Apostolis Anthimos

Dodano: 16.08.2018
Autor: Maciej Nowak

Perkusista czy gitarzysta? A może po prostu utalentowany muzyk, którego jedną z miłości jest gra na bębnach. Częsty partner perkusyjnych duetów z Jerzym Piotrowskim, kolegą z SBB, gdzie nominalnie pełni rolę gitarzysty. Wydał niedawno solową płytę, na której zagrał takie partie bębnów, że młode pokolenie powinno się uczyć muzykalności i smaku!

Apostolis Anthimos utożsamiany jest we wszelkiego rodzaju publikacjach jako gitarzysta, co patrząc na jego dorobek i umiejętności perkusyjne, jest nieco krzywdzące. Od lat tworzy duety perkusyjne, a przyznać trzeba, że zasiąść na scenie obok Jurka Piotrowskiego i jak równy z równym bawić się rytmem, jest prawdziwym osiągnięciem. Kolejny mało znany wątek perkusyjny to długa współpraca w tym zakresie z Tomaszem Stańko, czyli jednym z niewielu polskich muzyków światowego formatu. Zauroczyć grą na perkusji Pata Metheny? Gitarzysta SBB nie miał z tym specjalnie problemu. Wszystko to bierze się z wielkiej miłości do muzyki i otwartości, ale nie tej poprawnej politycznie. Apo ze świadomością selekcjonuje i wybiera to, co mu się podoba, bo zwyczajnie nie ciąży na nim żadna presja. Ten tak komfortowy status nie wziął się znikąd, jak sam mówi o pracy w SBB, gdzie: „Graliśmy dużo i mieliśmy też coś takiego jak wieczory jazzowe. Józek siadał do fortepianu, ładnie ubrany i graliśmy standardy jazzowe, w pełni na poważnie. Na drugi dzień graliśmy Zeppelinów, kolejnego dnia graliśmy bluesa. Szerokie podejście do muzyki, a nie klapki na oczach jak koń. Jak kiedyś powiedziałem, że nie znam Elli Fitzgerald, to tak mnie opieprzył, że aż mi się płakać chciało.”

Spotkaliśmy się w Bielsku-Białej, gdzie obecnie mieszka i… ćwiczy intensywnie na perkusji, żeby doszlifować swój niewątpliwy bębniarski talent. Na okładce swojej najnowszej płyty Parallel Worlds jest wszakże z gitarą, ale to, co wyprawia tam na perkusji może onieśmielić wielu zawodowych perkusistów! Apostolis gra tam wybornie i nie jest wrzucony w sidła jakiejś techniki. Słychać tam przede wszystkim przekaz muzyczny, a nie kurczowe trzymanie się stylu, czy też warsztat wyszlifowany na jakieś szkole gry. Apo przypomniał wszystkim, że w tej pogoni instrumentalnej, jakiej często doświadczamy, chodzi przede wszystkim o to, żeby słuchacz odczuwał emocje ze słuchania całości, słuchania muzyki, granej przez zespół.

Jak sami będziemy mogli się przekonać poniżej, fenomen młodych muzyków nie jest jakimś współczesnym trendem, wynikającym z pędu świata. Podobnie, jak w zeszłym numerze mówiliśmy o progrockowych mistrzach, niespełna 20-letnich, tak i tu zaczniemy od nastoletniego gołowąsa…

Początki to gitara i pierwsze szlify w celu podniesienia umiejętności: „Zrezygnowałem ze szkoły, bo pojawił się Józek (Skrzek), który powiedział: „Chcesz grać, to ćwicz.” I tak chodziłem wszędzie z tą gitarą, na przystankach, w pociągu, dosłownie wszędzie. Ćwiczyłem trochę bezmyślnie, ale sprawność jakaś tam była. Jak coś kochasz to to robisz, coś jak z dziewczyną, nie schodzisz z niej (śmiech). Tak jest z muzyką, ile jej dajesz, tyle jej oddajesz, ale grając na gitarze myślę o bębnach. Piotrowski robi przebitkę i od razu myślę, że ja bym to zrobił inaczej. To kwestia indywidualnej muzykalności. Robię projekty muzyczne od 1968 roku. W 1970 nastąpiła przerwa, bo Skrzek wziął mnie do siebie na okres próbny, gdzie zostałem aż do teraz (śmiech). Nasze pierwsze nagrania, które można posłuchać na YouTube, to ja, Skrzek, Piotrowski i chyba Irek Dudek – I’m Going Home Alvina Lee. Józek miał taki magnetofon, że można było wszystko puścić dwa razy wolniej i tak próbowaliśmy wyłapać to intro do piosenki. Dalej już mi się nie chciało i dorabiałem swoje, zresztą zawsze tak było z gitarowymi nagraniami. Podłapałem jakąś zagrywkę np. B.B. Kinga, później mogłem budować swoimi drogami, a to dlatego, że byłem leniem.”

