Andrzej "Pejo" Sieczkowski

Dodano: 18.10.2018

Z perkusisty stał się perkusjonistą. Specyficznym, bowiem jego zestaw nie składa się z klasycznych perkaszynów, spotykanych u muzyków, grających np. Latin. 

U „Peja” z L.Stadt między tomy a bongosy wpadają shakery, chimesy, tomy od zestawu i elektronika. Marzy o congach, ale trochę ich nie lubi, a inspirują go... syntetyczne polirytmie zespołu Autechre, które przekłada nad perkaszyny...

Wojtek Andrzejewski: Od kilku lat obserwuję rozwój sekcji rytmicznej zespołu L.Stadt i zastanawiam się, jak to się stało, że z perkusisty stałeś się bardziej perkusjonistą? I to też specyficznie grającym. Czujesz się bardziej perkusistą czy perkusjonistą?

Andrzej Sieczkowski: Muzyczną drogę zaczynałem od perkusji. Nadal nim jestem, bo często ćwiczę na zestawie, ale w zespole na przestrzeni kilku ostatnich lat dokonała się pewna ewolucja w sekcji. Mamy zestaw perkusyjny, na którym podstawę groove’u gra Piotr Gwadera i mój zestaw... Chciałbym powiedzieć „percussion”, ale to nie jest do końca taki klasyczny set „percussion” – z bębnami conga, firanką etc. Owszem, mam przy nim wiele perkusjonaliów – shakerów, cowbelle, bongosy, ale też tomy od perkusji, werbel. Taki podział sprawia, że trochę zmienia się myślenie w kapeli. Mój zestaw pogłębia sonorystykę, pozwala zabarwiać, Piotrowi koncentrować się na innych partiach grania, a mnie na innych. Ten podział u nas bardzo dobrze się sprawdza.

Widziałem na koncercie, że dużą rolę w twojej partii odgrywa shaker.

Uwielbiam ten instrument. Jest bardzo niedoceniany, a tą „grzechotką” można nieprawdopodobnie napędzać muzykę... To jest bardzo potężny instrument, mimo, że wygląda zwykle niewinnie. L.Stadt wychodzi od muzyki bluesowo-rockowej. Z racji tego, że w naszym brzmieniu bardzo ograniczyliśmy obecność talerzy, shaker niesie u nas drive. Niesie groove do przodu. Często dokładam go jako dopełnienie do werbla Piotra albo gram na „i”. Trochę szamanizm się w tym pojawia... (śmiech).

Dlaczego zdjęliście blachy z brzmienia?

Zmiana następowała etapami. Na początku dominował u nas hałas i unisony w bębnach. Później trochę przestawiliśmy się na elektronikę i spokojniejsze grania oraz myślenie o brzmieniu, przypominające takie, jakie można spotkać w orkiestrze. Zaczęliśmy grać partiami. Do tego, by zdjąć blachy, przyczynił się także problem naszego lidera ze słuchem – Łukasza Lacha. Musieliśmy grać ciszej, bez pewnych częstotliwości. Zaczęliśmy szukać kolorów, czyli perkaszynów. Pojawiły się chimesy, triangle, tamburyna i shakery. W różnych polirytmicznych wariantach, które w efekcie zaczęły brzmieć ciekawiej niż blachy.

Domyślam się, że akustycy na waszych koncertach się nie nudzą. Nagłośnić dwa zestawy...

Na początku tak nagłaśnialiśmy sekcję rytmu na dwa zestawy, że monofonizowaliśmy nagłośnienie. Wszystko leciało jednym strumieniem. Teraz dbamy o to, żebyśmy byli nagłośnieni bardzo szeroko. Zwłaszcza mój zestaw jest rozbity w panoramie. Dzięki temu nasz odbiorca zauważa to, że w muzyce pojawiają się różne instrumenty. Jest to wyraźne, że wchodzi wspomniany shaker czy inne perkaszyny.

Np. Wood Block. Widzę, że mocno kombinujesz z grzechotkami.

Taka praca (śmiech). Ale głównie wielka radość odkrywania różnych brzmień. Perkaszyny, ale i w ogóle instrumenty akustyczne, są jak substancje chemiczne. Świetnie brzmi werbel z tamburynem i naciągiem „na szmatę”. Wood Block to również genialny instrument. Przebija się przez masę dźwięków. Świetnie zastępuje werbel...

