Zac Farro

Dodano: 22.06.2018

Zespół Paramore obdarzony jest w Polsce dużą estymą. Wokalistka Hayley Williams należy do typu mocno charyzmatycznych i działa niczym magnes. Zac był jednym z założycieli zespołu, jednak w pewnym momencie, w zasadzie u szczytu popularności jakiś niecny element frustracji wkradł się duszę Zaca i razem ze starszym bratem opuścili zespół. Teraz wrócił pełen entuzjazmu.

Kiedy ostatnio rozmawialiśmy z perkusistą zespołu Paramore był nim fenomenalny John Bonham XXI wieku czyli Ilan Rubin. Ilan nie był jednak oficjalnym członkiem zespołu, ale z pewnością przyłożył się mocno do sukcesu albumu o nazwie po prostu Paramore z 2013 roku. Mimo wszystko w zespole przebąkiwano, że fajnie by było, jakby z powrotem na bębnach pojawił się Zac, który chyba pogodził się z gwiazdorskim statusem zespołu.

Po odejściu z kapeli muzyk nie próżnował, nagrywał, tworzył, pisał, rozwijał się, czego doskonałym przykładem jest jego projekt Indie Pop HalfNoise. Rozwinął się muzycznie i w sumie nie musiał kierować się z powrotem w stronę dawnych kompanów z zespołu, ale jak się okazało – stara miłość nie rdzewieje…

Perkusista: Odszedłeś z Paramore w 2010 roku. Co sprawiło, że wróciłeś?

Zac Farro: Jednym z głównych powodów, przez który wróciłem do zespołu, było po prostu to, że zakochałem się w nowych rzeczach, które napisała Hayley i Taylor. Miałem uczucie, że to, co tworzyliśmy, nigdy nie było wystarczająco bliskie temu, czego słuchaliśmy i czym się inspirowaliśmy. Były momenty, kiedy podchodziliśmy do tematu na zasadzie: „Utrzymajmy to w ten sposób, to jest właśnie brzmienie Paramore”. Taylor miał odmienne zdanie: „Myślę, że nadszedł czas, aby zrobić krok naprzód i obrać nowy kierunek, spróbować coś nowego. Jesteśmy w takim momencie, że musimy być szczerzy wobec siebie”.

Początkowo miałeś zagrać jedynie na albumie, zgadza się?

Planowałem zagrać na albumie, nawet nie byłem zainteresowany zaproszeniem do powrotu na stałe. Byłem w totalnym szoku, kiedy pewnego dnia Taylor zrobił przerwę w nagrywaniu i powiedział: „Hej, stary, chciałbyś do nas znowu dołączyć?”. Powiedział to bardzo nonszalancko. Ja powiedziałem: „Jasne, chłopie!”. Powoli zaczęliśmy odbudowywać naszą znajomość.

Kiedy po raz pierwszy odnowiłeś kontakt z Hayley i Taylorem?

Przez kilka lat było trochę dziwnie, ponieważ ja nie grałem w zespole, a oni byli w trasie. Jakieś cztery lata temu naprawiliśmy nasze stosunki i było to naprawdę uzdrawiające dla naszej przyjaźni. To był moment, gdy nie byliśmy nawet na tym etapie, co teraz, obecnie gramy razem i nagrywamy nowy album. To było dużo wcześniej i nie miało nic wspólnego z muzyką. Myślę, że to właśnie dlatego wszystko układa się tak dobrze. Nie naprawiliśmy naszych relacji ze względu na muzykę, zrobiliśmy to dla naszej przyjaźni, później wszystko wyszło od tego. Możesz być tak długo w zespole, że to, co robisz, staje się twoją pracą, przechodzisz z jednej garderoby do drugiej i żyjesz w tym swoim świecie. Wtedy właśnie zatracasz całą magię. Ta wspaniała przygoda, kiedy zaczynamy naszą przyjaźń od nowa, odbudowujemy to, co było wcześniej, a potem odkrywanie wspólnie muzyki, Taylor zaczyna pisać nowe rzeczy, to był niesamowicie fajny proces. To jest zupełnie nowy okres w naszej twórczości i bardzo budujące jest to, kiedy słyszymy, że ludzie uwielbiają te nowe kawałki. Naprawdę uważam, że to oddaje nas lepiej niż jakikolwiek wcześniejszy album.

Jak dużo materiału było już gotowe, kiedy dołączyłeś?

