Maciej Mustafa Giżejewski

Dodano: 23.08.2018
Autor: Wojtek Andrzejewski

„Powiedzmy, że od 18 do 28 roku życia intensywnie uczyłem się grać prawie tylko na congach. Po 10 latach grania wydawało mi się, że gram naprawdę nieźle. No właśnie, wydawało”. Z Maciejem Giżejewskim rozmawia Wojtek Andrzejewski

Wojtek Andrzejewski: Podobno w dzieciństwie ciężko było cię nie usłyszeć.

Maciej Mustafa Giżejewski: Dokładnie tak (śmiech). Od dziecka interesował mnie rytm. Stukałem we wszystko, co wydawało ciekawe dźwięki. Byłem uciszany na każdym kroku. Do momentu, kiedy w 2001 roku jako 16-latek trafiłem na warsztaty bębniarskie Zbyszka Łowżyła, znanej postaci w poznańskim środowisku muzycznym. Totalnie zmiażdżył i oczarował mnie tym, co można wydobyć z bębna. Zagraliśmy w mieście na paradzie i wtedy poczułem, że bębny to moje przeznaczenie. Odkryłem ich ogromną moc i to, jak dużo energii potrafią dawać ludziom. Wiedziałem już, co chcę robić do końca życia...

Ty wtedy słuchałeś hip-hopu.

Dużo słuchałem hip-hopu opartego na samplach funkowych. Bujający beat oraz rytmiczna nawijka MC to były moje pierwsze inspiracje rytmiczne. Mój świat się zmienił, kiedy usłyszałem koncert zespołu Drum Machina, grającego multiperkusyjny ethno... po prostu szał. Zacząłem chodzić na regularne warsztaty, prowadzone przez lidera DM w stylu STOMP czy Safri Duo. To było niesamowite Laboratorium Pulsu i Rytmu. Wtedy nie było serwisu YouTube, a Internet też nie był tak powszechny, jak dziś. Wzorców i autorytetów szukałem w „realu”. Po dwóch miesiącach przygody ze światem rytmów, coraz swobodniej muzykowałem w domu.

A co na to sąsiedzi?

No właśnie... (śmiech). Moim sąsiadem z parteru okazał się rastaman o ksywie „Guzik”, który słyszał, co robię, a był kultową postacią w poznańskim środowisku bębniarzy. Uczył się u Słomy i od słowa do słowa zapoznawał mnie ze światem bębniarskich freaków. Wtedy jeszcze nie funkcjonowało wśród nas pojęcie „perkusjonista”, które umacnia się m.in. dzięki waszemu pismu. Byliśmy freakami, a branża nazywała nas przeszkadzajkarzami.

Zacząłeś chodzić z Guzikiem na jam session?

Tak! Do Palmiarni. Wyobraź sobie, za oknem śnieżna zima, a w środku afrykański klimat. Palmy, kaktusy, papugi i magiczni ludzie z różnymi bębnami z całego świata. Garstka znajomych podróżników, kulturoznawców, artystów z ASP. To był dla mnie fascynujący świat. Kiedy w sklepach muzycznych były w większości gitary, tam spotykali się muzycy, którzy mieli bębny z każdego zakątka globu i chętnie dzielili się wiedzą oraz rytmami przyniesionymi ze swoich podróży. Czerpałem garściami i uszami.

Miałeś już wtedy jakiś instrument?

Tylko gliniany bębenek, przywieziony przez rodziców z Jarmarku Dominikańskiego. Nie miałem profesjonalnego instrumentu. Ale dzięki tym spotkaniom udało mi się szybko poznawać tajniki gry na djembe, darbuce, congach, udu, chekere i wielu innych. Po kilku miesiącach grania rodzice przywieźli mi z Indonezji bęben djembe. Od tamtego czasu gdziekolwiek w moim mieście były bębny, tam byłem i ja (śmiech) i starałem się grać wszędzie, gdzie się dało. Rozpocząłem bardzo intensywny czas nauki z różnymi instrumentami i rytmami. Głównie za sprawą Zbyszka Łowżyła, który uczył nas, że jeśli czujesz puls i rytm, możesz wzorem muzyków z zespołu STOMP grać na wszystkim. Od 2001 do 2009 roku organizował on festiwal Muzyka Świata. Poznałem na nim niesamowitych muzyków – m.in. rosyjsko-izraelskiego multiinstrumentalistę Borisa Sichona, który grał genialnie na... wszystkim (śmiech). Dudy, darbuka, trąbka, tabla, santur, didjeridoo nie miały dla niego tajemnic. Do tego śpiewał i tańczył. Największe wrażenie robił na mnie, kiedy grał na grzechotkach Cas Cas i kastanietach Kartal. To dzięki niemu zakochałem się w hand percussion. Na 18 urodziny, w ramach prezentu od rodziców, ściągnąłem zza oceanu kilkanaście książek o rytmach kubańskich, brazylijskich, obrzędowych Santerii i Vodou, wojennym bębnie Ewe i zacząłem pochłaniać nuty, a poznawanie świata percussion okazało się o niebo łatwiejsze.

