Bill Ward

Dodano: 12.07.2018

Wpływ, jaki Bill Ward wywarł na całe pokolenia bębniarzy, jest niezaprzeczalny. Black Sabbath otworzyło nowy rozdział w historii muzyki rockowej, dając początek „zarazie”, która miała nazwę heavy metal.

Szkoda, że wielu perkusistów zapomina, z jakim bagażem muzycznym Bill tworzył słynne partie bębnów. Bill czerpał duże inspiracje z jazzu, co słychać wyraźnie w wielu kompozycjach i solowych popisach muzyka.

Ostatnie lata nie były zbyt łaskawe, jeżeli chodzi o życie artystyczne weterana perkusji. Bill wszedł w konflikt z resztą muzyków Black Sabbath i nie dane nam było oglądać całej oryginalnej czwórki na pożegnalnej trasie koncertowej. Zastępował go Tommy Clufetos, który oddał hołd Wardowi, stylizując swój zestaw na bębny Billa. Mimo to Bill nie zamierza kończyć z muzyką i ostatnie miesiące były dla niego pracowite. „Spędziłem pięć miesięcy na tworzeniu, nie mogę przestać tego robić. Pisałem muzykę i kończyłem moją książkę z różnymi wierszami i innymi tekstami. Pracuję nad wydaniem Day Of Errors (projekt muzyczny Billa).”

A o czym mówimy dokładnie? „Czułem się bardzo samotnie w 2012, nie grałem na perkusji. Pomyślałem, że może uformuję mój własny zespół, gdzie będę z powrotem bębnił. Jakoś tak w 2013 zacząłem szukać dwóch pozostałych ludzi i uformowałem Day Of Errors. Zagraliśmy kilka sztuk w zeszłym roku, które zostały przyjęte bardzo dobrze. Mam nadzieję powtórzyć to we wrześniu, październiku, listopadzie i grudniu, póki co jedynie w Stanach.” W międzyczasie podpytaliśmy go o kilka podstawowych rzeczy, o które czasami ciężko zapytać w dłuższej, poważnej rozmowie. Po prostu się o nich zapomina.

Perkusista: Jaki był twój pierwszy zestaw perkusyjny?

Bill Ward: Mój pierwszy zestaw to Premier. Był wykonany z mahoniu. Miał 20” centralkę i 4” drewniany werbel. Miałem tam też tom koncertowy, który był naprawdę niewielkich rozmiarów, miał może 9”x8”. Nie było nas stać na floor tom, dlatego miałem tylko centralkę, werbel i jeden tom. Ten zestaw był świetny, dużo się nauczyłem, grając na nim. Miałem go do momentu, kiedy dostałem Ludwiga, a musiało sporo wody upłynąć do tego czasu. Myślę, że Premiera dostałem, gdy miałem 15 lat, do tego czasu musiałem pożyczać zestawy od innych. Grałem do płyt na tym zestawie, aż skończyłem 17 lat.

Brałeś u kogoś jakieś lekcje, czy jesteś samoukiem?

Sam się uczyłem. Nigdy nie brałem lekcji u innych, ale obracałem się w takim towarzystwie, gdzie było wielu bębniarzy. Nawet, gdy byłem jeszcze w szkole, to chodziłem do pubów i klubów w Birmingham i obserwowałem każdego perkusistę, który tam grał. Widziałem Jima Capaldi z Deep Feeling, mało tego – siedziałem na scenie zaraz koło niego i obserwowałem, jak gra. Kiedy Clive Bunker grał z Jethro Tull, zakradałem się z boku sceny, żeby tylko coś podpatrzeć z jego gry. W tamtych czasach było tak wielu świetnych bębniarzy, a ja obserwowałem każdego. Micky Evans miał na mnie największy wpływ. Miał sklep perkusyjny w Birmingham, przychodziłem tam każdego dnia przez wiele lat i przyglądałem się. Był też inny gość, nazywał się Lionel Rubin, który grał dla BBC w czasie lunchu. To był taki rodzaj zespołu, który gra w czasie talk show w telewizji, bardzo często to oglądałem. Można powiedzieć, że ci wszyscy perkusiści byli moimi nauczycielami, w jakimś sensie. Rozumiejąc to w ten sposób… okazuje się, że miałem ich wielu. Kiedy zastanawiam się nad swoim wychowaniem, to czuję się jak ktoś, komu bardzo się poszczęściło w życiu. To był cudowny czas dla bębniarzy.

Na kim się wzorowałeś będąc młodym bębniarzem?

W West Midlands mieliśmy swoją perkusyjną społeczność. Wszyscy gromadziliśmy się wokół sklepu Micky’a Evansa. Bywało tak, że do sklepu przychodziło siedmiu lub ośmiu perkusistów, siadaliśmy i demonstrowaliśmy sobie nawzajem, czego nowego się nauczyliśmy. W formie podobnej do tej, co widzimy podczas kliniki perkusyjnej. Czasem przychodził Bonham i pokazywał nam w ten swój nonszalancki sposób, jak gra trójki na centrali. Dużo też opowiadał o Buddym. W sumie my wszyscy dużo o nim rozmawialiśmy. Między nami perkusistami zawsze była ta koleżeńska więź, mimo, że każdy z nas wyjeżdżał co chwilę gdzieś do pracy.

Jaka była pierwsza piosenka, którą nauczyłeś się grać?

