Jimmy Chamberlin

Dodano: 14.03.2019

Przy okazji nowej płyty Smashing Pumpkins możemy poruszyć kilka interesujących tematów. Pierwszym jest oczywiście osoba perkusisty, który niesłusznie stał troszkę w cieniu wielkich głównie grunge’owych kolegów lat 90. Druga sprawa to dostosowanie się do współczesnych trendów dostarczania i odbierania muzyki. Ale po kolei…

Wdech! "Shiny and Oh So Bright, Vol. 1 / LP: No Past. No Future. No Sun" – taką „poręczną” nazwę nosi nowa płyta Smashing Pumpkins, której wydanie rozwleczone jest prawie na pół roku z kolejnymi publikowanymi utworami. Jest to pierwsza płyta Jimmy’ego z zespołem od 2007 roku i krążka "Zeitgeist". W tym czasie Jimmy tworzył i rozwijał się za bębnami jak mało kto z fali rocka alternatywnego lat 90. Sięgał do innych stylistyk i o ile zawsze budził uznanie swoją grą, teraz wydaje się być muzycznie jeszcze ciekawszy. Przepracowana dekada oprócz podróży stylistycznych zaprowadziła go także w świat komponowania. „Jestem współautorem na nowej płycie, tworzę rzeczy, które są zasadniczo dość proste. Wychodzę zazwyczaj z założenia, że stworzę coś w metrum 6/8, bo mam fajny rytm i potrzebuję tylko byle jaki riff do tego. Sęk w tym, że wyzwaniem jest stworzyć coś, co dorówna wymaganiom Billy’ego.”

Tutaj trzeba wspomnieć o bardzo ważnym projekcie, którego jest autorem, a mianowicie Jimmy Chamberlin Complex. 12 lat temu wydał pierwszy album Life Begins Again utrzymany w stylistyce jazz/fusion. Rok temu pojawił się kolejny krążek The Parable, kierujący się bardziej w klasyczną stronę. Mamy więc muzyka, który napędza mocne rockowe utwory w dużych salach koncertowych oraz swingującego po ciemnym Istanbul Agopie w małych jazzowych klubach. Połączenie tych światów wydaje się bardzo interesujące.

Perkusista: Wygląda na to, że zrobiło się sporo szumu wokół nowego albumu The Smashing Pumpkins z tobą i gitarzystą Jamesem Iha znów na pokładzie!

Jimmy Chamberlin: Tak naprawdę nigdy nie czułem, jakbym odszedł z zespołu. Ta rozłąka wyglądała na znacznie większą z zewnątrz niż od wewnątrz. Billy i ja mieszkamy niecałą milę od siebie na północy Chicago. W głębi duszy wiedzieliśmy, że w końcu znowu będziemy ze sobą grać, więc to nie był jakiś poważny rozwód. Kiedy wrócił James to był ekscytujący moment, podsycił tę kreatywność w zespole i pokazał kierunek na przyszłość. To był naprawdę wyjątkowy czas.

Jak ci się współpracowało z producentem Rickiem Rubinem podczas prac nad nowym albumem?

Zdecydowanie jest to inny typ producenta w odniesieniu do tych, z którymi współpracowałem wcześniej przy okazji tworzenia albumów Pumpkinsów. To było na zasadzie: „Dobrze to brzmi, jedziemy dalej”. Gość działa na bazie wyczucia. Ja jestem bardziej czepliwy, zawsze mam wrażenie, że coś mogłem zrobić lepiej. Dobrym aspektem pracy z Rickiem jest to, że gdy dostrzeże wartość, którą posiadasz, to nie stara się jej w żaden sposób przeinaczać. Jest tam naprawdę po to, aby dostrzec i docenić to, co w tobie jest najlepsze, a to działa bardzo odświeżająco. Nie przychodzisz do studia, żeby coś udowadniać, jesteś tam po to, aby dać mu jak najwięcej tej jakości, jaka go najbardziej interesuje. Zaczynając tę sesję, Billy i ja rozmawialiśmy o tym, że często i to niezależnie od producenta, kończyło się tym, że to właśnie my byliśmy osobami, które podsuwały pomysły lub sugerowały poprawki. Tym razem postanowiliśmy, że pozwolimy Rickowi poprowadzić całą sesję i będziemy go słuchać, ponieważ nie da się ukryć, że on ma na koncie więcej topowych nagrań niż my. Tak zrobiliśmy i wyszło nam to na dobre. Rick nie wnika w detale, związane z muzyką Smashing Pumpkins, jego bardziej interesuje fundament, który tworzy siłę piosenki.

