stdClass Object
(
    [id] => 4120
    [categories_id] => 2002
    [categories_type_id] => 1511
    [catalog_firm_id] => 1247
    [ulubionykiosk_id] => 2786
    [users_last_edit_id] => 770
    [assets_id] => 
    [name] => Meinl Viva Rhythm
    [alias] => meinl-viva-rhythm
    [introtext] => 

Z wypiekami na twarzy rozpakowywałem siedem paczek z instrumentami perkusyjnymi Meinl Viva Rhythm, które dojechały do mojego studia perkusyjnego na testy.

[fulltext] =>

„Wielkie pudła, wielkie bębny, ale jakie to wszystko jest lekkie!” – to pierwsze wrażenia, jakie towarzyszyły mi podczas noszenia paczek z djembe, congami i dun-dunami. Kolejne – już po wyjęciu bębnów z kartonów: „Cholera! Jak to dobrze brzmi!”. I następne: – „Pachnie plastikiem, ale to nic...”. No i jeszcze: – „Kurka! Jakie to drogie!”. I wiele innych, które niżej...

Zacznę z grubej rury, bo nie lubię owijać w bawełnę. Wściekłem się. Są piękne i brzmią super, ale... jest za drogo. Tak mi się przynajmniej wydało, widząc trzy proste, plastikowe bębenki BOOM Congas (stanowiące zaledwie jeden z wielu zestawów instrumentów Viva Rhythm), za które producent oczekuje aż 229 euro. Za kolejny komplet – SOFT SOUND SERIES Bass Drum – jeszcze lepiej, bo 289 euro. Policzyłem, że za wszystkie instrumenty, które dojechały do mnie na testy, i które widzisz na zdjęciach, powinienem zapłacić około 4 tys. zł. Sporo, jak za plastik – można pomyśleć, analizując ofertę producenta. Po kilku dniach dotarło do mnie, że to jest jednak naprawdę niedużo i zaraz was – mam nadzieję – do tego zdania przekonam.

Viva Rhythm to oferta dla grup (szkół) perkusyjnych. Nie dla weekendowo muzykującego Kowalskiego, tylko dla muzykoterapeutów i instruktorów, krzewiących w narodzie rytm. Pisałem kilka numerów temu, że znów modne staje się muzykowanie w Drum Circle i Meinl doskonale wyczuł ten czas, tworząc dla amatorów tanie w wytworzeniu, bo plastikowe instrumenty, które – wierzcie mi na słowo albo nie – urzekają brzmieniem. Zwłaszcza djembe, które wygląda na wielki, ciężki, senegalski bęben, brzmi łudząco podobnie, a waży może z kilogram.

Podobnie wspomniane wyżej zestawy cong i bębnów basowych. Kiedy zajrzałem do środka, ręce mi opadły. W oczy ukłuł mnie gierkowski plastik. Za to na zewnątrz – każdy instrument eksploduje barwami, ciepłem i co najważniejsze – urzekającym brzmieniem. Bas jak w afrykańskich dun-dunach. Głęboki. Conga? Może nie drewniana i jakaś taka mała, a w niej druga (bo w komplecie są dwie), ale odzywa się jak conga z najwyższej półki. Po takich doświadczeniach człowiek zaczyna się zastanawiać: – O co do cholery w tym wszystkim chodzi? Odpowiedź na to pytanie pojawia się, kiedy trzeba te wszystkie zabawki spakować do samochodu i pojechać do ludzi na jakiś warsztat...

Lekkie, estetycznie wykonane, ekstatycznie brzmiące, bez problemu mieszczące się w samochodzie osobowym (w przypadku autora tego tekstu – Ford Fusion), bez dopychania nogą. Większość tych instrumentów to „wańka-wstańka”. Jeden wchodzi w drugi i oszczędza przestrzeń. Nie udałoby mi się przewieźć na jeden kurs 12 afrykańskich bębnów djembe i nie umrzeć przy załadunku lub zaraz po.

Ogromnym rozczarowaniem był dla mnie zestaw pionowych skrzynek caiXoN & caiXoNet, za które producent oczekuje aż 269 euro. Niestety, niewypał. Brzmią fatalnie. Ani slap, ani bas nie jest tak soczysty, jak choćby w najtańszym cajonie do samodzielnego montażu tego samego producenta. Oczywiście, pomijam fakt, że wygląda jak klęcznik... Ich jedyną ogromną zaletą, pomijając walory brzmieniowe, jest to, że mogą na nich grać osoby, które np. nie mogą się schylać lub ich ciało ma inne ograniczenia, wykluczające granie na klasycznym cajonie. Z muzykoterapeutycznego punktu widzenia – rewelacja. Każdy, kto organizuje warsztaty perkusyjne wie, że w tych działaniach nie tak bardzo istotne jest brzmienie instrumentu (bo nie nagrywamy płyty w studio), jak to, by instrument: po pierwsze – był, po drugie – dawał radość grającemu na nim w grupie. Zwłaszcza temu, kto ma ograniczone możliwości ruchowe. Zatem nie wprost, ale mamy kolejny sukces producenta. Tylko ta cena. Zlitujcie się...

