Josh Dion

Dodano: 28.03.2019

Jedną z największych zalet takich imprez, jak Śląski Festiwal Perkusyjny, jest możliwość obejrzenia na żywo muzyków, których nie mamy szans oglądać na co dzień. Nie klikamy ich nawet zbyt często na Youtube, a jeśli już, to nie oddaje to nawet w 1/10 scenicznej energii.

Szczególnie, kiedy mamy do czynienia z takimi artystami, którzy bazują bardzo mocno na emocjach i lubią improwizować. Tak właśnie jest w przypadku Paris Monster, a konkretnie perkusisty Josha Diona, który występuje w duecie z basistą Geoffem Kralym. Nie oszukujmy się, ile osób znało wcześniej duet czy też samego bębniarza? Łapa w górę! Lasu rąk nie widzę… Tymczasem podczas festiwalu w Chorzowie okazał się jedną z ciekawszych postaci, która wniosła sporo życia na scenę i dodała imprezie więcej koncertowego charakteru. Podobnie było na Meinl Festival w Warszawie, gdzie mogliśmy posłuchać takich muzyków jak Anup Sastry czy naszego – wówczas zupełnie nieznanego – kolegę z południa Milosa Meiera.

Josh jest perkusistą wyjątkowym. Gra na bębnach, śpiewa i gra na klawiszach, jednocześnie. Oryginalność występów połączona z naprawdę przyzwoitą jakością kompozycji i wykonaniem. Nie jest to pokaz cyrkowy, ale pełnowartościowy koncert. Muzyk stara się odnaleźć swoje miejsce na rynku muzycznym i realizować artystycznie. W zakulisowych rozmowach bardzo mocno podkreślał swoje fascynacje sztuką, a możliwość podróżowania po świecie traktuje jako doskonałą okazję do poznawania innych kultur. Nastroił go do tego multikulturowy Nowy Jork, gdzie jest chyba największy bigos artystyczny na świecie. Może podejście Josha jest nieco naiwne, bo bębniarz myśli, że taka tolerancja i otwartość jest wszędzie, ale z pewnością bije od niego ta sympatyczna szczerość i otwartość, która go twórczo napędza. Warto przyjrzeć się bliżej temu artyście.

Perkusista: Kiedy dorastałeś, muzyka była obecna w twoim domu?

Josh Dion: Jak najbardziej. Mój tata jest perkusistą, a mój starszy brat wiele mnie nauczył na temat muzyki, kiedy byłem jeszcze mały. Całe moje dorastanie polegało na odsłuchiwaniu nagrań, zadawaniu pytań i graniu na bębnach. W dzieciństwie zawsze miałem jakiś zestaw pod ręką, ale tak naprawdę nigdy nie miałem normalnych lekcji. Mój tata mnie uczył pewnych rzeczy, a ja grałem rudymenty – to był mój własny świat. Poszedłem na studia tylko dla muzyki i poznałem tam wiele utalentowanych osób, które odnajdywały swoje „ja”, kierunek, którym chcą podążać. Dla mnie to były poszukiwania. Kiedy pewnego dnia odkryłem połączenie wokalno-perkusyjne, doszło do mnie, że to jest to moje „ja”. Wtedy zacząłem pisać piosenki, starałem się prowadzić zespół i robić inne rzeczy z tym związane.

Przeniosłeś się do Nowego Jorku. To właśnie wtedy w pełni się rozwinąłeś jako artysta?

Tak. Miałem wtedy jakoś 17 lat i wkręciłem się w scenę jazzową. Kupiłem mały jazzowy secik z 18” centralką i zacząłem się przyglądać takim postaciom, jak: Philly Joe Jones, Max Roach, Art Blakey, Elvin Tony. Zacząłem spędzać dużo czasu z takimi gośćmi. Nauczyli mnie standardów. Nauczyli mnie, jak słuchać muzyki, jak zrozumieć to, czym jest melodia i jak grać muzycznie. Blues, kościół i klasyczny rock – to są właśnie moje korzenie. Jednak jazz to jest to, co odkryłem samodzielnie. Przyjmowałem każdą ofertę występu – grania bluesowe, wesela, imprezy dla dzieci. To, że mogłem pracować, miało bardzo dobry wpływ na mnie i moją grę. Jestem bardzo oddanym studentem, ponieważ moje serce bije w rytm muzyki, ale jeżeli chodzi o uczenie się niektórych rzeczy, to już nie wyglądam tak wzorowo. Uczyłem się występując.

Kiedy to ewoluowało w rozwijanie osobistego charakteru, własnej muzyki?

Mniej więcej w 2003 roku, kiedy byłem w trasie z zespołem o nazwie Ulu. To były moje pierwsze doświadczenia, związane z życiem w trasie. Było kilku młodych kolesi, którzy chcieli poszaleć i pojammować – pograć nieparzyste rytmy. Mieli już swoje kawałki, coś w stylu Herbie Hancock Head Hunters. Zawierało to elementy funku, ale było otwarte na wszystko, co mogło komuś wpaść do głowy w danym momencie. To było bardzo istotne i fajne doświadczenie. Klawiszowiec i inni pisali piosenki, a ja zacząłem prowadzić pamiętnik i zapisywać w nim swoje rzeczy. To zaszczepiło mi tę myśl, aby zastanowić się nad tym, co chcę robić – mieć swoje brzmienie, mieć zespół, pisać piosenki. Teraz po 15 latach – oto jestem!