Nagrywaliście w ciekawym studio Shangri-La (nazwa podchodzi od utopijnej krainy z książki Jamesa Hiltona).

Było całkiem fajnie. Shangri-La jest miejscem, w którym nagrywano mnóstwo rzeczy zespołu The Band, nagrywał tam też Neil Young, czuć ten przaśny klimat, takie brzmienie Harvest Moon, Levona Helma, co do końca nie jest może w moim guście. Mają tam niezły stół API. Poza tym to jest Malibu. Wyglądasz za okno, a tam plaża, zachód słońca, a ty zamawiasz smoothie. Warto też wspomnieć o żarciu, bo to, co jest dostępne na lunch czy obiad jest niesamowite. Cała miejscowa ekipa jest na najwyższym poziomie. Dana Nielsen i ludzie, którzy tam pracują, są najlepszymi realizatorami w tym biznesie. Jest tam naprawdę jak w Shangri-La – do tego stopnia, że zaczynasz myśleć: Mogę tu po prostu spędzić miło czas, przecież nie muszę nic nagrywać.

W podtytule albumu jest Vol. 1, czy to znaczy, że trwają prace nad Vol. 2?

Podczas sesji z Rubinem napisaliśmy 16 piosenek z myślą, że wybierze trzy, a nagramy jedną. Kiedy je zobaczył, powiedział, że wszystkie są świetne i nagramy całość. Zostawiliśmy sobie osiem, do których wrócimy później i zobaczymy, co z tego będzie. Nadal zamierzamy tworzyć, ponieważ to bardzo ważne dla zespołu, aby utrzymać pewien poziom kreatywności. Zwalnianie to coś, co zupełnie nie pasuje do tego zespołu, najważniejsze, aby iść naprzód – dla mnie osobiście również jest to szalenie istotne. Nadal chcę wprowadzać nowe elementy do gry. Niektóre rzeczy na tym albumie są bardzo mocno nasycone tym, co robiłem poza zespołem. Mnóstwo uderzeń i prostota wokół tego przesiąknięta jest tym wpływem. Jazz można grać w tak skomplikowany lub prosty sposób jak się chce, ale grając z innymi ludźmi, którzy mają takie same prawa i również mogą skłaniać się w różne strony, od prostoty ku ekstremalnej zawiłości – wtedy zaczyna się doceniać niuanse i prostotę oraz jakie emocje temu towarzyszą. Granie w Nowym Jorku z takimi osobami jak John Benitez na basie czy Theo Hill z Mingus Big Band było dla mnie niesamowitym, pouczającym doświadczeniem. Ma w sobie coś z tej wrażliwości gry. Sama świadomość, że jesteś w stanie coś zrobić jest czasami potężniejsza od faktu robienia tego czegoś.

Uważasz się za osobę, która potrafi odnaleźć się w dwóch gatunkach muzyki – jako perkusista rockowy i jazzowy. Czy to dla ciebie jest to samo?

Dla mnie to jest to samo. W Pumpkinsach świetne jest to, że od początku mieliśmy szeroką dowolność w grze, a Billy zawsze zachęcał mnie do bycia sobą i stworzył naprawdę sporo muzyki wokół mojego sposobu gry. To był niesamowity środek dotarcia do autoekspresji. Smashing Pumpkins daje mi wyzwania do tego, by być najciszej, jak tylko potrafię, a zarazem do tego, aby być jak najgłośniejszym. To jest coś, czego nigdy nie zaznałem w innych zespołach. Jimmy Chamberlin Complex ma trochę z tego podejścia, kiedy gramy wersje fusion naszego repertuaru, ale z Frankiem i resztą jest prościej – bardziej bopowe rzeczy, które są wymagające na swój własny sposób.