Z racji tego, że w czasie pisania owego tekstu stać mnie było jedynie na charakterystyczny dla tej serii czerwony cowbell, za który producent oczekuje 29 euro, instrument natychmiast mi się spodobał. A pisząc poważnie – jest to w końcu najważniejszy, bo przebijający się przez wszystkie inne instrumenty, nadający rytm instrument, niezwykle też wymagający wyczucia time’u. Trzymany wyłącznie w ręku, umiejętnie tłumiony, pozwala wybrzmiewać bardzo klarownie, różne nuty i rytmy, napędzające bębniarski krąg. Nie miałem zastrzeżeń wobec VivaRhythm Cowbell – Red. Może oprócz tego, że czerwona farba jest bardzo podatna na „razy” od czarnej, specjalnej pałki. No, ale spracowany cowbell to nie wychuchany cowbell. Robi lepsze wrażenie wizualne, a na pewno bardzo dobre pod względem brzmienia.

W zestawie, który dostałem do testów od Meinla, znalazł się potężny, kolorowy VivaRhythm Crystal Shaker. Jak w przypadku opisanych wcześniej cajonów, mniemam, że jego najważniejszą funkcją jest to, że jest. Nie kosztuje majątku, bo raptem 19 euro, a jest wykonany całkiem przyzwoicie, brzmieniowo i wizualnie daje użytkownikowi dużo radości. Tylko ta tandetna nalepka z logo „Viva Rhythm”, która odkleja się pod wpływem spoconej ręki. Naprawdę nie dało się ładniej tego zorganizować?

Najlepsze wrażenie zrobiły na mnie dwa duże bębny djembe, jakie z oferty Meinl Viva Rhythm przysłał mi producent. 14-calowy, syntetyczny naciąg, sztywny plastikowy i wysoki korpus. Lekki, brzmiący tak, jak wspominałem wcześniej – senegalski odpowiednik tego instrumentu. Byłem w totalnym szoku, że sztuczny instrument może tak dobrze brzmieć. Konkretnie instrument z białym naciągiem. Jego odpowiednik, wykonany w technologii SOFT SOUND SERIES, jaką Meinl zastosował w instrumentach basowych i djembe z charakterystycznymi, czarnymi, miękkimi, „skóropodobnymi” naciągami Napa, odzywa się zdecydowanie inaczej. Napa daje ciepłe brzmienie. W relacji z dłonią, dla mniej wprawionych „warsztatowiczów”, instrumenty te są przyjaźniejsze w obsłudze. W przypadku 14-calowych bębnów basowych z Napą (...i bez Napy też), producent w zestawie dołączył trzy solidne, ale lekkie i miękko zakończone pałki – po jednej dla każdego instrumentu z zestawu. Zastosowanie syntetycznych naciągów jest we współczesnym świecie sporym atutem w oczach klientów szkół perkusyjnych, którzy są przeciwni wykorzystywaniu zwierząt. Brawo! Cena 14-calowych bębnów djembe to 129 euro. Drogo...

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem spot reklamowy instrumentów Viva Rhythm, przeczuwałem, że będzie to w moich oczach kontrowersyjna linia produktów producenta. Nie mogłem się doczekać, kiedy się z nią zapoznam. Wygląda świetnie i za wyjątkiem cajonów – też brzmi świetnie. Z logistycznego punktu widzenia – lekkością, poręcznością i ergonomią wygrywa z każdym innym producentem, który udziela się w sektorze instrumentów adresowanych do szkół perkusyjnych i grup warsztatowych. Niby jest drogo, ale patrząc globalnie – w cenie jednej solidnej congi możemy mieć kilkanaście instrumentów plastikowych, które znajdą zastosowanie nie u jednego, lecz u kilkunastu uczestników spotkania Drum Circle. Naprawdę, nie sądziłem, że w ostatnich słowach, po wielu kalkulacjach związanych z zabawkami, jakie podesłał mi producent, napiszę, że one tak naprawdę nie są drogie...