Pojawia się wreszcie pierwszy ważny perkusyjny impuls, ale zanim to się stało, wezwała wielka przygoda, zaproszenie młodych muzyków do współpracy przez samego Czesława Niemena: „Czesław Niemen to przepiękna przygoda, jedna z większych. Graliśmy support przed Jackem Brucem, duża trasa po Niemczech, nagranie pierwszej płyty, pierwszej płyty w ogóle. Później granie z Johnem McLaughlinem z Mahavishnu, poszedłem do niego do garderoby, bo byłem zafascynowany, co oni tam wyprawiają na tych nagraniach. Graliśmy na dwie gitary, bo przyznam, że byłem trochę tupeciarz. Pograliśmy jakieś bluesowe formy, później przyszedł Jerry Goodman i mnie „pobłogosławił”. Gnojek byłem, miałem 17 lat. Podczas próby usiadłem za bębny Cobhama. Taki przepięknie nastrojony akrylowy Fibes. Nie mogłem docisnąć stopy (śmiech). Zacząłem sobie pukać i nagle McLaughlin się odwrócił i zaczął się kołysać, czyli dostałem wyraźny sygnał! Coś się dzieje! Trochę z Niemenem pojeździliśmy, fajne festiwale, pierwsza Coca Cola… Wiesz, co to było? Z ciemnej komuny jedziesz do Norymbergi, podchodzisz do automatu, wrzucasz markę i wyskakuje ci pękata buteleczka. Raj na ziemi!”.

Jak Apo opisuje Jerzego Piotrowskiego? „Jurek jest strasznie robotny, jest jak zegarek i ma straszną siłę. Nie mogę przeciągnąć go na swoją stronę, za to on mnie przeciąga, ja próbuję, ale nic z tego. Mam go na scenie z prawej strony, a on ma taką siłę, że tę całą prawą stronę tutaj mam zdrętwiałą od jego werbla. Miał i ma kopa. Pamiętam, że potrafił ćwiczyć po 10 godzin dziennie. Spaliśmy w klubie, nie wychodziliśmy, graliśmy od rana do wieczora. Pierogi ruskie, kefiry i do roboty.”

A jak pojawił się temat słynnej gry na dwa zestawy perkusyjne? „Jurek nigdy nie pozwalał mi grać na swoich bębnach i mnie opier*alał! Zawsze te bębny pakował po próbie. Dlatego przychodziłem wcześniej albo wychodziłem później z próby, rozpakowywałem te bębny, nagrywałem sobie, dogrywałem gitary i później pakowałem je z powrotem tak, że nie wiedział, że na nich grałem. Trwało to do czasu, aż matka kupiła mi bębny. Postawiłem je na scenie obok zestawu Piotrowskiego i tak zaczęło się granie na dwa zestawy. A że było widowiskowo, Józkowi się podobało, to Jurek nie mógł już nic powiedzieć. Pojechaliśmy z Paulem Wertico na Węgry. Pojechaliśmy na próbę i producent nam mówi: „A gdzie są drugie bębny? Ludzie na to przychodzą!”. Ludzie lubią cyrk. A i ja to lubię, to granie na dwa zestawy. Czasami, jak nie są rozstawione dwa zestawy, to myślę sobie, kurczę, dlaczego mi to zabieracie. Ten show musi być jednak w dobrym tonie.”