 

W którym momencie pojawił się pomysł na granie na klawiszach?

Kiedy miałem jakieś 10 lat poznałem wspaniałą nauczycielkę muzyki w szkole publicznej, do której uczęszczałem, to właśnie ona nauczyła mnie grać na klawiszach. Jestem bardzo wdzięczny, ponieważ coś we mnie dojrzała. Byłem ambitnym perkusistą, a ona pomogła dopełnić mi to spektrum. Potrafiłem nieźle grać, szczególnie prawą ręką. Kiedy byłem w koledżu Williama Patersona w New Jersey, często grałem w duecie z perkusistami, grając na klawiszach. To, co grałem, było rytmiczne i dość proste, w końcu jestem bębniarzem. Po rozpadnięciu się mojego pierwszego zespołu, moja kobieta powiedziała: „Powinieneś założyć zespół z Geoffem (Kraly, druga połówka Paris Monster), gdzie będziesz grał jednocześnie na bębnach i klawiszach.”. Powiedziałem, że to głupi pomysł! Jak widać... oto jesteśmy! Spróbowaliśmy najpierw na jakimś festiwalu. Większość setu improwizowaliśmy lub graliśmy kawałki, które mniej więcej znaliśmy – trzeba przyznać, że wyszło nam to całkiem dobrze.

Wygląda na to, że improwizacja jest kluczowym elementem w Paris Monster?

Fajne jest to, jak klawisze dopełniają mój zestaw. W zasadzie mogę iść w różnych kierunkach. Mogę grać tylko na perkusji, mogę grać piosenki, mogę improwizować, mogę śpiewać, ale mogę też grać na klawiszach lub robić to wszystko w jednym momencie. Myślę, że w tym temacie jest jeszcze wiele do odkrycia. Są niektórzy tacy muzycy, których zdolności improwizacyjne są niesamowicie inspirujące. Mogą stać na scenie 45 minut do godziny z masą różnych syntezatorów i po prostu robić muzykę.

Czy improwizacja była zawsze czymś naturalnym, z czym dobrze się czułeś, czy musiałeś rozwinąć tę umiejętność?

Ciągle uczysz się podejmowania decyzji, o tym, jaki wywierać wpływ na innych i jak słuchać innych. Czasem wydaje się nam, że improwizacja musi być czymś, co wykracza ponad wszystko inne, ale prawda jest taka, że może być wszystkim tak, jak może być... niczym. Chodzi o to, żeby coś znaleźć i się temu oddać. Może to być nawet cały koncept. To właśnie jest najpiękniejsze w muzyce. Można zabrać kogoś w podróż i tam stworzyć wszystkie melodie. Myślę po prostu, że im więcej nad tym pracujesz i im bardziej stawiasz się w danej sytuacji, tym staje się to dla ciebie bardziej komfortowe.

Z Paris Monster, nawet, jak są to konkretne piosenki, to czuję potrzebę ciągłego tańczenia, co może zaprowadzić cię wszędzie. Jeżeli mam taki zamysł, że jest to np. druga zwrotka i chcę pójść wyżej na klawiszach, a przy tym zagrać uderzenie zupełnie odwrotnie to bum, robię to! Zaśpiewam do tego wszystko tak, jak do tej pory i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ta spontaniczność to cała energia. Jeżeli robisz to z kimś jeszcze, a muzyka jest poruszająca, to publiczność to poczuje.

Czy żeby opanować twoje unikalne ustawienie bębny/klawisze/wokal – potrzeba było wiele czasu?

Troszkę to zajęło. Miałem kilka występów, które poszły naprawdę źle. W bębny uderza się dużo mocniej. Zajęło mi trochę czasu, aby opanować sposób, w jaki naciskać klawisze podczas grania na perkusji. W końcu udało mi się to opanować. Czucie tempa bardzo pomaga przy pracy z metronomem, umiejętność wyczucia całej motoryki, która wszystko ciągnie i pcha. Możesz mieć zachwiany balans, bo nie opierasz się na hi-hacie, dlatego musisz trochę potańczyć. Moja lewa stopa musi grać na hi-hacie, żeby to wszystko jakoś działało. W wielu przypadkach całą robotę robią klawisze. Wciskam na klawisz, żeby grały ciągle i przeskakuję na bębny. Wtedy mogę grać obiema rękami na perkusji.

Często grasz na bębnach lewą ręką, a rytmiczne partie grasz prawą na klawiszach. Czy syntezatory są dla ciebie rozszerzeniem podstawowego zestawu?

Dokładnie takie jest moje podejście. Nie jestem prawdziwym pianistą. Używam tych małych klawiszy i są dla mnie jak ride, clavinet lub klawiszowy bass. To jest jak rytm, ale gram tam konkretne dźwięki.

