Patrycja Betley

Dodano: 13.06.2019

„Możemy zacząć na najgorszym sprzęcie, ale przy odpowiednim świadomym podejściu do instrumentu wygramy piękne melodie. Ja od zawsze uważam, że muzyka, rytm, a w końcu bębny to narzędzie terapeutyczne".

Moim celem nie jest nauczyć gry miliona rytmów, tylko spowodować, że poprzez kilka z nich będziemy opowiadać mnóstwo pięknych historii, w zależności od tego, jaki mamy obecnie nastrój i jak chcemy w danym momencie wyrazić siebie (…)”. Z Patrycją Betley, wybitną polską perkusjonistką, arteterapeutką i edukatorką, rozmawia Wojtek Andrzejewski.

Wojtek Andrzejewski: To nie jest nasze pierwsze spotkanie na łamach „Perkusisty”, bo ważny wywiad z tobą ukazał się na łamach magazynu w lutym 2016 r. Ja natomiast chciałbym porozmawiać o edukacji, ponieważ oprócz tego, że jesteś jedną z najważniejszych polskich perkusjonistek, także uczysz i to przez duże „U”. Zatem porozmawiajmy o tym, jak się uczyć? I jak uczyć? Kiedy zaczęłaś dzielić się wiedzą z innymi?

Patrycja Betley: Faktycznie oprócz intensywnego koncertowania sporo czasu poświęcam na edukację w najrozmaitszych formach. Na pytanie, jak się uczyć grać, nie ma jednej, konkretnej odpowiedzi. Na pewno systematycznie i świadomie. Najprostsze ćwiczenie można zagrać na wiele różnych sposobów. Zawsze powtarzam swoim uczniom, że najlepiej jest ćwiczyć codziennie chociaż 15-20 minut niż raz w tygodniu po 3-4 h. Moim zdaniem ma to ogromne znaczenie. Sama staram się trzymać tego schematu. Jednakże wiadomo, czas upływa w zawrotnym tempie i nie zawsze jest możliwość poćwiczenia. Często mamy wiele innych obowiązków, którym musimy bądź chcemy się oddać. Ja jednak jestem dość uparta, więc staram się znaleźć chociaż chwilkę na ćwiczenia.

Moja przygoda z muzyką zaczęła się od poznania kultury irlandzkiej dzięki audycji muzycznej, poprowadzonej przez mojego mentora Wojciecha Wietrzyńskiego w szkole podstawowej do której chodziłam. Dlatego też uwielbiam uczestniczyć w takich audycjach, dzieląc się wiedzą, którą zdobyłam przez lata podróżowania i koncertowania. Pamiętam, że edukacją zaczęłam zajmować się, mieszkając jeszcze w Poznaniu, na początku studiów. Miałam już wtedy kilka lat doświadczenia na instrumentach, głównie irlandzkim bodhranie, a chętnych nie brakowało. Szybko zdałam sobie sprawę, że bardzo lubię to robić, a moja praca przynosi efekty i zadowolenie u innych. I tak minęła ponad dekada, a ja z pojedynczych lekcji gry na bodhranie, zdobywając umiejętności gry na innych instrumentach perkusyjnych, starałam się przekazywać swoją wiedzę innym. I tak oprócz sporej ilości indywidualnych lekcji pracuję również z dziećmi w szkołach i przedszkolach, organizuję grupowe warsztaty, pracuję również z dziećmi niepełnosprawnymi czy jeżdżę z warsztatem poza granicę naszego kraju. Zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego, ile zajmuje mi to czasu, energii i radości. Zatrzymałam się i uświadomiłam, że właśnie stoję na życiowym rozdrożu i dokładnie wiem, co będę dalej z tym robić. Ale o tym później.

Jak wspominasz swoją edukację? Co dobrego cię spotkało w tej zapewne ciekawej drodze, a co jako pedagog byś zmieniła? Jak ona wyglądała? Z czym miałaś pod górkę?