Przyszedł ostatecznie moment, kiedy w 1980 muzycy SBB się rozstali. „Józek (Skrzek) jest genialnym muzykiem, co do tego nie ma wątpliwości, wku*wiał mnie często, ale ja też byłem ciężki w studio. Graliśmy wtedy z Piwowarem na drugiej gitarze. Sławek był świetnym muzykiem, kleił się do wszystkiego i łapał w mig. Józek mi mówi: „Z Piwowarem to idzie zagrać, a z tobą nie!”. No to jak nie, to nie, któryś już raz w SBB wziąłem walizki i do widzenia. Za trzy dni dzwoni do mnie, że trzeba postawić kropkę nad i, no to przyjechałem i dograłem to solo na koniec Memento z Banalnym Tryptykiem. Wyróżnialiśmy się jako zespół z tego wszystkiego, co było w Polsce dookoła, ale tak samo Niemen, jak i Skrzek obaj zawalili szansę, jaką mieliśmy na Zachodzie.”

Lata 80 to poszukiwanie siebie i wspólna gra z Tomaszem Stańko. „Miałem później też i swoje własne kryzysy, łącznie z zakazem słuchania muzyki, a gdy dostałem gitarę z powrotem do ręki musiałem niemal wszystkiego uczyć się od nowa. Stańko to przepiękna przygoda, także jedna z ważniejszych. Tak, jak Józek był bardzo surowy, tak Stańko mówił ‘graj, co chcesz’, miał do mnie zaufanie. Obojętnie, co zagrałem, to mu się podobało, co z jednej strony było budujące, a z drugiej… Ja zawsze miałem wąty co do siebie, trzeba mieć dystans co do swojego grania, dopiero później można powiedzieć, że nie było źle, bo w danej chwili nie jest tak ładnie. Na początku lat 80 nagrałem płytę z Krzakiem i na próbę przyszedł właśnie Stańko. Graliśmy w Remoncie (klub), a Stańko ćwiczył sobie na górze. Potem zadzwonił do mnie i powiedział, żebym zrobił mu zespół. Pierwszy koncert zagraliśmy Stańko, Kawalec, Szczurek, Piotrowski, no i ja, ale koncert potrwał 20 minut… Szkoda mówić. Do Stańki przesłuchiwany byłem na bębnach, gitarze i na basie. Sprawdzał, co ja mogę, a widział, że coś mogę. To zaowocowało płytą C.O.C.X., później płyta Lady Go, gdzie znów grałem na gitarze i bębnach. Na czwartej płycie nagranej w Grecji grałem na gitarze, basie i bębnach.”

Wzrastała chęć gry na bębnach, którą najlepiej i najefektywniej zrealizować poprzez wzajemne granie na scenie. „Wszędzie, gdzie się da, wsiadam za bębny. Przyjechali Steve Grossman, Dave Liebman, siadłem za bębny na dżemie to przegonił mnie Władek Jagiełło „Co ty tu, mały!?” (śmiech). Z Bronkiem Suchankiem, jak grałem w Krakowie, to kazał mi zwolnić, bo za szybko było. Wszędzie, jak były dżemy, to ja miałem azymut na bębny.”