Książki... Dziś młody człowiek wchodzi na YouTube i wszystko wie...

To jest bardzo złudne. Młody człowiek, który chce grać na bębnach, powinien szukać dobrego nauczyciela. Na YouTube ma do dyspozycji wirtuoza gatunku, który miesza style, gra nowocześnie, ultraszybko i... Może zainspirować, ale nie do końca daje szansę, żeby ktoś się z takiego filmu czegoś nauczył – tak gruntownie, jak od nauczyciela. Instrument perkusyjny metodologicznie w procesie nauki nie różni się niczym od np. skrzypiec. To nie jest tak, jak się wielu wydaje, że odpalą sobie filmik na YT i 1, 2, 3 – gram! Najpierw należy nauczyć się podstaw – wydobywać ton, przyjąć prawidłową posturę i odbębnić setki godzin samemu i z innymi. Nauczyć się tradycyjnych podstaw gry na instrumencie, a dopiero później tego, co robi wirtuoz z YT w wykreowanym przez siebie stylu. Dom trzeba stawiać na solidnych fundamentach, inaczej prędzej czy później będziemy musieli wrócić do początku.

Przykład?

Mój! (śmiech) Powiedzmy, że od 18 do 28 roku życia uczyłem się grać prawie tylko na congach. Od Polaków, Niemców i Kubańczyków. Po 10 latach grania miałem wrażenie, że gram naprawdę nieźle. Tak mi się wydawało do czasu, kiedy trafiłem na mistrza – Marvin Diz. Z Nowego Yorku przyleciał do Nowogardu i tam spotkaliśmy się na lekcje. Przy bębnach poprosił, żebym coś zagrał. Wypociłem jakieś solo. On posłuchał i powiedział: „Bueno, no to zacznijmy od początku”. Po czym zagrał uderzenie otwarte tak, że aż łza pociekła mi po policzku. Czyżbym zmarnował ostatnie 10 lat grania po parę godzin dziennie? Na szczęście dzięki lekcji z Marvinem moje granie nabrało sensu i wszystko poukładało się na swoim miejscu. Wtedy przypomniała mi się pierwsza lekcja gry z Ariel Silva Valdes, który gdy zobaczył, jak gram, powiedział: „W Polsce bębniarze głaszczą bębny jak małego kotka! Jeśli chcesz grać jak Kubańczyk to musisz zabić rękę na bębnie!”.

Pewnie krew tryskała aż miło!

Oczywiście! Nie zapomnę do końca życia koncertu, na którym zabiłem prawą rękę... Dosłownie (śmiech). Było to podczas koncertu z wielką kubańską orkiestrą Omni Con Ire, przez którą miałem na congach przebić się akustycznie. Pod koniec koncertu wysiadła mi prawa ręka. Była cała sina, popękana i zakrwawiona. Ostatnie dwa numery dokończyłem lewą ręką, która jeszcze żyła, choć też ledwo.

No, ale powiedz, czy trzeba tak tłuc, żeby zabić rękę na bębnie? Czy handdrumming musi wiązać się z tymi bolesnymi przykrościami? Kartą stałego klienta u ortopedy? Ja np. lubię grać na djembe lekko...

Oczywiście, że nie trzeba, ale w świecie Hand Drummingu są dwa zasadnicze style gry. Styl tradycyjny i nowoczesny, czyli własny, taki, jaki potrzebujesz do swojej sytuacji muzycznej. Możesz w nim grać nawet kolanem i nikogo to nie będzie obchodziło. Ale jeśli grasz tradycyjnie, to musisz dostosować się do konkretnego poziomu wykonawczego np. Afrykańczyków czy Kubańczyków. Oni reprezentują nieopisany poziom mocy uderzenia. Tego nie da się wyrazić słowami. Trzeba po prostu pójść na koncert i to przeżyć. Uwierz mi, zastanawiasz się wtedy, czy bęben w który oni uderzają, przetrwa występ. Wiąże się to z tym, że w afrykańskich wioskach czy na ulicach Kuby paru bębniarzy za pomocą akustycznych, nienagłośnionych bębnów ma wygenerować podobną moc decybeli, co nagłośniona impreza techno. Inaczej nikt nie będzie tańczył, a występ zostanie określony jako słaby.

