Max Portnoy

Dodano: 04.06.2018

Przyglądamy się młodemu „Portkowi” już od dawna, tym bardziej, że jest co oglądać i słuchać. Max gra zarówno widowiskowo, jak i skutecznie. Czasami ma się wrażenie, że to skóra zdarta z ojca, ale jak się okazuje nie do końca jest to prawda.

Nie ma się co oszukiwać. Gdyby Mike Portnoy był średnim bębniarzem lub nawet uznanym jazzmanem to sprawa byłaby nieco łatwiejsza, jednak obaj panowie poruszają się w podobnej stylistyce muzycznej, przez co młodemu Maxowi nie jest łatwo. Pół biedy, gdy pojawiają się porównania, gorzej, jak przypisuje się perkusiście rozwój kariery na barkach ojca. Jasne, że w tym aspekcie nazwisko pomaga, o czym wie m.in. kilku polskich artystów, ale z drugiej strony, jeżeli ktoś porusza się dokładnie w tych samych rejonach, trzeba zmierzyć się z legendą ojca. Wie o tym Jason Bonham, który chyba już do końca życia będzie po prostu synem Johna. Jak to wygląda z Maxem?

Perkusista: Kiedy wciągnąłeś się w perkusję i jak duży wpływ miał na to twój ojciec?

Max Portnoy: Z pewnością tata miał na to największy wpływ. Dorastając zawsze oglądałem jak gra, jeździłem na koncerty. Tak w sumie balansowałem między bębnami a innymi instrumentami. Zawsze w domu była perkusja, a ja chciałem być taki jak mój tata – grać na perkusji i tworzyć muzykę. Nie pamiętam jakiegoś konkretnego momentu, ponieważ jestem w zasadzie pewny, że zawsze chciałem grać na perkusji, jeszcze zanim byłem w stanie w pełni funkcjonować. Kiedy ja i siostra byliśmy mali, tata kupił nam specjalną perkusję, tak na w razie czego, ale to tyle. Chciał, żebyśmy robili to, co chcemy, nigdy nas na nic nie naciskał.

Zacząłeś pobierać lekcje od nauczyciela, a nie od swojego ojca, dlaczego?

Przede wszystkim ojciec zawsze był w trasie, ale też dlatego, że jest po prostu moim ojcem i dziwnie by było go mieć jako swojego nauczyciela! Znaleźliśmy człowieka niedaleko nas, nazywa się Todd Schied z California Drum Shop w Pensylwanii. Jest świetny i w sumie uczył mnie przez całe moje życie. Wziął małą przerwę, bo mieliśmy trasy, ale mam zamiar wrócić do niego tak szybko, jak wyklaruje mi się grafik.

Co jest takiego w Toddzie, że chcesz do niego wrócić?

On potrafi wszystko, dlatego go lubię. Nie gra metalu, ale jest w stanie nauczyć mnie wszystkiego, czego potrzebuję w metalu. Tak samo w muzyce progresywnej. Uczy mnie fajnych polirytmii i daje kolejne wyzwania. Jeżeli jest coś, co gdzieś usłyszałem lub coś, co mnie interesuje, to on potrafi mnie łatwo tego nauczyć.

MIKE PORTNOY NA TEMAT SYNA

Jakie to uczucie obserwować rozwój gry Maxa na przestrzeni lat?

Spośród wszystkich momentów mojej kariery, które napawały mnie dumą, ciężko znaleźć jest coś, co można by do tego porównać. W 2015 r. wygrał głosowanie magazynu Rhythm w kategorii Nowy Perkusista, to bije moje wszystkie wygrane plebiscyty!

Jaki jest twój ulubiony element gry Maxa?

Lubię to, że jest trochę takim mini-ja, bo widzę w jego grze dużo z mojego stylu, tylko, że on to kopnął kilka poziomów wyżej, dostosowując się do współczesnej generacji, mieszając blasty z podwójnymi stopami na poziomie znacznie przewyższającym to, co ja robię.

Jaki miałeś bezpośredni wpływ na grę i rozwój Maxa?

Mój wpływ w zasadzie dotyczył tylko tego, że mnie obserwował przez całe życie, bo pozwoliłem mu odnaleźć własną drogę. Zawsze jestem obecny, kiedy chce jakąś podpowiedź czy poradę, ale myślę, że ukłony za jego grę powinny iść w kierunku jego nauczyciela. A to, że tyle ćwiczy i poszukuje, jest zasługą samego Maxa.

Jaką najlepszą radę dałeś Maxowi?