Również groove wydaje się być podstawą twojej gry z Paris Monster?

Naturalnie, czasem wchodzimy w psychodelię, ale groove ma wielkie znaczenie w naszym zespole. To jest właśnie coś, w co chcę się zagłębić jeszcze bardziej... Czasem trzeba sobie przypomnieć, że naprawdę fajny groove to wszystko, czego trzeba. Jest wiele sposobów na to, żeby to wszystko brzmiało fajnie, odkrywać nowe rzeczy, nowe terytoria.

Brzmienie twojego bębnienia jest cudownie ciepłe i otwarte. Czy jest coś konkretnego, co robisz, aby uzyskać taki efekt?

Kiedy chodzi o sprzęt na scenie, to zawsze proszę o dwa jednowarstwowe, powlekane naciągi i 20” centralę bez żadnego wypełnienia. Nie chcę otworu z przodu, skoro nie jest mi to do niczego potrzebne. Jeżeli mam potrzebę operowania brzmieniem, to chcę robić to sam, wkładając jakiś mały kocyk czy coś w tym stylu, ale jest coś specjalnego w tym pełnym brzmieniu dołu centrali, coś pełnego i dźwięcznego. Przeważnie chcę, aby każdy bęben miał jednowarstwowe naciągi, aby mogły swobodniej wybrzmiewać. Stroję je i dopiero z tej perspektywy zastanawiam się, czy warto je w jakiś sposób tłumić. Jak tak, to ile.

Jaki masz sposób na strojenie bębnów?

Każdego wieczoru robię to inaczej. Kiedy mogę poczuć pomieszczenie, w którym mam grać, wtedy zastanawiam się, co w tym momencie będzie najlepsze dla muzyki, którą gram. Jeżeli jest to bardzo „żywa” sala, to wtedy stroję bębny niżej. Mimo to czasami w naprawdę reagującym pomieszczaniu werbel można nastroić wyżej i po prostu lżej w niego uderzać. Niekiedy wolę, gdy werbel ma bardzo niskie strojenie, wtedy jest takie fajne plaśnięcie. Jednak, kiedy musisz zagrać gęsto, to może nie działać to zbyt dobrze. Z Paris Monster mogę robić z werblami co tylko chcę, ponieważ to ode mnie zależy, w jaki sposób chcę grać. Żadna z piosenek nie wymaga konkretnych środków wyrazu, wystarczy groove na 2 i na 4, serio. Lubię też grać dłońmi na tomach. Zdecydowanie lepiej to brzmi, gdy są wyżej nastrojone, mają wtedy swoje brzmienie.

Wiele osób po raz pierwszy widziało cię na nagraniu na żywo „A Vision Complete” z festiwalu perkusyjnego Tam Tam. Jakie było twoje osobiste, największe osiągnięcie od momentu ukazania się tego nagrania?

Kojarzysz, jak ludzie podsumowują w Sylwestra miniony rok i mówią „To był dobry rok”. Nigdy nie czułem potrzeby, żeby robić coś takiego, ale teraz powiem, że mogłem zrobić coś takiego rok temu, ponieważ wydarzyło się mnóstwo fantastycznych rzeczy. Paris Monster nagrał długogrający album. Byłem w trasie z Esperanzą Spalding, której muzyka oparta jest na improwizacji i jest to niesamowicie inspirujące. Grałem wiele niesamowitych występów. Nowojorskie poniedziałki z trio Jima Campilongo. Zacząłem też grać występy Wayne’a Krantza, co jest tym, czego częścią zawsze pragnąłem być. Festiwal Tam Tam odmienił moje życie i wiele się od tego czasu wydarzyło. Nie zależy mi na pieniądzach, ale faktycznie coś jest w tym, że jeżeli już zaczniesz zarabiać lepsze pieniądze robiąc to, co niezaprzeczalnie kochasz robić, to czujesz pewnego rodzaju wolność. Wiem, że granie klinik perkusyjnych i festiwali sprawiło, że myślę o tym, czym się zajmuję, w co wierzę i co reprezentuję muzycznie.



Josh o swoim kumplu z Paris Monster – Geoffie

„Geoff Kraly to autor tekstów, producent, a do tego zajmuje się syntezatorami. Interesują go syntezatory modularne i w końcu – jest również basistą. Mam wielkie szczęście, że to właśnie on współtworzy ze mną zespół, ponieważ ma wiele talentów, dotyczących produkcji, technologii. Ma starą duszę i jest niesamowicie mądry. To bardzo ważne, aby ludzie, z którymi się współpracuje, byli po twojej stronie, by cię rozumieli. Są takie momenty w studio, gdy wpadam na jakiś pomysł, ale nie do końca mam pojecie o tym, jakiego mikrofonu do tego potrzebuję. Są takie osoby (jak Geoff), które nie tylko wiedzą, jak wydobyć jakiś dźwięk, ale wiedzą również, jaki mikrofon jest do tego potrzebny i mają swoje metody, aby to osiągnąć.”

Materiał przygotowali: Salemia i Chris Barnes
Zdjęcia: Marcin Pawłowski i foto promo