Piotr Gospodarczyk

Dodano: 05.12.2019
Autor: Wojtek Andrzejewski

O ciekawej podróży przez świat rytmów, z Piotrem Gospodarczykiem, perkusjonistą, muzykoterapeutą i założycielem wrocławskiej Szkoły Rytmu, znanej już nie tylko w Polsce, ale i na świecie, rozmawia Wojtek Andrzejewski.

Wojtek Andrzejewski: Z wykształcenia jesteś ekonomistą, pedagogiem, trenerem biznesu, a ukochałeś sobie muzykę. Kiedy i jak to się stało? Na czym grałeś nim założyłeś Szkołę Rytmu?

Piotr Gospodarczyk: Nie grałem. Uważałem siebie za osobę pozbawioną talentu a muzykowanie za dziedzinę zarezerwowaną dla utalentowanych. Szkoła Rytmu to owoc poszukiwania życiowej pasji, drogi i poznawania samego siebie. Po studiach ekonomicznych wyjechałem na kilka lat za granicę, pracowałem w fabryce. Po powrocie rozpocząłem pracę w inspekcji ochrony środowiska. Wszędzie czegoś mi brakowało, wiedziałem, że to, co robię, nie daje mi poczucia głębszego sensu i spełnienia. Teraz widzę, jak każda z tych prac przygotowywała mnie do tego, co robię dziś. Kierkegaard powiedział, że ironia życia polega na tym, że żyje się do przodu, a rozumie do tyłu. W wieku około 28 lat poziom frustracji i zazdrość innym, zawodowo spełnionym, był we mnie naprawdę duży. Gdyby nie te nieprzyjemne uczucia, nigdy nie odważyłbym się na tak szalone kroki w moim życiu. W młodości miałem małe przygody z filozofią i poszukiwaniami religijnymi. Uwierzyłem, że istnieje Siła Wyższa, używając określenia drugiego kroku anonimowych alkoholików, która jest w mocy przywrócić mojemu życiu głębszy sens i harmonię.

Kiedy zostałeś muzykoterapeutą? Niewątpliwie to, co robisz w Szkole Rytmu, to muzykoterapia. Niezależnie, czy masz na to papier, czy nie. Działasz. Jak powstała twoja Szkoła Rytmu?

Kiedy byłem w przedszkolu ustawiałem sobie garnki w kuchni i naśladowałem zwierzaka i Buddy Richa z Muppet Show. W kulturach pierwotnych ojcowie uczyli synów gry na bębnach, to był element pięknej pierwotnej tradycji. Mój tato nie wspierał mnie w tych drobnych kuchennych poczynaniach. Wszystko, co żyje na tym świecie, rozpoczyna się od małego ziarna i ma swój rytm wzrostu. Wiele lat upłynęło, kiedy to w okresie poszukiwań swojej pasji, pracując w urzędzie, przyszedł mail – informacja o warsztatach nauki gry na congach. Ciepłe brzmienie tych bębnów podobało mi się zawsze. Odgrzebały się w podświadomości kuchenne garnki. I tak się zaczęło. Musiałem przełamać swój lęk, trafiłem na warsztat, z którego po chwili zresztą uciekłem. Później nieustanne przełamywanie własnych lęków, wyobrażeń o sobie samym i stref bezpieczeństwa. Pierwsze lekcje, pierwsi nauczyciele, dwa, trzy lata intensywnej nauki, również z Internetu.

Pewnego dnia mój ówczesny nauczyciel zaprosił mnie na swoje warsztaty dla dzieci niepełnosprawnych w roli asystenta i okazało się, że mam świetny kontakt z grupą, wrażliwość na uczestników, poczucie humoru itp. To był moment, kiedy przyszła myśl, aby zacząć grać na bębnach i prowadzić warsztaty dla dzieci. Skok na głęboką wodę, bez przygotowania pedagogicznego, muzycznego, jakiegokolwiek. Z punktu rozumu czyste szaleństwo. Z punktu terapeutycznego – lek na wszelkie lęki, uczenie się brania odpowiedzialności za własne życie i poznawanie samego siebie w różnych nowych sytuacjach.

Napisałem wniosek o dotację, dostałem 25 tysięcy na start i otworzyłem działalność gospodarczą. Pierwsze zlecenia spłynęły po serii mistycznych zbiegów okoliczności. Wspomniane dzieci ze Stowarzyszenia „Handicap” straciły dotychczasowego nauczyciela od muzykoterapii i pani zaprosiła mnie do prowadzenia cyklicznych warsztatów. Kolega napisał projekt edukacji alternatywnej w trzech szkołach podstawowych uwzględniając właśnie mnie.

