumenty są ważne, ale przede wszystkim ludzie, z którymi za pośrednictwem instrumentów tworzy się uniwersalny język zwany muzyką. Język ten to język pokoju i miłości. Muzyka jest ponad konfliktami i jednoczy ludzi.

Na czym ta specyfika perkaszynów polega?

Na tym, że można je implementować do każdego rodzaju muzyki. W zespole Mimochodem gramy do trudnej, poważnej muzyki, aranżowanej na potrzeby ubierania w nią twórczości Leśmiana. Ale didżeje i techno to już zupełnie inna planeta, a też te kolorowe brzmienia bardzo dobrze pasują do pulsu, jaki dochodzi z głośników. Instrumenty percussion postrzegam jako o wiele bardziej elastyczne niż klasyczny zestaw perkusyjny, który w muzyce, oczywiście, też ma swoją ogromną rolę. Ale trochę mniej barw. A tu, w perkaszynach, ważne są barwy.

Jakie rady dałbyś młodym perkusjonistom?

Starajcie się grać te same rytmy na różnych instrumentach perkusyjnych. Jak najwięcej słuchajcie muzyki – także tej etnicznej. Wsłuchujcie się w jej puls i barwy. I starajcie się dokładać do niej swoje rzeczy. Pamiętajcie, perkaszyny zawsze spotkają się z innymi instrumentami. Także z perkusją.

No właśnie! Jak się dogadujesz z perkusistami?

Świetnie. Na szczęście bębniarze, z którymi się spotkałem, są otwarci i lubią eksperymentować. Nie każdy perkusista potrafi współistnieć we frazie z perkusjonistą. Świetnie grało mi się z Tomkiem Harrym Waldowskim, perkusistą Lemon. Udało nam się stworzyć rytmiczny organizm – puls i kolor. Sebastian Kuchciński, Dominik Jaszke. Mogę wyliczać długo. Nie spotkałem w Polsce bębniarza, z którym miałbym jakieś tarcia w rytmie. Dogadujemy się.

Czego perkusista nie powinien robić w relacji z perkusjonistą?

Być za bardzo z przodu. Lewa noga nie może iść szybciej od prawej nogi... (śmiech). Perkusista z perkusjonistą powinni szanować puls, pilnować tego, żeby żaden z nich nie próbował przekrzykiwać się. Dogadanie się w tej kwestii i współpraca owocują bardzo fajnymi relacjami muzycznymi. Miałem doświadczenia takie, że jakiś perkusista pierwszy raz w życiu grał z perkusjonistą. Widziałem jego niepewność, widziałem to, że boi się, że któryś z nas może okazać się ważniejszy albo mniej ważny. Tak nie wolno myśleć. Trzeba o tym rozmawiać. Taki tandem musi być organizmem. Musi mieć jasny podział ról – groove, solo, ale musi tworzyć jeden organizm. Miło jest później słyszeć od takiego kolegi: „Słuchaj! To było wspaniałe doświadczenie! Nie wiedziałem, jak to wyjdzie, ale czułem się świetnie, grając z tobą”. Trzeba się szanować.

Kto cię inspiruje?

Od zawsze Zohar Fresco, geniusz bębna ramowego oraz wybitny perkusjonista latin Giovanni Hidalgo.

Rozmawiał: Wojtek Andrzejewski
Fot. Grzech Stępniewski / Fb.com/grzech.photography