...jak i kilogramy elektronicznych brzmień.

No tak, jest Octopad na pokładzie, sampler, Roland SP-404. Trzeba ubarwiać także prądem... (śmiech).

Czyli ty jesteś takim perkusjonistą trochę hybrydowym.

Można tak powiedzieć, choć czuję się także perkusistą... To skomplikowane (śmiech). Pewnie zauważyłeś, ale też specyficznie gram na tym moim zestawie, który to ani rasowym setem a’la Latin nie jest, ani koktajlowym combo. Nie gram dłońmi, tylko pałkami. Mam taki trochę orkiestrowy styl grania. O! Gram na zestawie orkiestrowym w myśleniu rockandrollowym! (śmiech).

Jak ćwiczysz?

Lubię koncentrować się na brzmieniu, dlatego dla przyjemności zajmuję się jednym instrumentem np. bongosami. Często też gram na zestawie perkusyjnym, bo gdzieś trochę brakuje mi tej stopy.

A na próbach?

Często korzystamy z bardzo małej ilości instrumentów. To zmusza do kreatywności. Czasami gram próbę na shakerze, jednym tomie i tamburynie. Trzeba umieć się znaleźć, a to często pozwala opracować coś nowego.

Którzy muzycy cię inspirują?

Lubię muzykę elektroniczną. Staram się ją przełożyć na instrumenty perkusyjne. Ale nie mówię tutaj np. o brzmieniach drum’n’bass, tylko o polirytmicznych zdarzeniach. Inspiruje mnie zespół Autechre. Świetna formacja z Rochdale w Wielkiej Brytanii. Warto zapoznać się z ich połamanymi strukturami rytmicznymi. Staram się przekładać je na mój warsztat.

U kogo się uczyłeś grać?

Raczej szukałem inspiracji. Byłem stałym bywalcem różnych warsztatów perkusyjnych, których prowadzący otwierali mi głowę na muzykę i wbijali do niej, że perka to jeden z wielu elementów dzieła muzycznego, a nie solowa sytuacja. Uczyłem się trochę u Łukasza Żyty.

Jakich instrumentów ci brakuje?

Od niedawna marzę o bębnach conga. Sporo używałem ich brzmień, których zresztą… Trochę nie lubię...

Marzę o congach, ale ich nie lubię. Możesz rozjaśnić, bo to skomplikowane...

No mówiłem, że skomplikowane... (śmiech). Te bębny świetnie sprawdzają się w kanonach etnicznych, w muzyce kubańskiej, soulu etc. W brzmieniu muzyki rock’n’rollowej – nie bardzo. Mimo wszystko chciałbym nauczyć się dobrze na nich grać. Mam nadzieję, że kiedyś kupię sobie ze dwa bębny i posiedzę nad nimi na poważnie, a nie z doskoku...

A kiedy u ciebie na poważnie pojawiło się granie?

Jeszcze przed L.Stadt. Jako nastolatek grałem na perkusji i czułem, że to jest moja droga. Z perspektywy prawie czterdziestolatka patrzę na to dziś tak, że moje wcześniejsze wybory – studiów, tego, by nie wyjeżdżać z miasta, bo tu jest zespół, zmotywowane były właśnie graniem. Robieniem muzyki. Zawsze było to coś, co najbardziej lubię robić. Nie traumatyzowałem tego. Nigdy nie katowałem się ani muzyką, ani podejściem do instrumentu. Tworzenie powinno być radością, taką samą jak uczenie się.

Jakiś rygor na próbach obowiązuje?

Próby L.Stadt to wspólne spotkania w luźnej, kreatywnej atmosferze. Znamy się dobrze, wiemy, czego od siebie oczekujemy. Owszem, mamy różne zadania do wykonania, ale nie jesteśmy kapelą, która ma jakiś żelazny grafik – wtorek, środa, piątek na sali i tyrka, tylko raczej samodzielnie myślimy nad projektem, a na próbach go sobie omawiamy. To bardzo budująca atmosfera pracy. Czasami przed koncertami specjalnie nie gramy prób, żeby na koncercie był lepszy spontan i radocha, że jest się razem i coś fajnego gra. L.Stadt to nie jest muzyczne korpo (śmiech).

Rozmawiał: Wojtek Andrzejewski
Fot. WjTeam, Justyna Rudnicka, Michał Tuliński