Taylor przygotował już sporo partii bębnów, ponieważ tworzył całą muzykę, a mnie nie było jeszcze wtedy w zespole, ja po prostu brałem udział w nagrywaniu tego materiału. Padł taki śmieszny tekst: „Ok, to oczywiste, że chcemy, abyś to ty zagrał na tym albumie, ponieważ potrzebujemy twoich zdolności perkusyjnych i tego, co możesz wnieść do całości”. Ale były już niektóre piosenki, które były w całości skomponowane. Zastanawiałem się, gdzie mam się wpasować. Piosenki były gotowe w 65-70%, więc to był dobry moment, abym mógł je doszlifować. Kiedy piszesz piosenkę od zera, to partie bębna są już jakby w tym zawarte. Dla mnie to było zaledwie dodanie kilku bitów i poprawek. Told You So był zaprogramowanym bitem, wziąłem go na warsztat i pozmieniałem pod siebie i tak powstało coś zupełnie innego, ale nadal było utrzymane w koncepcji, którą tworzył Taylor. Napisałem też trzy piosenki razem z Taylorem. To był pierwszy raz, kiedy faktycznie tworzyłem całe kawałki, a nie tylko partie bębnów na nagraniu Paramore. To było dla mnie coś zupełnie nowego.

Pisałeś muzykę i teksty, nie tylko partie bębnów, gdy byłeś z HalfNoise podczas przerwy z Paramore. Pomogło ci to podejść do materiału Paramore z innej perspektywy?

Jasne, na 100%. Kiedy jesteś młody, chcesz grać przejścia wszędzie, gdzie się da, chcesz po prostu zaszaleć i jest w tym coś ekscytującego. Nadal uwielbiam oglądać bębniarzy, którzy idą na całość i mają frajdę z tego, co robią. Mam również kilku ulubionych perkusistów, którzy przez niektórych nie byliby określeni jako kozacy. Jak np. Ringo Starr, słyszysz piosenkę i to nie jest przecież jakieś szalone granie, ale on gra partie, które są bardzo muzykalne. Grałem dla kilku różnych znajomych, różnych artystów, pisałem własną muzykę w HalfNoise i wiele mnie to nauczyło. Pisanie własnego materiału bardzo mi pomogło, ponieważ to pozwoliło mi zrozumieć, że dla zespołu ma znaczenie wiele różnych czynników, a nie same bębny. Nawet na tym ostatnim nagraniu, zacząłem analizować: „Tutaj Hayley śpiewa ten fragment, więc muszę to podkreślić swoją grą”. Nigdy wcześniej nie myślałem o jej tekstach. To naprawdę pomogło mi wycofać się odrobinę i zauważać rzeczy takie, jak: „Ta partia gitary musi tu błyszczeć”.

 

Wcześniejsze albumy Paramore zakorzenione były w pop-rocku, z większą ilością wypełnień i brzmiące dosyć ciężko. Bębnienie na After Laughter jest bardziej skupione na groovie i „feelu”. Czy to była dla ciebie naturalna kolej rzeczy, żeby zacząć grać w ten sposób?

Dla Paramore tak, a dla mnie to było coś w stylu: „Wow, uderzam w środek werbla, a nie gram rimshota!”. Tak, jak mówiłem, grałem dla kilku artystów, którzy nie mieli nic wspólnego z potężnym, rockowym graniem, nagrywałem takie płyty i teraz wiem, że zrobiłem to po to, aby teraz grać na nowym albumie Paramore. Nie uważam, żebym był najbardziej wszechstronnym perkusistą na świecie, ale jestem bardzo wdzięczny, że mogłem grać w tak wielu różnych gatunkach. Dlatego teraz nie jestem gościem, który potrafi grać tylko na jednym poziomie i ma wyuczony jeden trik. Nauczyłem się dynamiki i delikatnego grania. Kiedyś grałem cicho i wybijałem się z „time’u”, ponieważ miałem wyuczone granie na jednym poziomie, wciąż w jednym tempie. Zdecydowanie zajęło mi to trochę czasu i wymagało ćwiczeń, ale cieszę się, że całkowicie nie przestałem grać po odejściu z Paramore. Nie było tych martwych sześciu lat bez grania.

Jednak prostsze granie nie zawsze sprawia, że jest łatwiej…

To nadal bywa wymagające. Jest taki kawałek Forgiveness (na After Laughter). On wcale nie brzmi jak coś trudnego. Nasz producent Justin Meldal-Johnsen, który także gra na basie w Beck i Nine Inch Nails, jest nieziemskim muzykiem. Jest po prostu szalonym basistą! Powiedziałem mu: „Stary, to nie chodzi o to, że nie grałem już jakiś czas, ale na pewno nigdy nie grałem z kimś tak piekielnie dobrym”. Teraz, gdy zagrałem już na albumie, Taylor chciał znowu poczuć, jak to jest grać z zespołem na żywo. Mimo, że Forgiveness nie jest kawałkiem żywym i znaczącym, ma w sobie dużo dynamiki i jest bardziej polirytmiczny. Nawet w takiej energii Fleetwood Mac czy Talking Heads piosenki mają w sobie naturalne parcie w przód i w tył. Dlatego nie można przestać ich słuchać. Staraliśmy się to uchwycić. Ja i Justin nagrywaliśmy się na żywo. Przez większość czasu, siedzieliśmy razem i staraliśmy się ogarnąć nasze partie, żeby miały w sobie ten prawdziwy żywy ruch. Im prostsza była piosenka, tym było ciężej. To było dosłownie jak Tetris. Musisz złożyć wszystko w całość, a jestem wymagający wobec siebie…

Jesteś perfekcjonistą, jeżeli chodzi o twoje nagrania perkusyjne?