Słuchałem wielu piosenek i starałem się ich uczyć. Kiedy w wieku 14 lat byłem w swoim pierwszym zespole, graliśmy dużo popowych kawałków i coś w stylu Chucka Berry. Posuwaliśmy się nawet do tego, żeby grać rzeczy Howlin’ Wolf. To było na tyle ekstremalne, na ile mogli pozwolić sobie 14-latkowie. Robiłem, co mogłem, słuchałem piosenek i starałem się je odtwarzać na swoim zestawie.

Jak rozwinąłeś swoje brzmienie?

Opierałem strojenie swoich bębnów na brzmieniu Gene’a Krupy, Buddy’ego i Joe’a Morello. Wiedziałem, jak mają brzmieć moje bębny i zrobiliśmy, co mogliśmy, by tak to brzmiało na moim poobijanym zestawie Ludwiga. Spędziłem bardzo dużo czasu wśród perkusistów, ucząc się, jak wydobywać odpowiednie dźwięki. Wiedziałem, jakiego dźwięku poszukuję i co będzie dla mnie najlepsze odnośnie tego, co graliśmy w danym czasie. Najważniejsze były moje floor tomy ze względu na to, jak je stroiłem, ponieważ zabieraliśmy się już za kawałki typu Black Sabbath, dlatego potrzebowałem w tych tomach dużo mocy. Potrzebowałem tego, by się przygotować i zabrać za takie rzeczy, jak Fairies Wear Boots. Stroiłem tak, aby zachować integralność dźwięku, jednocześnie starając się dać zestawowi trochę luzu. Pamiętaj, proszę, że w tamtych czasach nie używaliśmy nagłośnienia do bębnów, wszystko było na żywo, bez mikrofonów. To było nie lada wyzwanie, nie da się zaprzeczyć, a mięśnie, jakie sobie przy tym wyrobiłem – nie uwierzyłbyś! Błogosławię dzień, w którym ktoś wreszcie powiedział: „Możemy nałożyć kilka mikrofonów na twój zestaw?”, bez zastanowienia powiedziałem: „Nie krępuj się chłopie, ja tu umieram!”.

Jaki jest klucz do twojego stylu grania?

Gdyby nie wpływ jazzu, bębnienie w Black Sabbath brzmiałoby zupełnie inaczej. Jazzowe i rockowe klimaty były dla mnie dokładnie tym, czego potrzebowały nasze kawałki. Tony Iommi również miał wpływy jazzowe. Graliśmy swing. Fairies Wear Boots to trochę taki blusowy swing. Black Sabbath nie ma w zasadzie określonego time’u. Wracaliśmy po prostu do momentu, gdzie Tony kładł główne dźwięki piosenki, a ja wpuszczałem w to miejsce trochę swoich talerzy. Mierzyliśmy to wszystko za pomocą talerzy i gitary Tony’ego. Jeżeli będziesz chciał znaleźć tam gdzieś „raz”... to tylko się wkur*isz!

Jaki był najważniejszy moment w twojej karierze?

Jako dziecko marzyłem, żeby być jak Elvis i wydać jakiś hit. Myślałem wtedy, że coś takiego pomogłoby rozwiązać wszystkie moje problemy. Naturalnie, to nie jest takie proste… Jednak nasze pierwsze nagranie pojawiło się na listach przebojów, bodajże na pozycji 27, a tym kawałkiem był Black Sabbath. Dowiedzieliśmy się o tym w londyńskim pubie, nasz wydawca nam powiedział, że weszliśmy na listę. Spojrzałem na Tony’ego, Tony na mnie i jedyne, co powiedziałem to: „O mój Boże.”. Nie wiedziałem, co mam czuć. Jednocześnie czułem się dziwnie, jakoś niekomfortowo i byłem podniecony. Dokonaliśmy wreszcie czegoś po długich staraniach.

Jaki jest klucz do tego, aby pozostać muzykiem przez tak długi czas?

Jedną z rzeczy, które uwielbiałem w Sabbath, było to, kiedy byliśmy w trasie, a były takie momenty, kiedy byliśmy w niej naprawdę bardzo długo, byliśmy okropnie zmęczeni, wręcz wykończeni. Pojawialiśmy się na jakimś gigu, a byliśmy tak zmęczeni, że momentalnie padaliśmy i zasypialiśmy w naszej garderobie. Nasz manager wpadał i mówił: „Chłopcy, macie 20 minut”. Obecnie muszę być na nogach co najmniej dwie godziny przed występem, mam masę rzeczy do zrobienia. Kiedyś mieliśmy 20 minut i po prostu wszyscy wstawaliśmy z krzeseł. Wszystko, czego wtedy chcieliśmy, to iść spać… na kilka dni. Wytrzymałość zespołu widać właśnie po tym, że bez względu na obrażenia, wychodziliśmy na scenę. Gdy tylko się podnosiliśmy, to było jak „Bam!”. Obrywaliśmy niesamowitą siłą. Zespół wychodził na scenę, jakby ktoś przełączył nam jakieś pstryczki w środku. Kiedy kończyliśmy występ, wracaliśmy do garderoby i padaliśmy tak, jak tuż przed koncertem. Występ był zawsze priorytetem. Nigdy się nie poddaliśmy.

Najlepsza rada, jaką kiedykolwiek dostałeś?

Być szczerym wobec siebie… Jeżeli chodzi o muzykę i moje życie rodzinne, ta rada bardzo mi pomogła. Dzięki temu lepiej się czuję sam ze sobą. Jestem szczery w odniesieniu do tego, kim jestem, gdzie jestem i co myślę. Nie zawsze życie układało się po mojej myśli, ale zdolność bycia szczerym to mój codzienny prezent dla siebie. Być zdolnym do mówienia prawdy to wielki dar.

Przygotowali: Salemia, Artur Baran, Rich Chamberlain