Mikołaj Myczkowski

Dodano: 12.02.2018
Autor: Wojtek Andrzejewski

Wychowywał się wśród uczniów Słomy na lubelskiej wsi, uznawanej jako kolebkę polskiego bębniarstwa. Instrumenty nauczył go wytwarzać ojciec, który na początku lat 80 założył pracownię Pablo.

O tym, jak powstają polskie bębny, znane nie tylko wśród polskich bębniarzy, ale i muzyków grających na nich w różnych częściach świata, z Mikołajem Myczkowskim rozmawia Wojtek Andrzejewski.

Wojtek Andrzejewski: Gdyby twój tato dostał się do filmówki, nie byłoby pracowni Pablo i setek świetnych bębnów, na których grają bębniarze z Polski i odległych zakątków świata.

Mikołaj Myczkowski: Mogłoby tak być (śmiech). Pracownia Pablo powstała w 1986 roku. Założył ją mój ojciec Paweł Myczkowski, zanim jeszcze przyszedłem na świat. Tato zdawał do szkoły filmowej w Łodzi na wydział operatorski i w 1982 roku przyjechał do Wólki Krasienińskiej koło Lublina, gdzie mieszkał Słoma. Nie dostał się do filmówki przez stan wojenny i pozostał na wsi, gdzie w kiepskich czasach nawiązał nowe przyjaźnie z „bębnorobami”. Przeprowadził się na wieś i od żywej legendy polskiego bębniarstwa Słomy nauczył się robić bębny. Instrumenty wytwarzało się bardzo długo. Podstawowymi narzędziami były dłuto, siekierka, hebel, ośnik, młotek i kowadło. Trudno też zdobywało się materiały do wytwarzania bębnów, a jeszcze trudniej wiedzę na temat ich wyrobu. W tej chwili tato jest na rencie, a pracownię po nim, trzy lata temu, przejąłem ja.

Podobno nie była to dla ciebie łatwa decyzja?

Mając wiele zainteresowań i pomysłów na siebie, wchodząc w dorosłe życie, gdzie wypadałoby sprecyzować to, co chce się robić, nie było mi łatwo powiedzieć – ok, od jutra robię tylko bębny. Dojrzewałem do tego jakiś czas. Wybrałem wytwarzanie instrumentów i na szczęście dało się to połączyć z moją pasją – fotografią.

Wzrastałeś w środowisku bębnorobów, znakomitych polskich bębniarzy, których wykształcił Słoma. Wiedzę przekazał ci ojciec. Chłopie! Masz potężne kwalifikacje...

Nasiąkałem tą atmosferą lubelskiej wsi od maleńkiego. Tym szczególnym klimatem muzycznym, który tu panuje i który wręcz trudno opisać słowami. Uczyłem się robić bębny pod okiem ojca. Poznawałem rodzaje drewna, z którego można robić bębny i to, jak je robić. Technologia mocno się zmieniła w ciągu tych trzydziestu kilku lat. Dziś pracownia, choć nie działa w masowej skali, nie odstaje od światowego poziomu, a instrumenty grają na całym świecie – także u znanych artystów.

No właśnie. Robisz świetne bębny conga, djembe i dun-duny. Sporo tego płynie statkami z Azji, z masowej produkcji, w egzotycznych cenach. Jak radzisz sobie na tym trudnym rynku?

Funkcjonuję zupełnie inaczej niż firmy wyłącznie handlujące instrumentami. Manufaktura polega na tym, że pracuję raczej dla konkretnego klienta, na konkretne zamówienie. To zupełnie inny rodzaj pracy i sprzedaży tej pracy niż instrument z kontenera. Proces tworzenia bębna robionego na zamówienie konsultuję z osobą, która go zamawia. Bardzo dużo satysfakcji dają później pozytywne relacje z pierwszego kontaktu z nowym instrumentem. Taki bęben robi się o wiele dłużej niż płynie kontener z Azji czy Afryki do Europy. Ma też inną cenę od bębna, który można sobie kupić w Internecie. Ma „polską duszę” – jest robiony z drzew rosnących w naszym kraju. Jesion, jawor, olcha, brzoza, orzech włoski, grusza, grab i akacja to gatunki drewna, których używam.

Ale gdy potrzeba, jesteś w stanie sprostać masowemu zamówieniu?

Tak. Czasami zdarzają się zamówienia na np. 20 bębnów do wybijania rytmu wioślarzom na łodzi lub djembe, które trzeba zrobić w ciągu 4-6 tygodni. Oczywiście pracownia staje wówczas na wysokości zadania. W pracowni wykonuje się bębny w większych ilościach, przeznaczone dla początkujących, którzy cenią sobie dobrą jakość za rozsądną cenę. Bardzo lubię również pracować dla profesjonalistów, wymagających od instrumentu bezkompromisowej, najwyższej jakości. Tego, żeby bęben miał określone wykończenie – wosk, olej, sznury albo okucia metalowe. Taki bliski kontakt z artystą, który zamawia u mnie instrument, sporo mówi o tym, jak wyobraża sobie jego wygląd i brzmienie, a ode mnie oczekuje realizacji tych wyobrażeń. Końcowa faza produkcji, prezentacja daje mi chyba większą radość niż sprzedaż tanich instrumentów, robionych na masową skalę... (śmiech).

