Agnieszka Kołczewska

Dodano: 26.03.2020
Autor: Wojtek Andrzejewski

Z Agnieszką Kołczewską, jedną z najlepszych polskich perkusjonistek w Polsce, a z pewnością w Lublinie, rozmawia Wojtek Andrzejewski.

Wojtek Andrzejewski: Podobno miałaś być piosenkarką, a nie perkusjonistką? (śmiech)

Agnieszka Kołczewska: Moja miłość do bębnów i grania na nich wzięła się od tego, że chciałam... śpiewać. Okazało się jednak, że jakaś wspaniała siła pcha mnie w stronę rytmu. Posłuchałam jej i na poważnie zajmować się muzyką zaczęłam stosunkowo późno, bo dopiero w wieku 20 lat, kiedy to związałam się z zespołem Igor & BBK Acoustic Sound, gdzie grałam na przeszkadzajkach i śpiewałam drugim głosem.

Zaraz, zaraz, co to znaczy „związałam się"? Jakieś lekcje wcześniej?

Muzykę poznawałam sama. Byłam samoukiem. Z miłości do muzyki poznawałam ją z kaset magnetofonowych, książek, od kolegów bębniarzy, bo przypomnę, że rozmawiamy o czasach, kiedy nie było Internetu i serwisów streamingowych. Zdobywałam i studiowałam ubogą w tamtych czasach literaturę na temat instrumentów perkusyjnych i gry na nich. W wieku 22 lat poszłam do prywatnej szkoły muzycznej I i II stopnia im. Artura Rubinsteina w Lublinie i zaczęłam uczyć się gry na perkusji. Chciałam grać na congach, ale nie było tam takiej możliwości, więc zostałam przy perkusji. Chciałam jak najszybciej nauczyć się grać na tym instrumencie i choć uczyłam się szybko, miałam wrażenie, że postępy przychodzą bardzo powoli, co mnie wkurzało.

Przydała się perkusja w tym, co robisz dziś z djembe?

Oczywiście! Bardzo lubię grać na zestawie perkusyjnym. Nauczyłam się podstaw pulsacji, groove’u i myślenia o rytmie. Oczywiście granie na djembe to zupełnie inna bajka niż perkusja, jednak myślenie o rytmie jest podobne. Zestaw dał mi dużą świadomość przestrzeni w rytmie. Praca z tym instrumentem to był bardzo dobry czas w moim życiu...

Później uczyłam się rytmów arabskich. Grając z Jahiarem, Persem, poznawałam różne kultury muzyczne, różne inspirujące, orientalne instrumenty perkusyjne: darabuka, bongosy, dave. Najłatwiej przychodziła mi nauka rytmów afrykańskich. Być może w genach jest zakopane coś, czego nie wiem... W końcu wszyscy pochodzimy z Afryki.

No, ale w końcu przyszedł czas na pierwszy profesjonalny bęben...

Tak! (śmiech) Kocham wszystkie instrumenty grane z ręki. Ale djembe najbardziej. Mój pierwszy porządny bęben pozyskałam w 2001 roku w Belgii od rodowitego Afrykańczyka. Ale zanim go od niego kupiłam, musiałam na nim zagrać. Otoczył mnie krąg ciemnoskórych chłopaków, w których krwi płynęły afrykańskie rytmy i ja. Dałam radę. Pamiętam, że pokiwali głowami i uzgodnili, że mogą mi sprzedać instrument. Zanim zapłaciłam, sprzedający omiatał miotełkami ten bęben, głaskał skórę i powiedział: „Oddaję ci moją żonę”.

Kogo podglądałaś? Kto był tym pierwszym mistrzem, z którego czerpałaś?

Perkusjonista Carlosa Santany – Armando Peraza. Zajmował się bębnami i instrumentami perkusyjnymi po królewsku. Meksykanin. Zmarł, niestety, w 2014 roku. Ciarki biegały mi po plecach, kiedy go słuchałam. Jego podejście do muzyki było niesamowitym przeżyciem. W tej chwili bardzo inspiruje mnie basista Marcus Miller. W jego muzyce perkaszyny są bardzo ważne i mocno eksponowane np. afrykańska kora.