Żeby lekceważył tych wszystkich „hejterów” i podążał za swoim sercem. Gdzie widzisz Maxa i jego grę za 5 lat? Mam nadzieję, że będzie mógł przejąć te wszystkie moje zespoły, a ja udam się wtedy na emeryturę!

Zawsze byłeś fanem muzyki heavy?

Mój tata pokazał mi ogromne ilości zespołów. Moimi ulubionymi zawsze były te cięższe i te progresywne, jak Tool i oczywiście Dream Theater. To są dwa gatunki, które najbardziej mi pasują i słucham ich w wolnym czasie. Z racji tego, że słuchałem ich mocno, kiedy dorastałem, to zaczęły mnie inspirować i mają wpływ na moją grę. Joey Jordison jest jednym z tych bębniarzy, którzy mają największy wpływ. Jak przychodzi do gry na żywo, ta muzyka zawsze dostarcza dużo energii. Chris Adler to kolejna moja inspiracja. Ma wyjątkowy styl, który mi się zawsze podobał. Jestem też wielkim fanem Jojo Mayera. On jest zupełnie inny.

Jak powstał twój zespół Next To None?

Jak dorastałem zawsze chciałem mieć własny zespół, tworzyć własną muzykę i grać koncerty. Moim celem było znaleźć ludzi, którzy chcą tego samego. Z biegiem lat zacząłem dżemować z Krisem (Rankiem, gitarzystą). Zrobiliśmy cover band i graliśmy koncerty. Tam spotkaliśmy Thomasa (Cuce’a), który gra na klawiszach i śpiewa. Pewnego dnia zaczęliśmy z Thomasem tworzyć coś razem i zaskoczyło, dlatego zdecydowaliśmy się uformować własny, oryginalny zespół z własną muzyką. Tak stworzyliśmy nasz debiutancki album A Light In The Dark. Gitarzysta, którego mieliśmy wtedy, poszedł na studia, ale poznaliśmy Derricka (Schneidera, obecny wioślarz zespołu) dzięki Bumblefootowi. Doskonale do nas pasuje. Ma wszystko to, czego szukaliśmy, łącznie z osobowością. Jesteśmy więc w takim miejscu, gdzie wyszedł niedawno nasz nowy album Phases.

W Next To None jest spora mieszanka stylistyczna. Od samego początku chcieliście mieć taki miks?

Taki był nasz cel, szczególnie przy okazji ostatniego albumu. Chcieliśmy spróbować wszystkiego i poeksperymentować z różnymi stylistykami. Zawsze z Thomasem uważaliśmy, że dubstep był czymś, co może mieć w sobie metal, ale nie jest wykorzystywany w metalu, w związku z tym chcieliśmy tego spróbować. Mieliśmy kilka ballad na pierwszej płycie, ale nie były one tak ekstremalne jak tym razem. Całkiem fajnie się z tym eksperymentowało. Wykorzystaliśmy też sporo różnych instrumentów. Są tam żywe smyki, sitar, instrumenty marszowe i wiele innych rzeczy.

 

W jaki sposób tworzysz partie bębnów?

To zależy od sytuacji. Często skupiam się na riffach, ponieważ to zazwyczaj one powstają jako pierwsze. Ja albo Thomas mamy w głowach riffy, spisujemy je i w zasadzie mam już zarys jakiejś partii bębnów. Chcę, żeby pasowały do gitar i miały dobry „feel”. Bywa też tak, że przychodzę z jakimś fajnym rytmem i robimy do tego gitary. Na ostatniej płycie piosenka Mr. Mime była zrobiona właśnie w ten sposób. Nie jest to solo, ale ma taki klimat. Dodaliśmy do tego partie klawiszy Thomasa i poszło.

Zdarza ci się blokada w tworzeniu?

To jest coś, co nam się często przytrafiało podczas tworzenia ostatniej płyty, ponieważ proces trwał stosunkowo długo, prawie rok. Taka blokada pojawia się, jeżeli pracujesz każdego dnia przez kilka godzin. Kończysz wypalony z brakiem jakichkolwiek pomysłów. Dlatego zawsze jest zdrowe robić sobie przerwy. Jeżeli masz jedną owocną sesję jednego dnia, a drugiego dnia nie masz żadnego planu, co robić, dobrze jest odstawić wszystko na chwilę i usiąść dopiero po przerwie. Po kilku dniach czy nawet po tygodniu wracasz i robisz dobrą robotę.

Ciężko nie zwrócić uwagę na intro do piosenki The Apple. Skąd to się wzięło?