Myślę jednak, że wszystkie instrumenty są ważne. I te, które są tanie i przypływają kontenerami, i te drogie, robione ręcznie na zamówienie. Te tanie pozwalają oswoić się ludziom z brzmieniami i poszukiwać tych z najwyższej półki, dając później zajęcie rzemieślnikom takim, jak ja. Raczej nie spodziewam się, że rynek wykrystalizuje się w taki sposób, że instrumenty będą wyłącznie robione ręcznie i na zamówienie. Mogłoby zabraknąć rąk do pracy, bo wytwórców jest niewielu. Na szczęście raz do roku mamy okazję spotkać się na Targowisku Instrumentów podczas Festiwalu Wszystkie Mazurki Świata. Ogromna w tym zasługa Pana Piotra Piszczatowskiego, który organizuje Targowisko i zaprasza europejskich, w tym również polskich, wytwórców.

Jak choćby wytwórców cong z jednego pnia drewna. Tu ciekawostka – jesteście jedną z nielicznych firm na świecie, które w ten sposób wytwarzają te instrumenty...

To prawda. W Polsce jako jeden z nielicznych wytwórców robię congi z jednego pnia drzewa. Jacek Żelazek, który uczył się u mojego taty, założył własną pracownię i robi świetne bębny obręczowe. Są pracownie w Europie i Stanach, które wytwarzają conga w taki sposób. Nie znaczy to, że conga, których korpusy wykonane są z klepek brzmią gorzej, czy są gorsze. Po prostu są artyści, którzy życzą sobie instrument monolitowy, a ja specjalizuję się w robieniu tego typu bębnów.

Jesteś skromnym człowiekiem, ale artystami, którzy grają na twoich bębnach, są potężne nazwiska m.in. Nippy Noya, Piotr Jackson Wolski, Hakim Ludin, Daniel Słomiński. Jest też najbardziej intrygująca mnie Renata Przemyk, no i rzecz jasna – Słoma...

Słoma jest sąsiadem i gra na bębnach Pablo oraz czasami prowadzi na nich warsztaty. Wspiera rozwój pracowni od początku jej powstania. To wspaniały człowiek. Moja rodzina i fach wiele mu zawdzięcza. Jego syn Daniel Słomiński gra na gitarze basowej oraz djembe w swoim zespole D’Roots Brothers. Renata Przemyk gra na bębnach djembe z akacji i kalimbie, w posiadanie których weszła kilka lat temu i używała podczas występów z Akustik TRIO. Do reszty artystów, których wymieniłeś, najczęściej docieraliśmy sami. Zachęcaliśmy ich do tego, by spróbowali brzmień naszych bębnów i wielu z nich zostało w naszej pracowni. Było to bardzo ciekawe doświadczenie dla nas. Nippy Noya jest zachwycony jakością wykonania i brzmienia naszych instrumentów. Gra na congach z jesionu oraz na djembe z orzecha włoskiego. Był u nas w pracowni, poznał technologię produkcji bębnów, które dla niego robimy. Mamy z nim stały, bardzo serdeczny kontakt. Nie ustaję w poszukiwaniach kolejnych znakomitych artystów.

Wróćmy do czasu, kiedy uczyłeś się robić bębny. Z czym było ci najtrudniej?

Ze skórami na naciągi. Nie mogłem się przełamać, by pracować z nimi i naciągać je później na korpusy. Coraz powszechniejsze stają się naciągi syntetyczne. Sporym wyzwaniem jest też znalezienie dobrego drewna do wytworzenia bębna. W tym temacie bardzo ułatwiło mi doświadczenie ojca, który wypracował sobie kontakty z leśnikami i właścicielami składów drewna, informującymi nas o tym, że mają pożądany przez nas surowiec w dobrej jakości.

Jakie najbardziej nietypowe zamówienie mieliście?

Przez wiele miesięcy wykonywałem wielki, ważący kilkadziesiąt kilogramów bęben basowy. Instrument o średnicy ponad 50 cm wymagał ogromu pracy. Robiłem go razem z ojcem, który jeszcze wtedy prowadził pracownię. Wielki korpus, okucia do niego, dały nam solidnie popalić... (śmiech).

A ty muzykujesz trochę na tych wszystkich instrumentach?

Bardzo amatorsko (śmiech). Kocham brzmienie bębnów. Trochę udzielam się na djembe i congach, uczę się też grać na gitarze basowej i kalimbie.