Grasz i nagrywałeś z poważnymi artystami. Stanisława Celińska, Danza del Fuego, Stanisław Soyka, Krzysztof Ścierański, Magda Navarrete, Vibraslap z Trilokiem Gurtu i wielu innych artystów. Kiedy pasja zmieniła się w zawodową sytuację? Pamiętasz ten moment? Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem i chyba już nie przeżyję (śmiech). Co się wtedy czuje?

Pamiętam, że odkąd tylko zacząłem grać, mając 16 lat, wiedziałem, że skoro wirtuozi zaczynali grać w wieku 3 lat to mam bardzo dużo do nadrobienia. Dlatego starałem się grać codziennie. Chociaż po parę minut, na czymkolwiek. Jeśli nie mogłem grać to słuchałem godzinami nagranej na kasetach (sic!) kultowej audycji – „Uchem Po Mapie”. W liceum grałem przy każdej okazji. Podczas grania w Palmiarni „odkryli” mnie Piotr i Barbara Myszkowscy, z którymi nawiązałem przyjaźń oraz kilkuletnią współpracę przy okazji oprawy wernisaży w ich Galerii Wielkiej. Muzycy, którzy przychodzili do Galerii, zaprosili mnie na jazzowe jam session do Piwnicy 21. Tam bębniarz Bartek Krawczak polecił mnie zespołowi flamenco Sławka Dolaty. 1 maja 2005 roku zagrałem z nimi mój pierwszy profesjonalny i dobrze płatny koncert. Poczułem, że spełnia się mój wielki sen. Rzuciłem karierę arabisty, nauczyłem się hiszpańskiego i zacząłem uczyć się grać flamenco.

Jesteś edukatorem. Jakie błędy popełniają ludzie, którzy uczą się gry na instrumentach percussion?

Często ludzie zamykają się tylko na jeden instrument lub styl, nie interesując się niczym innym. Można w ten sposób poczynić bardzo szybkie postępy w bardzo wąskiej specjalizacji, ale wcale nie oznacza to, że staniemy się dobrymi muzykami. A to właśnie granie MUZYKI – każdej, bez granic, z wyczuciem i smakiem, powinno być celem każdego instrumentalisty.

Ale może stoją za tym względy ekonomiczne? Instrumenty są drogie...

Przecież nie każę ich wszystkich od razu kupować. Dobrze się starać docierać do ludzi, którzy je mają i potrafią dobrze na nich grać. Wiele technik gry uzupełnia się wzajemnie, a kontakt z jednym instrumentem zmienia nasze podejście do drugiego. Niemniej jednak mając tylko jeden instrument np. cajon, możemy adaptować techniki tzw. open hand z kong czy djembe lub fingerstyle z bębnów orientalnych. Możemy dodawać rasgueado z gitary czy tremolo z fortepianu. Nie ma granic – ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia. Do tego warto być jak najbardziej osłuchanym z jak największą ilością styli muzycznych, żeby zawsze móc się odnaleźć w każdej sytuacji. Bez tego staniemy w jednym punkcie, a za pomocą instrumentu można daleko podróżować.

Jakie podróże zalecasz?

Podróże na wszelkie warsztaty perkusyjne, które otwierają ludziom głowy. Podróże na jam session, gdzie można na żywym organizmie wdrażać to, czego się uczymy. Jeśli z warsztatem przyjeżdża metalowy bębniarz – idziemy! Jazzowy – idziemy! To wszystko później także zaprocentuje nam w grze na instrumentach perkusyjnych. Na swoich warsztatach staram się, żeby ludzie poczuli energię instrumentu i wykorzystali ją do wyrażenia swojej indywidualności oraz skomunikowali ją z otaczającym ich światem. Muzyka jest niezwykle uniwersalnym językiem. Sposobem komunikacji docierającym do głębi człowieka, do której nie dotrą żadne słowa.

Jacy artyści cię inspirują? Kogo młodzi ludzie, łapiący za perkaszyny, powinni słuchać?

