Krzysztof Herdzin

Dodano: 07.03.2019
Autor: Maciej Nowak

Nie ma co ze spuszczonym wzrokiem owijać palec w rąbek spódnicy – mamy wspaniałych muzyków, którzy spokojnie mogą prezentować ambitną twórczość na całym świecie. Doskonałym przykładem jest najnowszy album Krzysztofa Herdzina Kingdom Of Ants i nie chodzi tu tylko o to, że na bębnach zagrał sam wielki Vinnie Colaiuta, chociaż trzeba przyznać, że z naszej perspektywy jest to temat nieziemsko ciekawy!

Krzysztof Herdzin mocno docenia dobrych perkusyjnych kompanów za plecami, dających solidny fundament dla kompozycji. Opowiadał nam kiedyś o tym w wywiadzie (dostępny online na www.magazynperkusista.pl), gdzie konkretnie uzasadniając podkreślał, jak ważną rolę pełni bębniarz w zespole. W przypadku najnowszej płyty artysty możemy mówić o czymś zupełnie wyjątkowym. Gościmy na niej jednego z najlepszych perkusistów w historii – Vinniego Colaiutę, człowieka, który potrafi zagrać w zasadzie wszystko i to często na poziomie niedostępnym nawet dla specjalizujących się w danym gatunku. Nas bardzo cieszy taka współpraca z bardzo prozaicznego powodu. Tego typu międzynarodowe projekty z artystami z najwyższej półki po pierwsze pokazują, że po prostu można. A po drugie dodają świeżości, bo już o samej jakości nie ma chyba co wspominać. Nigdzie nie jest powiedziane, że musimy wyłącznie działać w polskim gronie, mimo, że mamy genialnych perkusistów, którymi Krzysztof Herdzin otacza się na co dzień.

Nie mogliśmy przegapić okazji przyjrzenia się bliżej całej sytuacji, dlatego zapytaliśmy kompozytora, jak to wszystko wyglądało.

Maciej Nowak: Jakie jest tło powstania płyty Kingdom of Ants?

Krzysztof Herdzin: Tak, jak to zazwyczaj bywa – już wiele lat temu narodził się pomysł, aby nagrać taką płytę. Chciałem to zrobić z Vinniem, ponieważ od ponad 30 lat uważam go za swojego największego bohatera. Od jakiegoś czasu udaje mi się realizować swoje kosmiczne marzenia i najambitniejsze plany, dlatego z płyty na płytę zacząłem nabierać coraz więcej odwagi. Zwłaszcza po mojej płycie sprzed 3 lat, na której znajduje się moja muzyka współczesna. Występuję na niej w roli dyrygenta, a całość została nagrana w legendarnym studiu Abbey Road w Londynie. Dyrygowałem wtedy orkiestrą Academy of St. Martin in the Fields, która jest jedną z najlepszych orkiestr na całym świecie. To dało mi silną motywację do działania. Wziąłem byka za rogi i postanowiłem zmierzyć się z moim marzeniem. Zacząłem szukać bezpośredniego kontaktu do Vinniego, bez pośrednictwa agencji czy menedżmentu. Rozpytywałem w środowisku, a dzięki wieloletnim doświadczeniom miałem stworzoną sieć kontaktów z amerykańskimi muzykami, z którymi się przyjaźnię i w takiej sytuacji są dla mnie naturalną pomocą. Rozsiałem wici i poprzez pianistę Johna Beasleya, z którym grał wtedy Robert Kubiszyn, dotarłem do dziewczyny Vinniego (która obecnie jest już jego żoną).