Zauważyłem, że śpiewasz podczas grania. To chyba trudne?

Właśnie tak! Ale mnie przychodzi jakoś naturalnie. Może dlatego, że bardzo chciałam śpiewać. Udaje mi się to z Orkiestrą Świętego Mikołaja, gdzie gram i śpiewam w chórkach. W zespole Młode Djembe również śpiewam.

Opowiedz o Orkiestrze Świętego Mikołaja.

Grałam tam przez 21 lat. Chyba najdłużej ze wszystkich projektów, w jakich uczestniczyłam. Nagrałam z nimi 14 płyt, które bardzo miło wspominam. Orkiestra św. Mikołaja to muzyka folkowa, ale inspiracje czerpie zewsząd, nie mieści się w prostych ramach gatunków i stylów muzycznych. Od lat pokazuje nieprzebrane bogactwo kultury tradycyjnej, tworząc muzykę nowoczesną, muzykę umykającą wszelkim kwalifikacjom.

Skupia się w niej ludowość, ale też osobiste fascynacje muzyczne każdego z artystów, choćby reggae’owy świat grającego po mnie perkusisty Jacka Warszawy z Dąbrówki, który przez wiele lat grał z Jackiem Kleyffem w ONZ czy basisty Zbyszka Kowalczyka, znanego na lubelskiej scenie bluesowej. Na próbach zespołu zawsze powstawały „kawałki” mocno osadzone w tradycji, ale bez problemu czytelne dla współczesnego słuchacza.

W Lublinie, w ACK UMCS Chatka Żaka, ale nie tylko w swoim mieście, bo także poza granicami Polski, prowadzisz „Nieustające Warsztaty Bębniarskie”. Jak ocenisz poziom uczestników tych zajęć?

Jest bardzo różny, jak to u ludzi. Każdy jest inny. Nie zmienia to faktu, że każdy może się nauczyć na tych warsztatach techniki gry na djembe oraz różnych instrumentach perkusyjnych świata, jak: quito, marakasy, vibra slap czy cowbell. Poznajemy rytmy afrykańskie, azjatyckie, kubańskie np. rytm Tumbao, Nanigo, Yeruba. Uczymy się również afrykańskich pieśni obrzędowych, które zwykle towarzyszą bębnom.

Zdarza się takie omyłkowe postrzeganie tych warsztatów. „A przyjdę sobie powalić w ten bęben”. Nie. Do spraw podchodzimy poważnie. Bębnić można sobie paluchami po stole, a na bębnach się gra. Profesjonalnie, w fajnej atmosferze. Zdarza się, że niektórzy uczestnicy warsztaty identyfikują się wyłącznie z nurtem reggae. Bardzo lubię reggae, ale uczę, że można grać na bębnach profesjonalnie, nie stosując żadnych używek. Bębny naprawdę z czasem dają coś więcej...

Zaraz po Słomie jesteś w Polsce jedną z najważniejszych animatorek ruchu bębniarskiego. Zapoczątkowałaś granie kobiet.

Przyjaźnimy się ze Słomą, choć on nigdy nie uczył mnie grać. Wiele razy graliśmy razem, czasami pojawiałam się u niego, by – jak on to mawia – „ożywić bęben” i pograć z jego składem. Kiedyś, jak zobaczył mnie z Orkiestrą Świętego Mikołaja, powiedział: „Będzie z ciebie bębniara”. Z czasem w Lublinie zaczęło się zgłaszać do mnie coraz więcej dziewczyn i kobiet, by spróbować gry na instrumencie, który jakoś niepotrzebnie był utożsamiany z instrumentem, na którym grają jedynie mężczyźni. Chociaż w Afryce, co potwierdziła koleżanka z Zimbabwe, Nolwazi, na djembe grają głównie faceci. Kobiety tańczą i śpiewają.

„Bębniara” to fajne określenie.

Powiedziałabym, że trochę rubaszne. Wolałabym być „perkaszynistką”-congistką. Kiedyś, jak byłam na Ukrainie, huculscy muzycy (górale karpaccy) mówili na mnie „bumba”, czyli dziewczyna solidnie grająca na bębnie. Bębniara to taka kobieta, która potrafi solidnie uderzyć w bęben, zagrać mocny, stabilny, pewny siebie groove. Chwalili, że czuję też ich muzykę.