Lista jest gigantyczna, ale moi idole, na słuchaniu których się wychowałem to Airto Moreira, Kahil El’Zabar, SŁOMA, Giovanni Hidalgo, Zakir Hussain, Glen Velez, Pete Lockett, KODO, Yoruba Andabo, Ojos de Brujo, Israel „Pirańa” Suarez, Mamady Keita, Fela Kuti, Layatharanga, Karim Ziad, Carter Beauford, Jojo Meyer, Carlinhos Brown... Mógłbym wymieniać bez końca!

MACIEJ „MUSTAFA” GIŻEJEWSKI – Cajonista, conguero, perkusjonista i perkusista. Współpracował m.in. z Trilok Gurtu, Stanisława Celińska, Stanisław Soyka, Bubliczki, Krzysztof Ścierański, Panagiotis Andreou, Ramesh Shotam, Giridhar Ghatam Udupa, Julio Davalos, Cheb Miloud, Magda Navarrete, Vibraslap, Lanaya oraz solistami i zespołami z Maroka, Kuby, Senegalu, Brazylii, Indii, Algierii, Hiszpanii, USA i Chin. Jego pasją jest wszystko, co perkusyjne, pełne życia i emocji. Akompaniował na zajęciach z folkloru afrokubańskiego na większości festiwali w Polsce, jak i na Barcelona Guaguanco Festival 2012 takim tancerzom, jak Julio Manguero, Yeni Molinet, Hector Oviedo Abreu, Yoannis Tamayo, Jorge Camaguey, Danger Rodriguez, Eryk&Martyna.

Zdobywca 3 tytułów rekordu Guinnessa z Republiką Czadu Zbyszka Łowżyła (2007, 2008, 2010) i 4 miejsca w 2ndo Concurso De Cajon Barcelona 2009. Od 2009 roku jest kuratorem Festiwalu Perkusyjnego Korzenie Rytmu oraz warsztatów taneczno-muzycznych Corazon Rumbero. Z zamiłowania etnomuzykolog i kolekcjoner wiedzy i umiejętności perkusyjnych. W 2011 roku odbył dwie muzyczne podróże do Maroka, podczas których miał okazję grać wesela i ceremonie transu z lokalnymi mistrzami muzyki tradycyjnej. Na przełomie 2013 i 2014 miał okazję pojechać w 3-miesięczną trasę koncertową z latynoskim zespołem Ocho Punto G po Irlandii i Maroku.

Prowadził warsztaty bębniarskie w szwedzkim mieście Umea (Europejskiej Stolicy Kultury 2014) w ramach programu „Dziecko Potrafi”, a jego sylwetka jest przedstawiona w rosyjskim filmie dokumentalnym o sambie na świecie „Brasilomania”.

Razem ze swoim zespołem Drum Work współtworzył oprawę muzyczną do spektaklu coachingowego Życie Bez Ograniczeń 2015 m.in. z Nick Vujcic i Les Brown dla 40 tys. widzów na pełnym stadionie Inea Poznań, prowadził udane bicie rekordu Guinnessa podczas festiwalu Tarnobrzeg S16 (2016), uświetnił Festival City Manama w Bahrainie (2017) oraz nagrał płytę z gośćmi z Senegalu. Aktualnie koncertuje ze Stanisławą Celińską, z którą nagrał dwie plyty „Atramentowa”. Płyta pokryła się platyną jako najlepiej sprzedająca się płyta 2015 roku, a Celińską okrzyknięto polską Cesarią Evorą. W 2017 odbył muzyczną podróż do Stambułu, gdzie uczył się sztuki tureckiej darbuki od mistrza Hakan Kaya oraz nagrał płytę w Palestynie w ramach projektu „Voices And Bridges” z młodymi muzykami klasycznymi z Nablus. Intensywnie studiuje cajon flamenco, conga, djembe, darbuka i perkusję, a swój groove uzupełnia instrumentami – afrokubańskimi (bongo, timbales, bata), – brazylijskimi (pandeiro, surdo, repinique, timbau, caixa), – afrykańskimi (dunun, sabar, tama, calebasse, udu), – obręczowymi (kanjira, tof miriam, riq, bendir, tamburello), – perkusjonaliami tradycyjnymi i zrobionymi z recyclingu (shakery, caxixi, cabasa, chequere, chocalho, ago-go, campana etc).

Źródło: afropolski.pl
Fot. https://www.facebook.com/MustafaAfropolski/