Siła pasji, bębnów, wspólnego muzykowania jest ogromna. Rytm sam w sobie ma wiele aspektów terapeutycznych, wymieniając tylko jeden, pozwala nam wyłączyć myślenie. Podobno każdego dnia przez nasz umysł przepływa 70 000 myśli, Eckhart Tolle powiedział, że 70% jest zupełnie bezużytecznych. Za dużo myślimy, za dużo mamy bodźców tych zewnętrznych i tych wewnętrznych, za dużo żyjemy w głowie w towarzystwie negatywnych myśli, sądów, osądów, przesądów. Gra na bębnach może uruchamiać zupełnie inne sfery mózgu, inny wymiar bycia tu i teraz. Pozwala wyłączyć myślenie i doświadczyć czegoś głębszego, czegoś, co jest bardzo pierwotne, związane z naturą i przyrodą, z poczuciem wspólnoty i z kolebką ludzkości. Dla mnie to pewnego rodzaju trans, flow, relaks, jakkolwiek to pojmujemy.

Wiem, że bębnisz z najtrudniejszą młodzieżą Wrocławia? Co sądzisz o muzykoterapii?

Bębny po prostu działają, prowadziłem warsztaty nie tylko z osobami niepełnosprawnymi, ale również cyklicznie w domu dziecka, w ośrodku socjoterapii i w najtrudniejszych gimnazjach wrocławskich. Wszędzie tam widziałem, jak chłopcy, z początku zawstydzeni, oporni, zalęknieni, z nutą pogardy i lekceważenia, powoli, powoli otwierają się na siłę rytmu, na wspólne muzykowanie, na sztukę. Sztuka uczłowiecza człowieka, a bębny są prostym instrumentem. Dla każdego. Mogą nam po prostu pomóc w tym procesie. Nie musimy mieć zaawansowanej techniki gry i wirtuozerii, aby grać podstawowe rytmy. To sprawa kilkunastu godzin pracy. Muzykoterapia to jedna z wielu form, które warto wprowadzać do edukacji dzieci i młodzieży, którym coraz trudniej koncentrować się w dzisiejszym świecie. Dużo pracuję z nauczycielami i upowszechniam metody muzykoterapeutyczne, głównie rytmikę.

Antonio Abreu, twórca orkiestr w fawelach Wenezueli, powiedział, że pogrążony w kryzysie świat może uratować tylko sztuka lub religia. Jeżeli jesteśmy osobami niewierzącymi pozostaje nam sztuka. Muzyka to dla mnie najpiękniejsza forma sztuki. Jeżeli potraktujemy ją jako formę terapii – tworzenie czy słuchanie piękna, to może nas wspomóc w wędrówce do zdrowych relacji ze sobą, przyrodą, drugim człowiekiem. Oczywiście może, nie musi. Żadna terapia sama w sobie nie ma magicznej siły bez dobrej woli i pracy człowieka.

Z tego, co widzę na stronie internetowej – działacie w całej Polsce i za jej granicami. Kim są wasi klienci? Jak pracujecie? Z czego jesteś dumny, a co należy usprawnić?

Oprócz wspomnianych już grup, z którymi pracujemy, klienci są bardzo różni. Ogólnie dwa światy – edukacyjny i biznesowy. Jeżeli chodzi o świat edukacji to oferuję warsztaty dla dzieci i warsztaty dla nauczycieli. Tutaj pracuję głównie sam. Nie są to tylko warsztaty muzyczne, bo muzyka, a konkretnie rytm, jest w nich metaforą. Punktem wyjścia. A jak to z metaforami bywa otwierają nieskończenie wiele drzwi. Moje wykształcenie a raczej doświadczenie pozwala mi łączyć wiele światów, wydawałoby się bardzo odległych. Rytm jest w muzyce tą siłą, która łączy. Prowadzę warsztaty z rytmiki, ale również z pedagogiki ciszy, ciała, kreatywności, komunikacji, budowania zespołów, liderstwa. Jestem z wykształcenia ekonomistą, więc mam wpisane niejako praktyczne podejście do rzeczywistości. Idea choćby najpiękniejsza ma działać, ma być zakorzeniona w rzeczywistości i się sprawdzać. Co mi po muzykowaniu, kiedy to nie przygotowuje dzieci do dorosłego, odpowiedzialnego życia, a jedynie produkuje narcystycznie odrealnionych artystów.

Specjalizuję się przede wszystkim w kształtowaniu umiejętności miękkich i społecznych. Prowadzę warsztaty o charakterze integracyjnym, rozrywkowym i szkoleniowym. Te trzy elementy są obecne w każdym moim działaniu. Pracuję z nauczycielami ucząc ich, jak pracować z dziećmi. Jak wykorzystywać instrumenty perkusyjne, rytm, ciszę, ciało, emocje w edukacji, jak wpleść to wszystko w podstawę programową, jak to wszystko może posłużyć do efektywniejszej realizacji podstawy programowej. Rytm kształtuje w nas umiejętności, które służą do uczenia się i doskonalenia innych przedmiotów. To umiejętność budowania nawyków, systematyczność, dyscyplina, konsekwencja w działaniu i przede wszystkim koncentracja, to wszystko jest wpisane w doświadczanie rytmu.