Fot. Perkusjonista, Meinl

[price] => 0.00 [price_old] => [meta_title] => [meta_description] => [meta_data] => [published] => 1 [date_modified] => 2018-03-08 09:39:22 [date_created] => 2018-02-07 12:01:51 [date_publish] => 2018-02-07 12:01:51 [date_publish_down] => 0000-00-00 00:00:00 [hits] => 0 [checked_out] => 0 [checked_out_time] => 0000-00-00 00:00:00 [ceneo_phrase] => [firm_name] => MEINL [firmId] => 1247 [firmAlias] => meinl [firmWww] => [categoryTitle] => Perkusjonalia [link] => /sprzet/testy-sprzetu/perkusjonalia/4120-meinl-viva-rhythm [linkCategory] => /sprzet/testy-sprzetu/perkusjonalia )

Meinl Viva Rhythm

Dodano: 07.02.2018
Rodzaj sprzętu: Perkusjonalia
Dostarczył: MEINL
Wojciech Andrzejewski

Z wypiekami na twarzy rozpakowywałem siedem paczek z instrumentami perkusyjnymi Meinl Viva Rhythm, które dojechały do mojego studia perkusyjnego na testy.

„Wielkie pudła, wielkie bębny, ale jakie to wszystko jest lekkie!” – to pierwsze wrażenia, jakie towarzyszyły mi podczas noszenia paczek z djembe, congami i dun-dunami. Kolejne – już po wyjęciu bębnów z kartonów: „Cholera! Jak to dobrze brzmi!”. I następne: – „Pachnie plastikiem, ale to nic...”. No i jeszcze: – „Kurka! Jakie to drogie!”. I wiele innych, które niżej...

Zacznę z grubej rury, bo nie lubię owijać w bawełnę. Wściekłem się. Są piękne i brzmią super, ale... jest za drogo. Tak mi się przynajmniej wydało, widząc trzy proste, plastikowe bębenki BOOM Congas (stanowiące zaledwie jeden z wielu zestawów instrumentów Viva Rhythm), za które producent oczekuje aż 229 euro. Za kolejny komplet – SOFT SOUND SERIES Bass Drum – jeszcze lepiej, bo 289 euro. Policzyłem, że za wszystkie instrumenty, które dojechały do mnie na testy, i które widzisz na zdjęciach, powinienem zapłacić około 4 tys. zł. Sporo, jak za plastik – można pomyśleć, analizując ofertę producenta. Po kilku dniach dotarło do mnie, że to jest jednak naprawdę niedużo i zaraz was – mam nadzieję – do tego zdania przekonam.

Viva Rhythm to oferta dla grup (szkół) perkusyjnych. Nie dla weekendowo muzykującego Kowalskiego, tylko dla muzykoterapeutów i instruktorów, krzewiących w narodzie rytm. Pisałem kilka numerów temu, że znów modne staje się muzykowanie w Drum Circle i Meinl doskonale wyczuł ten czas, tworząc dla amatorów tanie w wytworzeniu, bo plastikowe instrumenty, które – wierzcie mi na słowo albo nie – urzekają brzmieniem. Zwłaszcza djembe, które wygląda na wielki, ciężki, senegalski bęben, brzmi łudząco podobnie, a waży może z kilogram.

Podobnie wspomniane wyżej zestawy cong i bębnów basowych. Kiedy zajrzałem do środka, ręce mi opadły. W oczy ukłuł mnie gierkowski plastik. Za to na zewnątrz – każdy instrument eksploduje barwami, ciepłem i co najważniejsze – urzekającym brzmieniem. Bas jak w afrykańskich dun-dunach. Głęboki. Conga? Może nie drewniana i jakaś taka mała, a w niej druga (bo w komplecie są dwie), ale odzywa się jak conga z najwyższej półki. Po takich doświadczeniach człowiek zaczyna się zastanawiać: – O co do cholery w tym wszystkim chodzi? Odpowiedź na to pytanie pojawia się, kiedy trzeba te wszystkie zabawki spakować do samochodu i pojechać do ludzi na jakiś warsztat...

Lekkie, estetycznie wykonane, ekstatycznie brzmiące, bez problemu mieszczące się w samochodzie osobowym (w przypadku autora tego tekstu – Ford Fusion), bez dopychania nogą. Większość tych instrumentów to „wańka-wstańka”. Jeden wchodzi w drugi i oszczędza przestrzeń. Nie udałoby mi się przewieźć na jeden kurs 12 afrykańskich bębnów djembe i nie umrzeć przy załadunku lub zaraz po.

