Śląski Festiwal Perkusyjny - z motyką na słońce?

Dodano: 07.03.2019

100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości przyszło nam świętować w sposób wyjątkowy – podczas festiwalu perkusyjnego. Czy sukces warszawskiego festiwalu Meinl z 2016 roku był jednorazowy? Czy tylko opolski Drumfest jest w stanie udźwignąć logistycznie taką imprezę? Śląskie Centrum Perkusyjne zawiesiło sobie wysoko poprzeczkę, czy aby nie za wysoko?

Porównanie do pamiętnego festiwalu Meinl w Warszawie nie jest przypadkowe także z innego względu. Śląski Festiwal Perkusyjny odbył się przy wsparciu niemieckiej firmy, ale zanim machniemy ręką komentując: „A, to jednak Meinl ogarnął…”, zaznaczamy, że wsparcie ograniczyło się do kwestii artystów, a cały ciężar organizacyjny spoczywał na barkach chorzowskiego sklepu. Jest to niezwykle ważne, biorąc pod uwagę, jakie wyzwanie postawiło przed sobą Śląskie Centrum Perkusyjne. Forma i program imprezy był najeżony miejscami, które aż prosiły się o to, by się „wysypać”. Tym samym naturalnie nasuwa się pytanie, czy sklep nie podszedł do tego wydarzenia zbyt ambitnie?

DZIEŃ I MIEJSCE IMPREZY?

Na miejsce całego wydarzenia Śląskie Centrum Perkusyjne wybrało Chorzowskie Centrum Kultury. Dwupoziomowa sala w teatralnym stylu mogąca pomieścić około 450 osób także nasuwała skojarzenia z warszawskim festiwalem Meinla, który odbył się przecież w teatrze Roma. Pojemność wydawała się idealna, biorąc pod uwagę skalę promocji i dzień imprezy. Wszystko wskazywało, że frekwencja dopisze, co nie jest przecież teraz tak oczywiste. Mieliśmy spokojną śląską niedzielę, a pamiętajmy też, że poniedziałek 12 listopada był także dniem wolnym.

REPERTUAR I ATRAKCJE?

Plan imprezy obejmował występy trzech solistów i dwóch duetów. Do tego każdy z wykonawców reprezentował inny styl gry i gatunek muzyki.

Główną gwiazdą wieczoru był Mike Johnston, szanowany edukator, którego gościliśmy na naszych łamach w numerze listopad 2018.

Jeżeli chodzi o atrakcje to czekała na gości loteria z nagrodami, gdzie można było wygrać m.in. talerz crash Meinl Pure Alloy.

W wygodnym foyer znajdował się także Ślunski Geszeft, czyli sklepik Śląskiego Centrum Perkusyjnego, gdzie można było kupić pamiątkowe gadżety. Organizatorzy postanowili też zapełnić luki, jakie pojawiają się zawsze między występami artystów. Rozwiązaniem problemu przestojów miały być wstawki filmowe „na żywo”, rzecz absolutnie pionierska, jeżeli chodzi o polskie imprezy perkusyjne.

WRAŻENIA

Zarówno wybór obiektu, jak i dzień imprezy, to posunięcia niezwykle udane. Frekwencja dopisała, ponieważ przez cały dzień festiwalu przewinęło się około 400 osób, które nie musiały tak bardzo patrzeć na zegarek i gonić do domu z racji obowiązków, jakie ich czekały dzień później. Dzięki temu pojawili się goście niemal z całej Polski, co nas bardzo cieszy! Co ciekawe, byli to po prostu fani perkusji, natomiast kilka mocno udzielających się postaci świata perkusyjnego tradycyjnie nie zdobyło się na, jak się okazuje, ciężki zabieg wysunięcia nosa poza swoje miasto, zasłaniając się mglistymi tłumaczeniami, z czego najbardziej idiotyczne dotyczyły kolizji marek. Cóż, media społecznościowe jedno, praktyka drugie. Jak bardzo bezsensowne jest zasłanianie się markami perkusyjnymi świadczył bardzo miły fakt obecności osób, które pod kątem biznesowym mają naprawdę z Meinlem nie po drodze. Chodzi tu o przyjemne wizyty przedstawicieli polskiego Music Info czy też wielkiego niemieckiego konkurenta Gewa Drums.

Pod kątem sceny i zaplecza Centrum Kultury sprawdziło się doskonale! Przestronne garderoby, swoboda w poruszaniu, prywatność dla artystów, czyli dokładnie wszystko, co trzeba. Scena także dawała duże możliwości ekipie technicznej, głęboka z wieloma warstwami kotar, typowo teatralna. Klimat Centrum Kultury robił swoje, dając poczucie uczestnictwa w ważnym wydarzeniu, a nie kolejnej klinice czy warsztacie.

Organizatorzy zostali nieco zaskoczeni frekwencją, która w pewnym momencie przytłoczyła punkt odbioru wejściówek. Długa kolejka stopniowa rozładowywała się, jednak trzeba było zaczekać dodatkowe pół godziny na rozpoczęcie festiwalu, aż wszyscy zasiądą spokojnie w fotelach.