Oglądając specjalne wydanie PBS z Frankiem Catalano, widać, że uchwyt na pałce w twojej lewej ręce jest bardzo luźny. Czy ta technika ma zastosowanie podczas gry w takich miejscach jak SSE Arena?

Owszem. Troszkę się męczyłem na początku, gdy zaczynałem grać z Frankiem, ponieważ wtedy grałem pałkami 5A i od zawsze używałem takich lub 5B. Kiedy zacząłem grać w takich klubach jak The Green Mill w Chicago, które są małe i ciche, musiałem uważać na dynamikę linii basu, aż do momentu, gdy zacząłem używać serii American Jazz Vic Firth. Zacząłem czytać o Tonym Williamsie, który używał tych samych pałek do wszystkiego, co grał i wtedy postanowiłem, że to będzie moje wyzwanie i też się postaram wszędzie grać w ten sam sposób, tymi samymi pałkami. Odkryłem ostatnio Modern Jazz 4 – są to pałki klonowe, z takim samym uchwytem jak w 5A, ale jest to lżejszy klon z bardziej zaokrągloną główką. Teraz używam tylko tych pałek – do każdego rodzaju grania. Technika grania jest taka sama. Na ostatniej trasie złamałem może ze dwie pałki w ciągu dwóch miesięcy. Myślę, że to zależy od tego momentu, kiedy grając, uświadamiasz sobie – czy lecisz przez kawałki czy faktycznie puszczasz pałkę, gdy w coś uderza. To decydujący moment dla dynamiki i ekspresywności na werblu bądź talerzu.

Po zawieszeniu działalności Sakae wróciłeś do Yamahy...

Tak, to straszna strata, Sakae było częścią mojego DNA. Zrobili dosłownie wszystkie moje bębny, jakie miałem u Yamahy, byli jak rodzina. To wielkie nieszczęście, że ten biznes ich przygniótł, bo to nie jakość instrumentów była przyczyną takiego stanu rzeczy. Niemniej jednak bardzo miło jest wrócić do Yamahy – robią świetne bębny. Yamaha zawsze była częścią Pumpkinsów, a teraz może nawet jeszcze bardziej z racji tego, że większość naszych gitarzystów gra na ich instrumentach. Nowy zestaw Hybrid Maple jest niesamowity, tak samo nowa seria Recording! Rewelacyjnie wyszło im odtworzenie brzmienia z lat 85, 86, które charakteryzowały wtedy Recording Custom. Właśnie kręcę się wokół tego zestawu i zastanawiam się nad nowym projektem – tak czy siak, świetnie jest wrócić.

Przerzuciłeś się na blaszki Istanbul Agop?

Wraz z moim starzeniem się moje preferencje co do blach robią się coraz ciemniejsze. Nawet na Zeitgeist użyłem samych Zildjian Constantinople. Żeby zagrać na tych talerzach tak, aby były muzykalne, trzeba obniżyć dynamikę linii basu do takiego stopnia, aby spotkały się z talerzami. Istanbul Agop są właśnie takie i sprawiają, że dynamika bębnów obniża się do tego stopnia, że zaczynają „śpiewać”. Nie mają tego brzęczącego charakteru jak A Custom, które były tak powszechne w latach 90. Jestem naprawdę zakochany w blaszkach Istanbul Agop, mam teraz mnóstwo fajnych talerzy w domu. Blachy 30th Anniversary są genialne. Gram na jednym ridzie Epoch, który też jest niesamowity. Na trasie najlepsze jest to, że nie ma żadnych wzmacniaczy na scenie, każdy jest odizolowany, więc jedyną rzeczą, która wydaje dźwięk na scenie są bębny, przez co brzmienie jest bardzo dziewicze i naturalne.