Jeśli chodzi o edukację muzyczną, to miała ona bardzo krótki epizod. W klasie maturalnej liceum chemicznego, do którego chodziłam, postanowiłam, że chcę zdawać na pierwszy stopień do szkoły muzycznej na perkusję. Na egzaminach wstępnych oprócz historii muzyki, która poszła mi fatalnie (zdobyłam 12 punktów na 25) reszta była całkiem dobra. Egzaminatorzy postanowili, że nadaję się na drugi stopień. I tak się zaczęło. Moją nauczycielką była wspaniała perkusistka i pedagog Beata Polak, która wprowadziła mnie w tajniki świata muzyki klasycznej. Na werblu radziłam sobie w miarę dobrze (do egzaminu przygotowywał mnie kapelmistrz orkiestry dętej w Swarzędzu, też niezła przygoda, hehe), natomiast marimba i kotły to był dla mnie całkiem nowy świat. Z marimbą od razu się polubiłyśmy, z kotłami gorzej. Moja edukacja w szkole trwała dwa lata.

Po tym czasie stwierdziłam, że zupełnie nie jest mi po drodze z muzyką klasyczną. Chyba nie ten etap w moim życiu i co za tym idzie oczekiwania nauczycieli względem mnie. Np. pan od pianina widział we mnie wielką pianistkę. Ja z kolei specjalnie bandażowałam sobie rękę, żeby nie uczestniczyć na lekcjach pianina. Hmm, jak ja teraz tego żałuję. Mnie ciągnęło do korzeni, muzyki ethno, irlandzkiej, bretońskiej, bałkańskiej itd., czyli do tego wszystkiego, co już znałam od 11 roku życia. I tak zdając na studia (jestem magistrem geoinformacji) postanowiłam wypisać się ze szkoły muzycznej, ponieważ czułam, że odbiera mi ona po trochu duszę. Nie twierdzę, że wszystkim tak się dzieje, jak ze mną, mamy przecież wielu znakomitych muzyków, którzy ukończyli edukację muzyczną. To tylko moja historia. Najbardziej jednak było mi szkoda kontaktu z Beatą Polak, która wówczas bardzo mocno wpłynęła na moje życie. Na szczęście jest Facebook i kontakt z Beatą utrzymuję do dziś.

Wielki mistrz. Każdy z nas takiego ma. Kogoś, kto odkrywał ten nowy świat dźwięków. Kto nim był dla ciebie?

Jest ich wielu. Zacznę od najważniejszego, człowieka, dzięki któremu jestem muzykiem, Wojciecha Wietrzyńskiego. To on pokazał mi świat muzyki irlandzkiej, nauczył grać na irlandzkim flecie Tin Whistle, zdobył jedyne 5-minutowe nagranie na kasecie VHS zespołu The Chieftains, na którym zobaczyłam 30 sekund gry na bodhranie i dosłownie umarłam… To był dzień sylwestrowy 1995 czy 1996 rok… Wtedy wiedziałam, dokąd popłynie moje serce i dusza. RYTM i bębny! Wojtek znalazł starą pałeczkę perkusyjną, podzielił ją na pół i dał mi wraz z 30-sekundową zajawką bodhranową. Co zrobiłam?? Całą sylwestrową noc tłukłam nią o szafę, żeby cokolwiek wydobyć na podobieństwo tego filmiku. I tak się zaczęła moja przygoda z bębnami. Na wszystkich bębnach nauczyłam się grać sama, intuicyjnie, bo przecież nie było tak jak dziś dostępu do Internetu czy CD. Potem jednak, jak pojawił się Internet, pojawiali się też muzycy zapraszani przez festiwale, żeby poprowadzić warsztaty. Dzięki Internetowi poznałam świetnych muzyków, którzy są moimi mistrzami tj.: Zohar Fresco, Itamar Doari, Youssef Hbeisch, Glen Velez, John Joe Kelly i wielu, wielu innych, nie tylko perkusistów czy perkusjonistów. Czerpię sporo inspiracji od muzyków, grających na różnych instrumentach.

Kryzysy. Podejrzewam, że jako ktoś, kto kiedyś się uczył, miałaś momenty, które sprzyjały rozważaniom typu: „A może to rzucić w cholerę?”. Jak radziłaś sobie z takimi myślami? W jakich momentach takie kryzysy miały miejsce? Chyba, że takowych nie było...