Na początku lat 90 pojawia się drugi ważny perkusyjny impuls, który obrósł już legendą, czyli Pat Metheny na gitarze i Apostolis na perkusji. „Dostałem cynk, że Pat Metheny ma mieć jam session i mam jechać do Warszawy. Marcin Pospieszalski wpisał mnie na listę, bo każdy chciał. Kolejka była taka, że w końcu Pat się wkurzył i sam usiadł za bębny, pięknie grał. Wreszcie mała przerwa, wciąż stałem w kolejce i wreszcie dorwałem się do tych bębnów. Pat nie był jakoś zadowolony, ale zagrałem kilka taktów i Pat odwraca się i krzyczy: „Wow, great!”. Poczuł. Graliśmy ponad 40 minut, a później przez dwa dni o mnie w radio mówił. Koledzy słyszeli, żona słyszała, że jest tu jakiś Grek, Polak, nie wiadomo i świetnie gra na bębnach. Grał koncert w Hali Gwardii w Warszawie, zjechała się cała śmietanka muzyczna, Stańko, Dutkiewicz… Schodzi Pat Metheny, wszyscy w niego wpatrzeni, a on wskazuje na mnie i mówi, że „this man plays very good drums (ten facet gra bardzo dobrze na bębnach). A Dutkiewicz do niego: „He is a guitar player!” (on jest gitarzystą). Dostałem tym samym kopa na zrobienie płyty. Niestety, Pat nie mógł zagrać na płycie, bo był zobligowany do wydawcy. Na płycie Wertico tak się pojawił, że podpisali go „You know who”. Taki kontrakt. Ale powiedział mi, że dam radę, bo puszczałem mu swoje nagrania i zmotywował mnie tym, co powiedział, że dobrze gram na gitarze. Zebrałem te wszystkie impulsy motywacyjne i nagrałem najszybciej płytę. Zrobiłem to w 9 godzin. Z miksem w 16 godzin. Facet, który nas nagrywał, wychodził, włączał i wychodził, później usiadł i wszystko na świeżo zrobił. Nie był zmęczony tymi dźwiękami.”

My, bębniarze, jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że bębny wiążą się z dużą dawką różnorodnych ćwiczeń. „Nie jestem edukowanym muzykiem, nie mam edukacji muzycznej. Poza tym byłem, jak to się mówi – odporny na wiedzę, a dokładniej to uczyłem się tylko tych rzeczy, które mnie interesowały. Jak pojawiał się pianista i pokazywał ciekawe rzeczy, to czerpałem, a jak już coś innego, to niespecjalnie. Tak to się u mnie odbywa. Sumiennie na bębnach nie ćwiczyłem, ale szukałem w Grecji pracy na bębnach. Grałem na przeszkadzajkach, orientuję się w timbalesach, congach. Nawet na SBB, na płycie Iron Curtain, gramy we dwóch z Gaborem Nemethem, on na bębnach, a ja na congach i timbalesach. Miałem coś takiego, że co dotykałem to mnie wyrzucali z instrumentu (śmiech). „Zejdź mi z tego piana! Przestań grać!”. Chciałem żyć i być w muzyce, kąpać się w niej, bo dla mnie jest to najpiękniejsze, co może być w tych niewidzialnych dźwiękach. Tak, jak plastycy malują, my też malujemy i tego nie widzimy, ale słyszymy. Tak mi się przynajmniej wydaje. Pracuję, rozgrzewam się, Krzysiek Dziedzic pokazuje mi różne rzeczy, ponieważ to czynny bębniarz, ja czynnym bębniarzem nie byłem. Zagrałem na kilku płytach. Teraz po dwie godziny dziennie sobie gram. Krzyśkowi mówiłem, że po sześćdziesiątce przechodzę na bębny, a on się ze mnie śmieje i nazywa mnie amatorem (śmiech). To bardzo kreatywny bębniarz.”

Czy to, że Apostolis wie, co chce usłyszeć, jak ma to wyglądać i brzmieć, wiąże się z byciem perfekcjonistą? „Nie jestem perfekcjonistą. Chciałbym dobrze grać, do tego będę dążył, wprawdzie za młody nie jestem, ale jeszcze trochę pociągnę, chociaż już paru zeszło w moim wieku. Duchem jestem młody, jak gram z SBB to dopóki w lustro nie spojrzę – czuję się jak nastolatek. Chciałbym rozwinąć technikę i motorykę, chciałbym panować nad tym instrumentem, chciałbym mieć tę lekkość. Ocieram się o bardzo dobrych muzyków. Grałem razem z Paulem Wertico, grałem z Piotrowskim, grałem z Dziedzicem. Ciężko wskazać kogoś, z kim mógłbym zagrać na scenie tak, żeby mnie nie zakartoflował. Podchodzę do tego z pasją, podsłuchując geniuszy, jak Elvin Jones, Jack DeJohnette, Tony Williams, a wśród tych obecnych, jak Brian Blade czy Marcus Gilmore, wnuk Roya Haynesa. Ciarki mi wciąż przechodzą na dźwięk muzyki, chcę być dzieckiem do końca (śmiech). Tak, jak odbierałem to za młodu, a podejrzewam, że pierwszym instrumentem były pałki. Mam teraz najlepsze bębny na świecie. To Gretsch Custom, który kupiłem w 1993 roku. Po tym, jak dostałem kopa od Pata.”