Vinnie znany jest z tego, że nie jest łatwo się z nim skontaktować, nie odpowiada na telefony, maile, zdarza mu się odpisać dopiero po wielu tygodniach, a nawet miesiącach. W końcu napisałem, o co mi chodzi, przedstawiłem się, napisałem CV, dołączyłem krótkie demo tego, co chcę nagrać i czekałem na odpowiedź. Po paru tygodniach nadeszła informacja, że jest szansa, że się na to zgodzi, tylko był wtedy ekstremalnie zajęty, bo akurat bardzo dużo koncertował po całym świecie. Po kilku tygodniach znowu się przypomniałem, ale to wszystko dosyć długo trwało. To, o czym teraz mówię, działo się wiosną 2016 roku. Późną jesienią dostałem nagle maila na zasadzie: „Cześć, tu Vinnie Colaiuta. Nie podawaj proszę nikomu tego maila, jest tylko dla ciebie”. Generalnie napisał, że jest zainteresowany współpracą i bardzo mu się podoba ten pomysł, ale czeka na więcej muzyki. Tak się właśnie zaczęła nasza korespondencja. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy, a ja w międzyczasie przygotowałem cały projekt. Zrobiłem bardzo dokładne demo – nagrałem wszystkie instrumenty, formy – wszystko było na samplach, było to bardzo kolorowe i profesjonalnie brzmiało. Wysłałem mu to wszystko razem z nutami. Bardzo pozytywnie się do tego odniósł i zapalił się do współpracy.

Dopiero po pięciu miesiącach znaleźliśmy wolny termin w jego kalendarzu. Dostosowaliśmy się z Robertem do niego i wiosną 2017 polecieliśmy do Los Angeles, gdzie mieszka Vinnie. Sam mu zaproponowałem, żeby znalazł studio, w którym już nagrywał, gdzie czuje się komfortowo. Zaproponował mi takie bardzo fajne, kameralne Greene Room Studio, na obrzeżach L.A. Dał mi namiary na właściciela, z którym się skontaktowałem, więc już wszystkie sprawy logistyczne załatwiałem z nim bezpośrednio. Tak mniej więcej wyglądały okoliczności powstania tej płyty. Od momentu skontaktowania się z dziewczyną Vinniego (notabene – pianistką i wokalistką) do czasu nagrania płyty upłynęło mniej więcej półtora roku.

Wygląda na to, że od momentu, kiedy Vinnie się zgodził na współpracę, wszystko płynęło już dosyć gładko?

Tak, wszystko szło bardzo naturalnie. Ja i Robert jesteśmy bardzo zdyscyplinowani, bo z niejednego pieca jedliśmy chleb – jesteśmy starymi wyjadaczami, sidemanami, którzy nagrywali bardzo różną muzykę, umiemy szybko pracować. Osobiście uważam, że byłem do tej płyty lepiej przygotowany niż do jakiejkolwiek wcześniejszej, swojej autorskiej. Wszystkie nuty miałem bardzo dokładnie rozpisane, przemyślane kwestie odnośnie tego, jakie chcę mieć na tej płycie instrumenty i barwy. Nagrałem wszystkie demówki, miałem porobione kliki, efekty, gotowe sesje w ProTools, więc kiedy pojechaliśmy do L.A., to tak naprawdę nic nie mogło nas zaskoczyć – oprócz oczywiście niesamowitych umiejętności Vinniego. W Los Angeles spędziliśmy w sumie tydzień, a nagrania zajęły nam 2 dni. Przyjechaliśmy troszkę wcześniej, a po sesji zostaliśmy jeszcze kilka dni. Wynajęliśmy samochód, mieszkanie przy Hollywood Boulevard – w samym centrum Hollywood – więc mięliśmy wszędzie blisko i mogliśmy się nasycić tym wszystkim, a pogoda nam sprzyjała. Do tego te dwa dni intensywnych nagrań, to był po prostu niesamowity i piękny czas.

Jak wyglądała sama sesja? Kwestie zbudowania aranży perkusyjnych, brzmienia?