Ogromnym rozczarowaniem był dla mnie zestaw pionowych skrzynek caiXoN & caiXoNet, za które producent oczekuje aż 269 euro. Niestety, niewypał. Brzmią fatalnie. Ani slap, ani bas nie jest tak soczysty, jak choćby w najtańszym cajonie do samodzielnego montażu tego samego producenta. Oczywiście, pomijam fakt, że wygląda jak klęcznik... Ich jedyną ogromną zaletą, pomijając walory brzmieniowe, jest to, że mogą na nich grać osoby, które np. nie mogą się schylać lub ich ciało ma inne ograniczenia, wykluczające granie na klasycznym cajonie. Z muzykoterapeutycznego punktu widzenia – rewelacja. Każdy, kto organizuje warsztaty perkusyjne wie, że w tych działaniach nie tak bardzo istotne jest brzmienie instrumentu (bo nie nagrywamy płyty w studio), jak to, by instrument: po pierwsze – był, po drugie – dawał radość grającemu na nim w grupie. Zwłaszcza temu, kto ma ograniczone możliwości ruchowe. Zatem nie wprost, ale mamy kolejny sukces producenta. Tylko ta cena. Zlitujcie się...

Z racji tego, że w czasie pisania owego tekstu stać mnie było jedynie na charakterystyczny dla tej serii czerwony cowbell, za który producent oczekuje 29 euro, instrument natychmiast mi się spodobał. A pisząc poważnie – jest to w końcu najważniejszy, bo przebijający się przez wszystkie inne instrumenty, nadający rytm instrument, niezwykle też wymagający wyczucia time’u. Trzymany wyłącznie w ręku, umiejętnie tłumiony, pozwala wybrzmiewać bardzo klarownie, różne nuty i rytmy, napędzające bębniarski krąg. Nie miałem zastrzeżeń wobec VivaRhythm Cowbell – Red. Może oprócz tego, że czerwona farba jest bardzo podatna na „razy” od czarnej, specjalnej pałki. No, ale spracowany cowbell to nie wychuchany cowbell. Robi lepsze wrażenie wizualne, a na pewno bardzo dobre pod względem brzmienia.

W zestawie, który dostałem do testów od Meinla, znalazł się potężny, kolorowy VivaRhythm Crystal Shaker. Jak w przypadku opisanych wcześniej cajonów, mniemam, że jego najważniejszą funkcją jest to, że jest. Nie kosztuje majątku, bo raptem 19 euro, a jest wykonany całkiem przyzwoicie, brzmieniowo i wizualnie daje użytkownikowi dużo radości. Tylko ta tandetna nalepka z logo „Viva Rhythm”, która odkleja się pod wpływem spoconej ręki. Naprawdę nie dało się ładniej tego zorganizować?

Najlepsze wrażenie zrobiły na mnie dwa duże bębny djembe, jakie z oferty Meinl Viva Rhythm przysłał mi producent. 14-calowy, syntetyczny naciąg, sztywny plastikowy i wysoki korpus. Lekki, brzmiący tak, jak wspominałem wcześniej – senegalski odpowiednik tego instrumentu. Byłem w totalnym szoku, że sztuczny instrument może tak dobrze brzmieć. Konkretnie instrument z białym naciągiem. Jego odpowiednik, wykonany w technologii SOFT SOUND SERIES, jaką Meinl zastosował w instrumentach basowych i djembe z charakterystycznymi, czarnymi, miękkimi, „skóropodobnymi” naciągami Napa, odzywa się zdecydowanie inaczej. Napa daje ciepłe brzmienie. W relacji z dłonią, dla mniej wprawionych „warsztatowiczów”, instrumenty te są przyjaźniejsze w obsłudze. W przypadku 14-calowych bębnów basowych z Napą (...i bez Napy też), producent w zestawie dołączył trzy solidne, ale lekkie i miękko zakończone pałki – po jednej dla każdego instrumentu z zestawu. Zastosowanie syntetycznych naciągów jest we współczesnym świecie sporym atutem w oczach klientów szkół perkusyjnych, którzy są przeciwni wykorzystywaniu zwierząt. Brawo! Cena 14-calowych bębnów djembe to 129 euro. Drogo...

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem spot reklamowy instrumentów Viva Rhythm, przeczuwałem, że będzie to w moich oczach kontrowersyjna linia produktów producenta. Nie mogłem się doczekać, kiedy się z nią zapoznam. Wygląda świetnie i za wyjątkiem cajonów – też brzmi świetnie. Z logistycznego punktu widzenia – lekkością, poręcznością i ergonomią wygrywa z każdym innym producentem, który udziela się w sektorze instrumentów adresowanych do szkół perkusyjnych i grup warsztatowych. Niby jest drogo, ale patrząc globalnie – w cenie jednej solidnej congi możemy mieć kilkanaście instrumentów plastikowych, które znajdą zastosowanie nie u jednego, lecz u kilkunastu uczestników spotkania Drum Circle. Naprawdę, nie sądziłem, że w ostatnich słowach, po wielu kalkulacjach związanych z zabawkami, jakie podesłał mi producent, napiszę, że one tak naprawdę nie są drogie...

Fot. Perkusjonista, Meinl