Dumny jestem z tego, że startując od zera, a raczej od minus jeden, nie utonąłem. Zaufałem Sile Wyższej i przeżywam przygodę życia. Mam możliwość współpracy z pięknymi ludźmi. Usprawniać raczej nic nie chcę, usprawniałem przez 10 lat, teraz wszystko dobrze działa, myślę bardziej o rozwoju, o nowych horyzontach. Ostatnio tworzyłem projekt orkiestry uniwersyteckiej studentów różnych stron świata we Wrocławiu. To zajęło mi 3 lata. Teraz myślę do czego to doświadczenie mnie zaprasza? Jaką lekcję mam do zaoferowania lub do odrobienia? Przez te lata kreatywna większość orkiestry to byli muzułmanie, miałem więc okazję uczyć się ich kultury, ich podejścia do życia. Kiedyś podróżowałem do Syrii, oprócz pięknych rytmów odkryłem Enneagram, mądrość suficką. To są genialne rzeczy. Przykre jest to, co dzieje się we współczesnym świecie, jak różne siły szczują nas przeciwko sobie, jakie kreują lęki, agresję w stosunku do tych ludzi, zresztą nie tylko tych. Dobrze jest nie płynąć z masą na fali nienawiści i promować inne spojrzenie na świat, zdrowe rzeczy. Polecam książkę „Ten Inny” Ryszarda Kapuścińskiego.

Co znaczy, że „patronką” twoich działań jest św. Teresa z Lisieux? Trochę mnie zaskoczył taki patronat…

Św. Tereska z Lisieux to temat na cały artykuł. W skrócie. Kiedy zobaczyłem jej zdjęcie zaintrygował mnie uśmiech chuligana w jej twarzy. Sam byłem niegrzeczny, więc od razu mnie zaciekawiło, kto to jest i dlaczego postać z tak szelmowskim uśmiechem jest uważana za osobę świętą. Jakiś czas po tym relikwie świętej Teresy były objazdem na światowym tournee i zawitały do Wrocławia. Dowiedziałem się o tym przez „przypadek”. Muzyka uczy mnie słuchać, wyłapywać dźwięki – zdarzenia w życiu codziennym, które są zaproszeniem, które mogą otworzyć drzwi do ciekawych przygód. Uczę się na błędach, więc staram się też odróżniać te, które są drzwiami do katastrof.

Akurat miałem bardzo duży kryzys po pierwszym roku nauki na bębnach, nie potrafiłem sobie poradzić ze swingowaniem rytmów. Mój nauczyciel również był bezradny. Już myślałem, że to nie ma sensu, chciałem rzucić wszystko. Dowiedziałem się o relikwiach i pojechałem je zobaczyć, coś mnie tam ciągnęło, ale nie jestem w stanie opisać co. Jakiś kapłan prowadził adorację i poprosił o przedstawienie próśb do świętej, która ponoć wiele może. Prosiłem oczywiście o zdrowie, ale również zagrałem w zakład Pascala. Powiedziałem, że albo mi Teresa pomożesz i zagram dobrze jutro na lekcji coś, czego sam z siebie nie mogę zagrać i to będzie oznaczać, że mam iść dalej bębniarską drogą, albo nie zagram i to będzie oznaczać, że mam rzucić to wszystko.

Na drugi dzień miałem lekcje. Zagrałem tak dobrze, że mój nauczyciel „spadł z krzesła”, pierwszy raz zapytał, czy nie mam jakichś korzeni w Afryce. Postanowiłem „zawodowo” powierzyć się tej świętej. Od tamtej pory dzieją się małe-wielkie cuda w moim życiu zawodowym, ale i też rodzinnym. Cudem jest to, że nadal istnieję, że udaje mi się wychodzić z kryzysów, załamań, rozczarowań, że pomimo trudnych doświadczeń trzymam rytm. Że świadczę usługi i wygłaszam wykłady w takich miejscach, mając dostęp do takich spotkań, osób, prezesów, artystów, z jakimi nigdy bym się w życiu nie spotkał, gdyby nie bębny.

No właśnie, pomówmy o bębnach. Jakie instrumenty obecnie najbardziej cię interesują i dlaczego?