Wszystko miałem niezwykle dokładnie przemyślane. Te demówki, które mu nagrałem, były dla niego mocnym punktem odniesienia. Były tam miejsca, w których naprawdę bardzo zależało mi, aby utrzymać groove’y, które wymyśliłem i były bardzo ważne z punktu widzenia narracji całego utworu. Jednak w większości przypadków – mniej więcej w 70% – namawiałem Vinniego, żeby grał bardzo ekspansywnie, otwarcie – tak, jakby grał w swoim bandzie, którego jest liderem. Chciałem, aby jego gra w bardzo mocny sposób pociągnęła tę muzykę, odcisnęła wyraźny stempel. Specjalnie wybrałem takie utwory, które czułem, że będą dla niego naturalnym motorem napędowym i tak się właśnie stało. Ta płyta jest niezwykle dynamiczna, utwory mają nieprawdopodobny drive. Vinniemu nie trzeba było niczego dwa razy powtarzać – doskonale rozumiał, o co chodzi, tym bardziej, że miał wcześniej demówki i nuty, więc miał okazję się z wszystkim zapoznać. Przyszedł do studia i był pewien tego, co ma zagrać i nagrywał w pierwszych podejściach, był może jeden przypadek, kiedy nagrał drugi take. Bębny ustawił mu jego technik, który z nim zawsze jeździ, więc Vinnie tylko przyjechał, sprawdził, czy wszystko jest gotowe i zaczął nagrywać.

Brzmienie było fantastyczne, bo właściciel studia, który nas nagrywał – Marc Greene jest specjalistą od tego typu brzmień. Nagrywał tam Petera Erskine’a, Omara Hakima, The Yellowjackets, Joe Sample – bardzo dużo ludzi, wywodzących się z tego nurtu muzyki fusion, gdzie bębny brzmią w bardzo określony sposób. Z Vinniem pracował już wcześniej, więc wiedział, jakiego brzmienia oczekujemy, dlatego tak dobrze to wyszło. Szybko nam się pracowało, a po każdym numerze wychodziliśmy do ogrodu. Vinnie żuł cukierki z lukrecji, palił jak smok i ciągle opowiadał nam o różnych historiach – jak to było u Franka Zappy, jak wyglądały trasy, o przesłuchaniach, o historiach z Joni Mitchell, Stingiem, więc spędziliśmy naprawdę cudowne chwile razem. Pogoda, słońce, przyjaźni goście w studio – to wyglądało zupełnie surrealistycznie. Traktował nas jak dobrych kumpli, bez żadnego protekcjonalizmu, bez wywyższania się. Mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że był to dla mnie najpiękniejszy czas w ostatnich latach.

A sam efekt?

Umieraliśmy z wrażenia z Robertem, kiedy okazywało się, że na przykład każde jego uderzenie w werbel – potem sprawdzaliśmy to na ProToolsie – jest dokładnie takie samo! Jeżeli chodzi o brzmienie i precyzję – to Vinnie jest po prostu nieprawdopodobny. Oczywiście graliśmy wszystko z klikiem i tak się zastanawiam – jakby nie było klika, jak on budowałby te swoje czarodziejskie open sola. Przecież, jeśli choć przez sekundę przestaniesz liczyć, przestaniesz być skoncentrowany na pulsie, to momentalnie będziesz lekko obok grida, a on to przestawiał w tak nieprawdopodobnie logiczny sposób. Z drugiej strony, to wszystko jest bardzo konsekwentne – jest jakaś koncepcja i narracja, które potem Vinnie dokładnie rozwija i realizuje. Pamiętam, jak po tych dwóch dniach nagrań, kiedy skończyliśmy i zostaliśmy jeszcze parę dni w Los Angeles – siedzieliśmy wieczorem w mieszkaniu, które wynająłem, kupiliśmy sobie z Robertem wino, słuchaliśmy na świeżo tych nagrań i po prostu co chwilę krzyczeliśmy: „O fuck!”. Naprawdę, to było coś nieprawdopodobnego.

W całym brzmieniu tej bardzo urozmaiconej płyty słychać niesamowitą swobodę Vinniego – prawie w każdym utworze jest jego solo.