Nasuwa się pytanie o talent, termin ostatnio często podważany, szczególnie przez perkusyjnych mistrzów warsztatowych, którzy starają się wmówić, że wszystko da się wypracować. „Talent musi być, jakiś minimalny, ale musi być. Nagrałem płytę w Grecji „Theatro”, ze Skoliasem na wokalu. Na perkusji gra tam wybitny bębniarz, który zaczął później uczyć ludzi. Opowiada mi, że przychodzą czasami do niego ludzie, którzy nie mają kompletnie talentu i nie wie, co ma z nimi zrobić. Mówię więc, żeby się ich pozbył, bo zmarnuje im życie. Jak będzie dawał nadzieję, że potrafią to może przerodzić się w kalectwo, bo przecież on może być świetnym matematykiem, fizykiem, kimkolwiek, ale on jeszcze o tym nie wie. To jest to! Delikatnie, żeby nie urazić, ale trzeba do tego tak podejść.”

Kariera muzyka to już 50 lat aktywności scenicznej, tysiące koncertów, setki nagrań studyjnych i live. Zawsze przychodzi ten moment, gdzie człowiek się zastanawia nad tym, co mógł zrobić lepiej. „Niczego nie żałuję. Wszystko mnie budowało, nawet, jak w Grecji dostawałem wpier*ol, to dostawałem kopa motywacyjnego. Nie czytałem nut, więc było ciężko, ale miałem wsparcie od muzyków, którzy wiedzieli, że coś tam potrafię. Jeździłem po całym świecie z taką grecką gwiazdą Jorgos Dalaras, miejsca typu Australia, Nowy Jork, bardzo poważne tematy. Byłem takim… Jak to nazwać… Chłopcem od wszystkiego. Jak trzeba było zagrać na bębnach, to grałem trochę na bębnach, a później na gitarze. Było parę przykrości, było parę fajnych rzeczy, naprawdę niczego nie żałuję. Czuję się bogato, czuję się spełniony, naprawdę nie mam na co narzekać. Czuję się jak muzyk spełniony. Tam, gdzie grałem, zostawiałem po sobie ślad, po którym nie ma wstydu. Nie wstydzę się żadnej płyty, którą nagrałem.”

Apostolis emanuje spokojem wymieszanym z pewnością siebie. Długa droga, jaką przebył, doprowadziła go do tego, kim jest teraz. Konsekwencja była jednym z ważniejszych elementów całej tej życiowej układanki. „Stańko zawsze mi podpowiadał – rób swoje. Sam teraz każdemu mówię, by nagrywać swoje płyty, nagrywać swoje wizytówki. Co robię? Proszę, oto moja płyta! Bębniarz nie może być liderem? Pewnie, że może być! Mało ich wkoło? Nie tylko fusion i jazz. Perkusiści rockowi też mogą mieć swoje zespoły, zobacz Marek Kapłon z TSA nagrał fajną płytę z własnym zespołem (zespół Opiłki). Trzeba być konsekwentnym i systematycznym. Jestem teraz bardziej systematyczny. Oprócz tego, że trochę pobiegam i pogram w tenisa, to jestem wciąż wokół muzyki. Pogram na gitarze, pianie, na padzie pałkami.”

Własne tempo życia i nie dać się zaszczuć sztucznymi wartościami. „Pędzimy za tym wszystkim, tu pożyczka, tam pożyczka, dom, basen i nagle człowiek leży. No i co? Na co mi to wszystko? Koledzy młodsi ode mnie padają. A ja chcę sobie pożyć, chcę spokojnie spać, nie mieć żadnych pożyczek, jedynie auto sobie dobre kupiłem, bo dużo jeżdżę i chcę czuć się bezpiecznie. Ktoś mnie zaprosi, to sobie jadę zagrać.”

Rozmawiał: Maciej Nowak
Foto: Robert Wilk

Powiązane artykuły