Hang Drum. Kupiłem dwa lata temu. Piękny instrument, brzmienie, rytm i melodia, przestrzeń, muzykoterapia dla mnie samego, nowe horyzonty, nowe możliwości. W pedagogice Marii Montessori są ciekawe dwie idee. Przedmioty, którymi wypełnione jest pomieszczenie, stoją na półkach i czekają, aż dziecko się nimi zainteresuje, nawołują jakby do siebie. Przychodzi taki czas, kiedy dziecko samo odkrywa dany przedmiot, z własnej woli bierze go do ręki, bez zachęty opiekuna i wtedy jest ten moment. Zaczyna go poznawać, wchodzi z nim w relacje. Tak chyba jest z hangiem. Urzekł mnie brzmieniem już w 2007 roku we Wrocławiu. W 2017 go kupiłem, teraz po dwóch latach plumkania chcę zacząć więcej na nim grać.

Druga idea jest taka. Organizm sam się domaga, czego najbardziej potrzebuje np. dzieci uwielbiają w pewnym okresie chodzić po krawężnikach, bo mózg potrzebuje koordynacji. Klasyczny błąd rodziców to – z lęku o nie – zabranianie chodzenia po krawężniku. Więc ja sam nie zabraniam sobie nauki na hangu. Nie mówię, że szkoda czasu, że za późno, że donikąd mnie to doprowadzi, po prostu hang mnie wzywa. Może to będzie tylko zachcianka, głos pięknej syreny podczas podróży, a może coś więcej, może zaproszenie do kolejnej życiowej przygody? Będę grał i orientował się, dokąd mnie to prowadzi.

Bum Bum Rurki to, jak zauważyłem, jedno z twoich głównych narzędzi pracy. Opowiedz coś więcej o tym superuniwersalnym instrumencie?

Lubię bum bum rurki do prowadzenie dużych grup, zamieniania grup w orkiestry. Lubię je za dźwięki i kolory, łatwo można z nich wejść w plastykę. W rytm i w melodie. To jest ich siła. Pracuję dużo na bum bum rurkach z dziećmi. W jednej z podstawówek wymyśliliśmy prostą, uniwersalną zabawę dla rodziców i dla nauczycieli na te instrumenty. Pentatonic Game, filmiki, jak grać, jest na zakładce „Oferta dla Edukacji” Szkoły Rytmu.

Jakie było wasze największe osiągnięcie warsztatowe?

Tak z wysokiego C, to warsztaty dla kadry zarządzającej Volvo ze Szwecji, dla organizacji YPO, kilku korporacji międzynarodowych, orkiestry bum bum rurek w Operze Wrocławskiej, w Berlinie i we Lwowie. Z niskiego C to każde warsztaty, orkiestry bębnów dla dzieci, młodzieży, dorosłych, kiedy grupa tworzy ze sobą niezwykłą energię, synergię, flow. Jest zabawa i jest groove. Gra orkiestra!

Czy udzielasz się w jakichś projektach muzycznych?

Niestety, tylko w swoich własnych. Okazyjnie zapraszają mnie znajomi muzycy do pomuzykowania na różnego rodzaju jam session, bardzo lubię takie akcje. Rozmawiamy w Przesiece, siedząc na kameralnym festiwalu, organizowanym przez mojego rytmicznego przyjaciela Bodka Janke. Właśnie dziś wieczór będziemy muzykować w niezłym towarzystwie. Jest z nami Roland Peil, Sławek Dudar, Steffen Schorn i wielu innych profesjonalistów i amatorów. Piękny festiwal, codziennie koncerty na których z gwiazdami europejskiego jazzu może zagrać każdy. Marzy mi się muzyczny projekt, czekam na odpowiednie okoliczności. Ponoć kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się mistrz. Widocznie jeszcze nie jestem gotowy.

Jacy perkusjoniści cię inspirują i dlaczego?

Ci, których mam okazję poznawać i spotykać osobiście. To moi nauczyciele, Zdzisław Weyna, Radosław Nowakowski, Bodek Janke. A w mediach lubię takich, którzy potrafią grać prosto, którzy swoim brzmieniem wiedzą, jak potęgować brzmienie innych.

Jakie masz plany rozwoju? Co chciałbyś wdrożyć w Szkole Rytmu?

Jest takie powiedzenie – chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach. Jestem trochę „acoachingowy”, czasami nasze plany to tylko chęć kontroli i dominacji nad rzeczywistością. Życie to improwizacja. Nie wiem, co będzie jutro. Jedyny plan to być coraz bardziej człowiekiem wewnętrznie wolnym, uczyć się na błędach i uczyć się kochać samego siebie i ludzi, z którymi żyję. Jak jest groove to wszystko wraz z nim brzmi świetnie. Jak nie mam wewnętrznej wolności i autentycznej miłości, to życie dla mnie brzmi do dupy.

Rozmawiał: Wojtek Andrzejewski
Fot. Archiwum Piotra Gospodarczyka