Zajmujesz się też muzykoterapią. Przy pomocy bębnów można budować pewność siebie. Ty bębnami budujesz polskie dziewczyny.

Przez ponad 23 lata nauczyłam grać ponad tysiąc osób. Uważam, że muzykoterapia jest genialnym narzędziem do budowania człowieka. Zdarzały mi się grupy żeńskie, w których spotykały się panie w różnym wieku. I te baaaardzo doświadczone wiekiem, i te młodziutkie. Wszystkie panie doskonale odnajdują się w graniu na bębnach djembe i przy pomocy tych bębnów przepracowują różne swoje sprawy. Kobiety mają bardzo dobre poczucie rytmu.

Bębny jako instrument do muzykoterapii otwierają na świat, rozwijają półkule mózgowe i kiedy gramy na nich – obszar ten (udowodnione naukowo) lepiej się rozwija. Czy mężczyźni, czy kobiety – grając z prawej, lewej ręki rytmy proste, a także bardziej zaawansowane np. jedną ręką na djembe a drugą na marakasie, rozwijamy w sobie stabilność, rozważność i wytrwałość. Na warsztatach uczę także współpracy w grupie, sztuki improwizacji, otworzenia siebie na świat inności, rozwija się tolerancja. Muzyka łagodzi obyczaje i nie zna granic.

Wróćmy do muzyki rozrywkowej. Grałaś z wieloma znanymi zespołami m.in. Bajm. Czy spotkałaś kiedyś na koncertach pana od mikrofonów i pokręteł, który nie rozumiał roli perkusjonisty i proponował nagłośnić cię np. jednym mikrofonem?

Na szczęście nie. Nie spotkałam się także z perkusistami, którzy w tym, co graliśmy razem, nie robiliby przestrzeni dla mnie. To było bardzo miłe, grać z Krzyśkiem Nieściorem (Bajm). Totalnie uzupełnialiśmy się w graniu. Bawiliśmy się tymi dźwiękami w sekcji.

Są jakieś nowe rzeczy w bębnach, których aktualnie się uczysz?

Idę w stronę jazzu. Bardzo inspiruje mnie wspomniany Marcus Miller, gdzie perkaszyny w jazzie idą trochę „pod włos”. Tylko jeszcze trzeba umieć spaść na cztery łapy. Zawsze są u nas tematy, w których jest co robić i przy czym grzebać. Granie perkaszynami do jazzu to duża sztuka. Tu się inaczej improwizuje. Uwielbiam mieć co robić przy bębnach, bo wtedy żyje się jakoś fajniej. I życzę tego wszystkim grającym kolegom i koleżankom.

Agnieszka Kołczewska



Muzyk, wokalistka, kompozytor, animator kultury i ruchu bębniarskiego w Lublinie, autorka tekstów. Na swoim koncie ma ponad 2 tys. zagranych koncertów w Polsce i za granicą. Nagrała ponad 20 płyt z licznymi zespołami, również jako muzyk sesyjny (bębny, wokal), (muzyka rockowa, gospel, folk, reggae, poezja, muzyka teatralna i filmowa, religijna i inne). Współpracuje z zespołami Bajm, Młode Djembe, Escola! Ritmo, Teatr Andersena z Lublina. Gościnnie występowała z formacją Czeremszyna, Szekina, Markiem Andrzejewskim. Współtworzyła Jahiar Group, Gonble, Orkiestra św. Mikołaja, Igor & B.B.K. Acoustic Sound (wokalistka) Escola! Ritmo.

Gra na congach, djembe, darabuce, instrumentach perkusyjnych. Swoim entuzjazmem do bębnów zaraża innych m.in. ucząc gry na Artystycznych Warsztatach Umiejętności w ACK Chatka Żaka.

www.agabum.pl

 

Materiał przygotował: Wojtek Andrzejewski
Fot. Agnieszka Gontarska, Adam Bernau, archiwum artystki

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !
Powiązane artykuły