FESTIWAL WYGLĄDAŁ NASTĘPUJĄCO:

Przywitanie Wojtka Węglarczyka, szefa Śląskiego Centrum Perkusyjnego. Wojtek w górniczym kasku ślůnsko godko dał znak do rozpoczęcia festiwalu i zapowiedział Wojtka Deręgowskiego.

Młody perkusista na swoim wspaniałym Slingerlandzie zaprezentował urozmaicony program, zachęcając do zadawania pytań, związanych z szerokim aspektem pracy z bębnami.

Zaraz po występie Wojtka na ekranie pojawił się redaktor naczelny Perkusisty, który siedząc wśród publiczności przeprowadził krótki wywiad z Mariuszem Mocarskim, a po chwili zapowiedział występ Kerima Lechnera. Jeżeli ktoś narzekał na senność, to z pewnością „Mirek” postawił go na nogi.

Po występie Kerima znowu nie było rozbijającej rytm imprezy przerwy, ponieważ naczelny Perkusisty przeprowadził na balkonie teatralnym szybką rozmowę z pierwszym tego dnia duetem. Robert Luty i Piotr Żaczek to gwarancja wspaniałej prezentacji gry sekcji. Jest to chyba najbardziej zgrana sekcja rytmiczna w Polsce.

Po trzech występach przyszedł czas na godzinną przerwę, gdzie wszyscy zgromadzeni mogli rozprostować kości, wrzucić coś na ząb w okolicznych knajpkach (co jednak nie okazało się tak łatwe).

Druga część festiwalu rozpoczęła się od szybkiego przemówienia Marcusa Lipperera z ramienia Meinl Distribution. Marcus pojawił się na scenie w polskim szaliku i szczerze podziękował za organizację festiwalu oraz za tak liczne przybycie. Z zakulisowych rozmów wiemy, że nie była to kurtuazja. Atmosfera święta perkusyjnego udzieliła się Marcusowi, który na scenie opisał całość jako ważny element w budowie środowiska perkusyjnego w Polsce, nie skupiając się przy tym na indoktrynacji marką Meinl. Wyszedł poza ten klasyczny schemat, co naszym zdaniem jest warte odnotowania.

Następnym artystą był Josh Dion, który miał pojawić się na scenie wraz ze swoim basistą Geoffem Kralym. Zanim jednak wskoczył za swój zestaw Yamahy, połączyliśmy się z garderobą, gdzie artysta pitrasił wraz z naczelnym Nowakiem… bigos. Odrobina pozytywnej błazenady ze strony naszego naczelnego dodała nieco humoru i po chwili duet był już na scenie prezentując świetny program artystyczny, oparty o piosenki śpiewane i grane na klawiszach przez Josha! Był to jeden z ciekawszych występów tego dnia, który dodał olbrzymiego kolorytu do całości.

Zanim za bębnami pojawił się Mike Johnston opadła kotara, a z przodu sceny stanęli Florian Graf z Meinl Distribution oraz Mariusz Badoń ze Śląskiego Centrum Perkusyjnego, co oznaczało loterię z nagrodami. Dwie „sierotki” przeprowadziły całą zabawę w sposób rewelacyjny, głównie za sprawą pomysłu Mariusza, który wyznaczył Floriana do czytania wszystkich wylosowanych polskich nazwisk.

Wreszcie finał imprezy w osobie Mike’a Johnstona. Tutaj można mieć mieszane odczucia. Z jednej strony był to przemyślany występ ze scenariusza, do którego poziomu nie ma co się przyczepić. Z drugiej strony jednak brakowało w tym wszystkim pełnej szczerości, ciepła i spontaniczności, która wynika chyba z tego, że artysta nie jest muzykiem grającym regularne trasy. Niemniej jednak przedstawił bardzo wartościowy program, który zainspirował wielu widzów, a to chyba jest w tym wszystkim najważniejsze.

Na samym końcu oczywiście mieliśmy podpisywanie i wspólne zdjęcia, co jest tradycją tego typu festiwali.

OCENA?

Tak, jak dwukrotnie zostało wspomniane na początku, Śląskie Centrum Perkusyjne zawiesiło sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Patrząc na wszystkie punkty programu i to, jak przebiegła cała impreza, należą się drużynie sklepu pod wodzą Wojtka Węglarczyka wielkie słowa uznania. Pewnie udźwignęli na swoich barkach całe wydarzenie. Świetna ekipa techniczna, zarówno pod kątem nagłośnienia, jak i rejestracji video, to pokaz profesjonalizmu i wzajemnego szacunku. Tylko przyklasnąć! Naprawdę możemy być dumni, że tego typu wydarzenia dzieją się w Polsce.

Jeżeli działania ekipy sklepu w ramach festiwalu są odzwierciedleniem tego, jak funkcjonuje Śląskie Centrum Perkusyjne, to mamy do czynienia z jakością, stojącą na światowym poziomie, a trochę już w życiu nasza redakcja na świecie widziała.

Zdjęcia: Marcin Pawłowski
Tekst: Salemia