Kryzys… Do niedawna nieznane mi słowo. Przy sporej ilości pracy chyba nie ma czasu ani myśli o kryzysach. A jednak! Pojawił się. Całkiem niedawno i trwał nawet długo. Wynikał z wielu różnych muzycznych zakrętów i poszukiwań. Zrobiłam sobie rachunek sumienia, co właściwie osiągnęłam do tej pory i czy jestem z tego zadowolona, czy przynosi mi to satysfakcję w 100%, czy to właśnie chcę kontynuować i czego jeszcze pragnę od matki muzyki…? Wiesz, taka filozoficzna zaduma. Bardzo pomogła mi rozmowa telefoniczna z przyjaciółką, która – można powiedzieć – drugi raz uratowała mi życie. Dosłownie. Stworzyłyśmy duet Pamaruna i pracujemy nad nowym materiałem. To ona postawiła mnie na nogi i dała do zrozumienia, że czas zrobić porządek w swoich szufladkach, te zabałaganione i niechciane jej aspekty po prostu wyrzucić (co staram się czynić systematycznie) i posiadać czy zbierać tylko te, które przynoszą mi satysfakcję. Wiem, może za dużo metafor. W każdym razie nie jest łatwo przeżywać kryzys, zwłaszcza nam, muzykom. Nigdy natomiast nie myślałam, żeby porzucić muzykę. To dzięki niej wyrażam siebie, przeżywam różne emocje, to ona nadaje rytm mojemu życiu, od dziecka. Muszę przyznać, że bardzo pomogły mi również rozmowy z mężem, który powoli zasiewał we mnie myśl, że kryzys to normalna sprawa i nie powinien być niczym złym, tylko motywacją do dalszej pracy i poszukiwań.

Jak oceniasz możliwości edukacyjne współczesnego świata – nowe technologie, internet, lekcje online w kontraście z ludzką fizycznością, neuronami lustrzanymi, pomagającymi nam się uczyć, które podobno nie działają przez ekran… Jaką drogę edukacji wskazałabyś młodym ludziom, którzy marzą o tym, by być perkusjonistą? Żywy nauczyciel, czy może lekcje wideo?

Zdecydowanie żywy nauczyciel! Fakt, Internet jest nam bardzo pomocny. Mamy dostęp do mnóstwa źródeł informacji czy wiedzy. Właśnie, wiedzy… Jednak czy koniecznie tej właściwej? Wiele osób do mnie przyszło na lekcje z przekonaniem, że nauczyli się grać na instrumencie z popularnego serwisu muzycznego. No i tu zostali zaskoczeni. Okazuje się, że Internet gromadzi w sobie ogromne ilości filmików instruktażowych z cyklu „How to play on…” i co z tego? Niestety, spory odsetek to filmy ludzi nieposiadających wiedzy ani umiejętności w grze na danym instrumencie. Najgorsze jest potem pozbycie się złych nawyków, postaw czy techniki gry. Lepiej uczyć się z nauczycielem od podstaw niż potem przez miesiące gubić złe nawyki. Strata czasu i energii. Poza tym kontakt z nauczycielem to nie tylko forma przekazania wiedzy muzycznej. Przecież nie tylko rytm jest najważniejszy, to jednak wisienka na torcie. Prawidłowa postawa, ułożenie ciała, niespinanie mięśni, oddech, technika, odpowiedni klucz do myślenia o muzyce czy rytmie, próba nakierowania wyobraźni na tworzenie rytmów to tylko niektóre aspekty mojej pracy z ludźmi. Każdy jest inny, za każdym razem na nowo szukam najlepszej drogi, dzięki której dotrę skutecznie do uczestników zajęć. Możemy zacząć na najgorszym sprzęcie, ale przy odpowiednim świadomym podejściu do instrumentu wygramy piękne melodie.