Miałem to w głowie od jakiegoś czasu, ale nie bardzo umiałem dobrze zagrać, więc musiałem to sobie rozpisać. Siedzieliśmy w studio i zastanawialiśmy się nad intro do tej piosenki. W ostatniej chwili zdecydowałem się spróbować zagrać perkusyjne intro. Musiałem usiąść i przećwiczyć przez kilka godzin. Ostatecznie wbiłem to. Ciekawą sprawą jest, że to ostatnia rzecz, jaką zrobiliśmy przy tej piosence.

 

Lubisz wywierać na sobie presję w ten sposób?

Zawsze staram się rozpracowywać nowe rzeczy. Coś, co robię często, to biorę trzy kompletnie różne przypadkowe patenty i przypisuję je różnym kończynom – po jednym dla rąk i jeden dla nogi. Siadam i staram się to rozpracować. Takie naciskanie na siebie jest ciekawe, próbowanie jest fajne, granie nowych rzeczy i robienie sobie wyzwań. Pomyślę sobie o czymś, co brzmi bardzo przejrzyście, bo zwyczajnie gra to w mojej głowie, ale jak już siadam, by to zagrać, to nie jest tak lekko, jak ci się wydawało. Najlepszą metodą jest rozpisanie sobie tego na części i granie bardzo powoli.

W twoim graniu słychać ten charakterystyczny groove. Jak bardzo groove jest dla ciebie ważny?

Myślę, że to jest najważniejszy element. Jeżeli nie masz groove’u, który inni mogliby wyczuć… Cóż. To działa, jak robisz jakiś króciutki fragmencik piosenki i chcesz zaszaleć, a to nam się czasami zdarza, ale mimo to wciąż chcesz mieć to coś, dzięki czemu ludzie mogą zaskoczyć. Nawet, jak te wszystkie dziwne i trudne do zagrania rzeczy są imponujące, to mogą nie brzmieć dobrze w momencie, gdy je odsłuchujesz. Możesz mieć różne nieparzyste, pokręcone rytmy, ale wciąż chcesz utrzymać w tym groove. Chcesz coś, w co będzie się można wczuć.

ZESTAW MAXA

BĘBNY
Tama Starclassic Birch Orange Sparkle: 10”x7” i 12”x8” tomy, 16”x16” i 16”x18” floor tomy, 22”x18” bass (x2), werbel 13”x5˝”

TALERZE
Sabian: 22” HH Power Bell ride, 22” HH Rock ride, 18” i 20” HHX Chinese, 14” HHX Click hats, 9” Max splash, 19” AAX Dark crash, 19” AAX X-plosion crash, 8˝” Radia Bell, stack 12” AAX Mini Holy China i 14” Max Stax crash

ORAZ
Pedały Tama Speed Cobra do centrali i hi-hat,
reszta statywów Tama;
Remo Clear Ambassador rezonans na tomach,
Clear Emperors uderzeniowe,
Clear Powerstroke 3s na centrali,
Emperor X na werblu.

Ciekawi nas jeszcze brzmienie twojego werbla na tej płycie. Jest naprawdę mocne. Opowiesz coś więcej na ten temat?

Na pierwszej płycie nie wiedziałem tak naprawdę nic o sprzęcie i brzmieniu, jakie chcę. Wszedłem do studia z tym, co miałem. Trochę tego żałuję, bo teraz już wiem, czego chcę w kwestii brzmienia w studio. Na ostatniej płycie miałem werbel Tama Melody Master 12”, nastroiłem górę maksymalnie jak się dało, a dół bardzo nisko. Zmieniałem często naciąg, ponieważ na nowych membranach zawsze lepiej wybrzmiewał. Nie używałem żadnych sampli, co uznaję za bardzo ważne. Kiedyś włączyliśmy sample do miksu i powstało kilka różnych wersji, ale jakoś nie wciągnąłem się w to zbyt mocno. Nie mam nic przeciwko samplom, ale wolę akustyczne brzmienie.

Twój tata to doświadczony perkusista sesyjny. Pomagał ci przy nagrywaniu?

On chce, żebym miał swój własny styl i własne brzmienie. Zgadzam się z nim i chcę być w stanie mieć moje własne wyjątkowe brzmienie, ale jak mam jakieś pytanie – zawsze mi odpowiada. W momencie nagrywania bębnów na płytę, był w okolicy, więc jak usłyszał coś, co mogłoby być znacznie lepsze, to przekazywał swoją opinię. Niezależnie, czy tego ostatecznie posłuchałem, czy nie.

Materiał przygotowany przez: Artur Baran, Chris Barnes
Zdjęcia: Joby Sessions