Bardzo mi na tym zależało. Te solówki są bardzo określone. W pierwszym utworze nie ma tak naprawdę sola, tylko krótka introdukcja, gdzie gra groove. Są też solówki, gdzie gramy na riffach i są solówki open, a każda z nich jest inna, zależało mi, żeby te utwory były zróżnicowane. Jako zawodowy aranżer jestem na to bardzo wyczulony. Jeżeli przygotowuję jakikolwiek koncert, jakąkolwiek płytę, to pracuję nad tym, jak nad concept albumem, musi być przemyślany początek, koniec, pewna narracja i opowieść, dlatego bardzo mi zależy na tym, w jakiej kolejności są ustawione poszczególne utwory – jak są skontrastowane pod względem tempa, nastroju, tonacji, stylu i tym podobne. Z jednej strony chciałem pokazać Vinniego w różnych odsłonach, ponieważ on sam proponował różnorodne rozwiązania odnośnie solówek – czasem grał w groovie, czasem bardzo open, gdzie była totalna polirytmia i wszystko poza kreskę taktową. Były miotły, solo na blachach – dzięki temu też ta muzyka żyje i dostała takiego naturalnego flow, na czym mi bardzo zależało.

Czy słychać różnicę pomiędzy Vinniem, który jest bębniarzem z takiego środowiska, z takim zapleczem historycznym, doświadczeniem, w porównaniu do bębniarzy europejskich?

To pytanie należy do kategorii pytań retorycznych... Być może będę stronniczy, ale takie jest moje zdanie. Nie ma drugiego takiego perkusisty na świecie – Vinnie jest geniuszem i gigantem. Choćby analizować jego grę i próbować grać te same zagrywki, to nikt nie będzie w stanie sięgnąć tego poziomu, bo ten facet jest perkusistą totalnym! Nie tylko perkusistą jazzowym czy rockowym. Przez swoją wszechstronność, łatwość techniczną i nieprzewidywalną wyobraźnię, dlatego jest taki nieprawdopodobnie fascynujący. Każdy ma swoje sympatie i antypatie, ale w mojej historii muzyki – mniej więcej od połowy lat 80 – Vinnie Colaiuta zawsze był numerem jeden i tak jest do dzisiaj.

Naturalnie mogłem to zagrać z moimi przyjaciółmi Michałem Dąbrówką czy Czarkiem Konradem. Mogłem nawet spróbować zaprosić Omara Hakima czy Damiena Schmitta – kiedyś nawet chodziło mi to po głowie jako wariant „B”, gdyby nie udało mi się zaprosić Vinniego. Miałem kilka rezerwowych scenariuszy, ale wszystko się udało i wszystko pod to podporządkowałem. Te wszystkie utwory – pod względem aranżacji i konceptu – były przeznaczone na tego konkretnego artystę.

Kiedyś powiedziałeś: „Lubię, kiedy perkusista, z którym gram, potrafi wyrwać się poza szablon rytmiczny”.

Dokładnie tak. To jest rodzaj grania, który kocham tak, jak mój serdeczny kompan Robert Kubiszyn. Wielokrotnie o tym mówiłem i ci, którzy znają moje życie, wiedzą, że wyrosłem z muzyki fusion. Tak naprawdę to był mój początek zajmowania się muzyką jazzową. Dopiero potem poznałem Coltrane’a, Daviesa i tym podobnych. Jako nastolatek zacząłem grać w Bydgoszczy, w zespole West, z którym wygraliśmy Grand Prix na Jazz Juniors ‘90 w Krakowie i to była muzyka typu – Chick Corea Elektric Band. Takie były właśnie moje pierwsze fascynacje. Potem grałem w KGB z Filipem Sojką, miałem jeszcze zespół Gumiaki w Warszawie, gdzie grał Marek Napiórkowski na gitarze i Michał Dąbrówka na bębnach. W trio gra ze mną od lat Czarek Konrad, który dokładnie wie, jak się wyrywać poza schemat. Kocham zabawy z polirytmią i polimetrią, przesuwaniem i z tym graniem poza kreskę taktową, z wyłamywaniem się z groove’u – zawsze mnie to fascynowało. A dziś spełniły się moje największe marzenia.

Rozmawiał: Maciej Nowak
Foto: Archiwum Artysty