Absolutnie! Jest też kilka dobrych potknięć. Czy to ma sens? Jest takie jedno przejście w Here Comes The Sun Beatlesów. Jest bardzo do tyłu, ale jak dla mnie, to Ringo siedzi tam jak zwyczajny koleś i naparza po swoich bębnach. Myślę, że to jest czas na precyzyjną grę, ale zrozumiałem, że jestem dla siebie zbyt surowy. Kiedyś chciałem być perfekcyjny i kiedy słyszałem, że jedna centralka brzmi trochę inaczej, to poprawiałem to. Teraz moje podejście to: „To jest trochę krzywo, ale brzmi jakby tak miało być, ponieważ jest prawdziwe”. Fajnie było znaleźć też takie momenty na tym nagraniu. Być bardziej człowiekiem.

Jeśli mówimy już o Justinie Meldal-Johnsenie… Sekcja rytmiczna na After Laughter jest nadzwyczajna!

W Paramore kiedyś było tak, że chodziło o mocny sygnał gitar, walenie w bębny i inne tego typu rzeczy. Teraz chcieliśmy, żeby energia pochodziła z innych rzeczy, z czegoś innego niż zajechane gitary. Użyliśmy basu, bębnów i perkusjonaliów. To wciąż ma w sobie energię, ale pochodzi ona z innych miejsc. Na wszystko jest czas i miejsce. Jesteśmy z tego naprawdę dumni. Zajęło nam to sporo czasu, ale to też było ważnym czynnikiem.

Brzmienie bębnów jest bardziej vintage’owe niż to, co wcześniej mogliśmy usłyszeć od ciebie w Paramore. Jak tego dokonałeś?

Kiedyś wołali na mnie „koleś-vintage”. Nawet teraz mam na sobie koszulkę w takim stylu, taki sam jest mój samochód – stary Mercedes – i uwielbiam czerpać inspirację ze starych nagrań, które naprawdę do mnie docierają, jak Pet Sounds… Rubber Soul jest dla mnie najbardziej solidnym nagraniem. Nie chodzi nawet o te szalone partie bębnów, tylko o piosenki jako całość i o to, jak to wszystko jest złożone. Uwielbiam The Kinks Are The Village Green Preservation Society, Stonesów – w zasadzie wszystko, co jest z UK! Na kolejnych miejscach jest pop lat 60, nawet francuski pop, te brzmienia były dla mnie niesamowite. Bębny były uderzane lekko, ale były skompresowane w ten sposób i brzmiały po prostu bardzo miło. Były również wyżej strojone. Bardzo inspirowałem się latami 60 przy materiale HalfNoise. Później przeniosłem się do późnych 70 i wczesnych 80 lat, gdzie mowa jest oczywiście o Talking Heads i New Order… I te brzmienia bębnów. Dla mnie to wszystko jest w stylu retro.

Taylor chciał kupić vintege’owy set do nagrań. Miał Ludwiga i użyliśmy do kilku piosenek. Pewnego dnia jechaliśmy po naciągi do sklepu muzycznego, a za dwa dni wypadały moje urodziny. Zobaczyłem tam zestaw w takie zakręcone wzory. To był Gretsch z 1960 roku – wydaje mi się, że to wykończenie to Satin Flame. Taylor kupił mi go na urodziny i użyliśmy go na prawie całym albumie. Przy strojeniu przyjęliśmy podejście na płaskie, wyciszone z dużą ilością werbla i tłumienia ręcznikami. Każda piosenka wymaga innego podejścia. Niektóre piosenki były bardziej otwarte i wyciągaliśmy wszystkie tłumiki, a czasem Taylor wstawiał swoją centralkę Craviotto. Naokoło nas było pełno wszystkiego, ale kiedy nagrywasz to fajnie jest tak przebierać w różnych możliwościach.



Zestaw Zaca

Bębny
Gretsch Broadkaster – Vintage Oyster White – 22”x14” bass, 13”x9” rack tom, 16”x16” floor tom, werbel 14”x6˝ Gretsch Steel Hand Hammered

Talerze
Zildjian:
2 x 22” K Constantinople Medium Low rides,
hi-hat 15” New Beat dół jako góra
i góra 15” K Light jako dół

Plus
Membrany Remo: Coated Emperors na tomach, Emperor X na werblu, Clear Powerstroke 3 na centrali,
pałki Promark hickory 5A ‘The Natural’ wood tip,
DW 9000 hardware, tłumiki Snareweight

 

Zrobiłeś coś specjalnego odnośnie mikrofonów?