Ja od zawsze uważam, że muzyka, rytm, a w końcu bębny to narzędzie terapeutyczne. Moim celem nie jest nauczyć gry miliona rytmów, tylko spowodować, że poprzez kilka z nich będziemy opowiadać mnóstwo pięknych historii, w zależności od tego, jaki mamy obecnie nastrój i jak chcemy w danym momencie wyrazić siebie. Oczywiście nie mogę też powiedzieć, że internet jest niepotrzebny czy zły. Jeżeli znamy temat w danej dziedzinie to sieć może być dla nas bardzo pomocna. Osobiście jednak uważam, że lepiej jest sięgać po materiały ze stron profesjonalnych muzyków niż z tzw. stron „no name”. Jeżeli chodzi o lekcje online, to takich nie prowadzę i nie korzystam, ponieważ tak, jak powiedziałam, spotkanie z muzykiem na żywo daje nam nie tylko możliwość konfrontacji ‚face to face’, ale poznajemy człowieka z historią, zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie.

Odnoszę takie wrażenie, że dziś wszyscy edukatorzy skupiają się na uczeniu gry na instrumencie. Mało kto koncentruje się na tym, by edukować także w zakresie wchodzenia młodego muzyka na rynek muzyczny. Jak to zmienić? Jak u ciebie to wyglądało? Współpracowałaś – i dalej to robisz – z poważnymi nazwiskami muzycznego świata. Jak do takich artystów docierać? Czy tego można się uczyć? Czy tego można i warto uczyć?

„Wchodzenie muzyka na rynek muzyczny”. Hmmm… Nie bardzo wiem, jak można w tym kierunku edukować. Myślę, że jest to naturalna kolej rzeczy w kształceniu muzycznym. Przynajmniej ze mną tak było. Wchodząc w określone środowisko muzyczne, począwszy od szkół muzycznych, ośrodków kultury, instytucji, zajmujących się muzyką, kontaktu z nauczycielem oprócz nauki gry na instrumencie itd. Człowiek poznaje środowisko wielu różnych muzyków. Dzieje się tak np. poprzez uczestnictwo w jam sessions, tworzeniu zespołów, zaproszeniu do zespołów, udział w zespołach kameralnych, orkiestrach i wiele innych. Artysta naturalnie buduje swój wizerunek, a kontakty same się tworzą, co za tym idzie pojawiają się nowe oferty pracy. Ja zaczynałam w ośrodku kultury, mając 11 lat. Po około 2 latach grałam już na Woodstocku, a potem koncertujący w Polsce francuski zespół folkowy zauważył mnie i zaprosił na 3-tygodniowe tournee po Francji. Kontakty rodziły kontakty, nowe pomysły i zaproszenia muzyczne. A co za tym idzie rozwój muzyczny. I tak po 23 latach muzykowania jestem tu, gdzie jestem. Bardzo się cieszę, że mogłam współpracować z tymi wszystkimi artystami. Nie ma dla mnie też znaczenia, czy to są wielkie nazwiska, czy niszowe bandy. Wszyscy są dla mnie równi. Ze wszystkimi było i jest mi świetnie, i do każdego z osobna mam ogromny szacunek i wdzięczność, że mogę się rozwijać we współpracy z nimi. Natomiast inną sprawą jest proces zaznajomienia się ze sceną. Tutaj uważam, że powinien być jakiś większy nacisk edukacyjny w placówkach edukacyjnych w tym kierunku. Wiem, że dla wielu nie jest to łatwe, znaleźć się na scenie, szczególnie stawiając pierwsze kroki zawodowe.

Co jeszcze twoim zdaniem w naszej edukacji muzycznej „leży”? Jak ludzie, chcący się uczyć gry na instrumentach perkusyjnych, powinni wybierać nauczycieli? Co roku – przyznając Polskie Nagrody Perkusyjne – mamy taką specjalną antynagrodę dla dyletantów, biorących się za „edukację”. Można jakoś ich weryfikować? Co byś w tej sprawie poradziła?