Miałeś 12 lat przerwy pomiędzy albumami Jimmy Chamberlin Complex…

Tak się złożyło, że wszyscy mieli wtedy dzieciaki. Basista Bill Mohler miał trójkę, pojawiały się co chwilę, więc nie mieliśmy czasu, żeby się spotkać. Complex jest projektem, który rozpoczęliśmy, po czym odłożyliśmy na później w razie potrzeby, ale ostatnio okazało się, że to bardzo fajna sprawa. Mieliśmy termin na studio, ale nie mieliśmy kiedy razem ćwiczyć. Tak naprawdę mnóstwo piosenek napisaliśmy przez komunikatory. Wysyłałem Mohlerowi groove’y, on odsyłał mi riffy basowe, potem ja kładłem na to swoje groove’y i znowu mu wysyłałem. Następnie on wysyłał to do Randy’ego Ingrama (klawisze), który dodawał harmonie. Kiedy mieliśmy już zarys piosenek, Randy napisał kilka prostych motywów przewodnich i okazało się, że The Parable zajęło nam dosłownie jeden dzień. Dopiero w studio zagraliśmy te kawałki wspólnie, po raz pierwszy. To był eksperyment, zebraliśmy się razem z saksofonistą Chrisem Speedem, który jest – rzecz jasna – świetny oraz z gitarzystą Seanem (Woolstenhulme), podaliśmy im kawałki, których nigdy wcześniej nie ćwiczyliśmy i zaczęliśmy razem grać. Zastanawialiśmy się jeszcze tylko, kto kiedy ma grać solo i po prostu to nagraliśmy, poszło. To był prawdziwy old-school! Naturalnie są jakieś chwiejne bity i drobne niedociągnięcia, które pewnie moglibyśmy zrobić lepiej. Oczywiście, kiedy wyszliśmy zagrać to na żywo, zespół znał już piosenki, ponieważ słuchaliśmy nagrania i w sumie nie wiem, które wersje są lepsze, ale przynajmniej zespół wie, co robi.

 

Wygląda na to, że Complex zmierza bardziej ku bopowi niż fusion, który przeważał na pierwszym albumie?

Tak. Mohler znowu zaczął grać w pionie, co miało duży wpływ na całość i ja również chciałem iść w tym kierunku. Grałem sporo prostych rytmów. Jego gra na kontrabasie jest naprawdę bardzo dobra, więc chciałem stworzyć możliwość, aby to podkreślić i ostatecznie udokumentować. Właśnie nagrał straight-ahead z Natem Woodem, Speedem i Shanem Endsley. Jest niesamowita, ale spędzili nad tym trochę czasu, aby brzmiało to spójnie. Rozmawialiśmy o tym, aby odtworzyć Life Begins Again jako płytę straight-ahead, dlatego chcieliśmy zbudować jakieś ramy i konstrukcję, żeby dało się to tak zagrać.

Czy fani Smashing Pumpkins przychodzą zobaczyć Complex?

Pewnie. Tak właściwie, najlepsze jest to, że oni to rozumieją, wiedzą, jaka jest część wspólna w muzyce – głównie dzięki Life Begins Again, ale także w pewnym stopniu za sprawą płyty The Parable. Fani zawsze myśleli, że pomiędzy jazzem i rockiem jest wielka przepaść. Większość komentarzy po koncercie dotyczyły tego, że wcale nie gram inaczej, po prostu brzmię jak ja. Największym komplementem, jaki możesz otrzymać, jest to, że można rozpoznać twoją grę bez względu na stylistykę.

Nowa płyta Smashing Pumpkins pojawia się w nowych okolicznościach rynkowych. Jest wciąż miejsce na taki radiowy alternatywny rock?