Mieliśmy dużo, rozmaitych mikrofonów po to, żeby mieć różne możliwości, wyciszaliśmy te, które nie były w danej chwili potrzebne. Taylor chciał podejść do tego bardzo minimalistycznie. Nie mieliśmy technicznego od bębnów, ale nasz inżynier dźwięku – Carlos de la Garza, który ostatecznie złożył nam cały album, nastroił cały zestaw razem z Taylorem. Minimalistyczne podejście Beatlesów w nagrywaniu, to nawet więcej niż to, co robiłem w HalfNoise. Nagrałem Epkę w Nashville o nazwie The Velvet Face EP, ustawiliśmy tam jeden mikrofon mono, (AKG) D19 czy coś w tym stylu. To był mikrofon, którego Beatlesi używali do nagrywania smyków. Użyliśmy go jako overhead, do tego jeden do centrali i jeden do pomieszczenia. To wszystkie mikrofony, jakie były. Grałem bardzo lekko, skompresowaliśmy to i brzmiało jak Serge Gainsbourg, Beatlesi, Can – dźwięk bardzo mały, ale znaczący.

Podczas występów na żywo grasz również starsze kawałki Paramore. Lubisz grać swoje stare partie i czy jesteś w stanie się w nich jeszcze rozpoznać, czy może jesteś już zupełnie innym perkusistą?

Myślę, że wszystko po trochu. Odszedłem na moment z zespołu i nauczyłem się wielu rzeczy w tym czasie. Przeprowadziłem się do Nowej Zelandii na kilka lat i żyłem pełnią życia. Zacząłem grać takie kawałki jak Decode czy Misery Business i to było. jakbym miał znowu 16-17 lat. Nie da się pozbyć charakteru tego 16-latka z piosenek, ale gram to teraz zupełnie inaczej. Mam większą dynamikę i wiele się nauczyłem, nawet o życiu. Czuję się kompletnie rozdarty, część mnie jest tam, gdzie byłem kiedyś, a druga część chce zagrać w taki sposób, jak gram obecnie.

HalfNoise stał się znaczącą częścią twojego życia pomiędzy odejściem a powrotem do Paramore. Czy twoje obecne zobowiązania wobec Paramore uniemożliwiają ci kontynuowanie tamtego projektu?

Nigdy nie miałem zamiaru, żeby HalfNoise stał się takim szalonym zespołem, który jeździ w wielkie trasy, jak Paramore. Kiedy dołączyłem znowu do zespołu, Hayley i Taylor powiedzieli mi, że uwielbiają to, co robię z HalfNoise i żebym z tego nie rezygnował. Nawet graliśmy kawałek HalfNoise w secie Paramore! Jest taki moment, kiedy wychodzę zza bębnów i śpiewam, a mój techniczny, który jest bębniarzem HalfNoise wskakuje za perkusję i zaczyna grać. Gra on także na perkusjonaliach w Paramore. To niezłe wyzwanie, to podwójna praca, ale kiedy skończymy grać trasę, to zamierzam nagrać nową Epkę i zagrać kilka specjalnych pokazów tu i tam. Młodemu zespołowi i tak chwilę zajmuje, żeby zaistnieć, dlatego jestem wdzięczny, że mogę to jakoś kontynuować. Pozwolę się temu rozwijać i zobaczymy, co z tego powstanie.

Gdyby nie to, że mam teraz Paramore, to podejrzewam, że mógłbym zacząć mysleć o napisaniu czegoś trochę bardziej przystępnego dla HalfNoise, zamiast pozwolić temu iść w jakimś nieokreślonym jeszcze kierunku. To jest naprawdę wspaniałe, że mogę mieć HalfNoise jako taką swoją prywatną odskocznię. Fizycznie nie jestem w stanie teraz jechać w trasę, ponieważ robię coś innego, ale póki co wszystko działa bez zarzutu. Kocham to, to jest coś, co muszę robić dla samego siebie. Uświadomiłem sobie, że to jest dla mnie bardzo istotne, aby wyrazić siebie i pokazać innym, ale jestem rozdarty po środku – ważne dla mnie jest również to, żebym grał na bębnach. Jestem bardzo wdzięczny, że jestem w takim dobrym momencie mojego życia. Wszystko, nad czym pracuję, czyli granie na perkusji, pisanie, jest najlepszym, co mam w moim życiu. Jestem bardzo wdzięczny za to.

Materiał przygotowali: Salemia, Chris Barnes, Artur Baran
Zdjęcia: Joby Sessions