Nie będę się rozwodzić na temat tego, co leży w naszej edukacji muzycznej, ponieważ każdy z nas ma inne podejście i wizję. Dla jednych jest to zwykła praca, sposób na zarobienie pieniędzy – odbębnić i do domu, a jeszcze inni mają zupełnie odmienne podejście. Mogę tylko wypowiadać się za siebie. Dla mnie przekazywanie wiedzy innym to rodzaj misji czy uzdrowienia. Spotykam się z wieloma różnymi ludźmi, małymi 3-letnimi brzdącami, osobami w podeszłym wieku czy osobami z różną niepełnosprawnością. Każdy – nieświadomie – ma ten sam cel, wyrazić siebie poprzez muzykę. Jak już wspomniałam zajęcia, które prowadzę, nie mają na celu nauczenia tysiąca rytmów. Staram się przygotować program tak, aby pojawiły się elementy rytmiki, muzykoterapii, ruchu, próbuję wyzwolić kreatywność w każdym uczestniku. Dlatego też – wspominając początek wywiadu – w pewnym momencie swojego życia stanęłam na rozdrożu... Dotarło do mnie, że uwielbiam uczyć i chciałabym dalej przekazywać wiedzę, poszerzyć swoje horyzonty, rozwijać, nie ograniczając się tylko do instrumentów. Pojawiła się u mnie chęć terapii poprzez szeroko rozumianą sztukę. I tak dotarłam do tej pięknej dziedziny, zwanej arteterapią. Niedawno ukończyłam kurs arteterapeuty i zamierzam zarażać ludzi sztuką.

Wracając do tematu, uważam, że nauczyciel gry na instrumentach powinien posiadać coś w rodzaju powołania do uczenia. Uważam, że najlepszy instrumentalista, który nie potrafi odpowiednio dotrzeć do ucznia, nie będzie w stanie pokazać świata muzycznego w taki sposób, jak przeciętny muzyk z pasją uczenia. Dlatego też, co jakiś czas po swoich zajęciach przeprowadzam pewien rodzaj ankiety, w której proszę, aby szczerze zostało powiedziane, na co ja muszę zwrócić uwagę w przekazywaniu swojej wiedzy itd. Wszelkie uwagi tylko motywują mnie do rozwoju i działania. Jak wybrać nauczyciela? Myślę, że osoba chcąca nauczyć się grać na instrumencie sama robi rozeznanie w temacie. Poza tym jest internet, a w nim aktywność nauczycieli. Można zapisać się na zajęcia i od razu po kilku chwilach wiadomo, czy jest „chemia” pomiędzy nauczycielem, a studentem. Jeśli nie, szukamy dalej.

Wyjdźmy z klasy i pomówmy o bębnach. Co nowego w twoim instrumentarium?

O! Jakie fajne pytanie. Aż się sama zastanawiam. Co chwilę pojawiają się nowe instrumenty, nie tylko bębny. Ostatnio poszukuję. Z absolutnych odkryć i nowości to instrument – ufo czyli hang drum od polskiego wytwórcy Karumi Steel. Niezwykle mistyczny instrument. Od zawsze miałam bzika na punkcie hanga, ale wiadomo, cena spowodowała, że mogłam tylko o nim pomarzyć. Jednakże pojawił się Karumi i możliwość zakupu spodka. Poza tym postanowiłam rozpocząć naukę gry na kolejnym bębnie obręczowym pandeiro. Fascynują mnie bębny obręczowe, również dlatego, że na tak prostej konstrukcji, jaką jest rama i skóra, można nauczyć się grać naprawdę wieloma różnymi technikami gry. Od dłuższego czasu mam również w głowie pomysł napisania pracy zbierającej bębny obręczowe różnych kultur oraz wzajemne ich powiązania. Dla przykładu, jestem pewna, że bębenek polski oraz irlandzki bodhrán mają wiele wspólnego, co za tym idzie muzyka ma również wspólne podłoże.

Wracając do instrumentów od dłuższego czasu fascynuje mnie elektronika. Dzięki temu pojawił się u mnie handsonic a wraz z nim nowe możliwości. Ponadto od zawsze ciągnęło mnie do melodii, stąd umiejętność gry na irlandzkim flecie Tin Whistle. Dzięki duetowi Pamaruna mogę rozwinąć się w kierunku harmonicznym i tu pojawił się micro korg, uwielbiam ten instrument i jego możliwości. Poza tym wciąż poszukuję, przy okazji podróży odkrywam nowe instrumenty, w których się zakochuję i włączam do swojej muzycznej rodziny.

Fot. Archiwum artystki

Powiązane artykuły