Myślę, że nadal są możliwości, bez wątpienia są odrobinę mniejsze niż kiedyś. Krajobraz się zmienia całkowicie, tak samo struktura biznesowa. Ten album jest świetną próbą na sprawdzenie rynku. Nagrywając osiem piosenek, a następnie emitując je fragmentarycznie przed wydaniem albumu, było naprawdę pozytywnym doświadczeniem. Było to duże źródło informacji na temat tego, jak to wszystko teraz wygląda i jak sprawdza się taki styl działania, czyli wypuszczanie piosenek zamiast jednego dużego klasycznego zestawu na raz. Każda piosenka ma swoje życie. Jeśli wypuścisz album z 12 piosenkami, to może trzy zostaną faktycznie zauważone, a reszta przejdzie bokiem bez większego echa. Biznes się zmienił, ale w Pumpkinsach świetne jest to, że zawsze umieliśmy się zaadaptować do sytuacji. Już dawno temu zauważyliśmy, że nadciąga era streamingu, więc staraliśmy się zareagować jak najszybciej i najlepiej jak potrafiliśmy. To część całej frajdy. Pracując dla muzyki i technologii oraz innych rzeczy, jakimi się zajmowałem, biznes jest dla mnie tak samo wyzywający jak muzyka. Na nas jako muzykach, bardziej niż kiedykolwiek spoczywa teraz odpowiedzialność, aby być świadomymi tego, co dzieje się w biznesie i w jaki sposób wydajemy swoje rzeczy – przynajmniej, jeżeli chcemy być współcześni lub preferujemy taki etos pracy.

Kilka lat temu ponownie pobierałeś lekcje gry na perkusji. Jaki jest twój obecny cel jako perkusisty?

Taki sam. Andy Sturges napisał właśnie książkę pod tytułem „The Power Of Practice”. Mieszka tutaj, w Wielkiej Brytanii. Książka jest rewelacyjna, cały czas staram się uczyć. Ostatnia trasa była niesamowita, ponieważ miałem możliwość skontaktować się ze wszystkimi moimi kumplami – jazzowymi „kujonami” – i zaprosić ich na koncerty. W ten sposób Carter McLean pojawił się na występie w Nowym Jorku i mieliśmy nawet moment, żeby usiąść i porozmawiać, pojawili się także Scott Amendola i Nate Wood – na których punkcie mam małego fioła. Najlepsze w bębnieniu jest to, że to nie ma końca, zawsze znajdzie się coś, czego jeszcze nie umiesz. Spotkałem się w Los Angeles z Davem Elitchem, żeby porozmawiać o moim chwycie. To dla mnie wielka przyjemność. Nadal, gdy wstaję rano to biorę się za ćwiczenia – każdego dnia. Moja żona zabiera dzieci na pociąg, którym jadą do szkoły, a ja tak zazwyczaj od 8 do 9:30 rano przerabiam różne rzeczy w moim studio. To właśnie jest najwspanialszy moment mojego dnia, kiedy staram się rozgryźć jakieś rzeczy.

Na koniec możesz nam powiedzieć, nad czym ostatnio pracowałeś?

Przerabiałem właśnie te książkę – „The Power Of Practice”. Ćwiczenia oparte na patternie swingowym – lewa ręka i kombinacje nóg aż do znudzenia. Mnóstwo ćwiczeń na niezależność kończyn. Przechodzę trochę przez taki rytuał, który opisał Alan Dawson – chodzi o granie rudymentów w rytm samby. To może doprowadzić do szaleństwa. Książka „The Stick Control” (George Lawrence, Stone) to coś, przez co przechodzę zawsze – tak się rozgrzewam. Myślę, że pierwszą część mam już wyrytą na pamięć, ale jest taka rzecz, której uczy Dawson – kiedy grasz swingowy pattern i zaczynasz ćwiczenie, gdzie partie prawej ręki stają się partiami prawej nogi – lewa ręka gra to, co lewa ręka. Grasz to ćwiczenie ze swingowym patternem, a potem dochodzi do tego śpiewanie na tym melodii piosenki, którą grasz – na przykład „Take The A Train”. Jest tak wiele rzeczy, nawet dla mnie, a gram przecież przez ponad 40 lat, które sprawiają, że można po prostu oślepnąć. To jest cholernie trudne!

Materiał przygotowali: Salemia, Artur Baran, David West
Foto: Will Ireland