Perkusyjna szkoła bębniarzy Black Sabbath

Dodano: 13.02.2020

Black Sabbath to zespół, w którym perkusiści mają za zadanie grać ciężko, do tyłu, a popisy prędkościowe i techniczne nie są absolutnie konieczne.

Okazuje się jednak, że ten poligon muzyczny ma w sobie cały zestaw wytrawnej gry perkusyjnej. W sam raz na długie jesienne wieczory posłuchamy legendarnej kapeli, której urocza okładka pierwszej płyty wpisuje się w ten okres roku.

Są pionierami mrocznej ciężkiej muzyki i wpłynęli nie tylko na kształt heavy metalu. Wielu artystów różnych gatunków, także tych poza rockiem, przyznaje się do inspiracji popularnymi Sabbathami. Jak każda legenda rocka przechodził wzloty i upadki, czasy tłuste i chude. W lutym 2020 roku minie 50 lat od wydania debiutanckiego albumu, który na zawsze zmienił oblicze muzyki.

Perkusiści Black Sabbath to doskonała lekcja rockowego grania w najlepszym możliwym wydaniu. Dotyczy to zarówno perkusistów na płytach studyjnych, jak również bębniarzy, którzy zaistnieli jedynie na koncertach. Skąd takie stanowcze stwierdzenie?

– Muzyka zespołu często korzystała z podziałów trójdzielnych, które są najłatwiejsze do zachwiania, z którymi, jak zauważamy, perkusiści mają problemy, szczególnie u nas.
– Kompozycje mają w sobie wiele przestrzeni, które wiążą się z doskonałym wyczuciem czasu. Ciężkie, stąpające przejścia wymagają dużej dawki solidności.
– Praca w sekcji, która w swoisty sposób kroczy i niesie gitary oraz wokal.
– Przede wszystkim jednak służba muzyce, o której tak często mówimy. Zbalansowanie mocnej, niekiedy bardzo pilnej gry z rolą solidnego fundamentu pod ciężkie riffy.

NASZA PERKUSYJNA LISTA PIOSENEK BLACK SABBATH

Piosenka lub piosenki, płyta i bębniarz:

The Wizard oraz Wicked World – Black Sabbath (Ward)
War Pigs, Hand Of Doom oraz Rat Salad – Paranoid (Ward)
Sweet Leaf oraz Children Of The Grave – Master Of Reality (Ward)
Wheels Of Confusion oraz Supernaut – Vol. 4 (Ward)
Sabbra Cadabra – Sabbath Bloody Sabbath (Ward)
Symptom Of The Universe – Sabotage (Ward)
Gypsy – Technical Ecstasy (Ward)
Johnny Blade oraz Air Dance – Never Say Die (Ward)
Lonely Is the Word – Heaven and Hell (Ward)
Slipping Away – Mob Rules (Appice)
Disturbing The Priest – Born Again (Ward)
Turn To Stone – Seventh Star (Singer)
The Shining – Eternal Idol (Singer)
Devil & Daughter – Headless Cross (Powell)
Sabbath Stones oraz Valhalla – Tyr (Powell)
Computer God oraz TV Crimes – Dehumanizer (Appice)
Psychophobia – Cross Purposes (Rondinelli)
Kiss Of Death – Forbidden (Powell)
Age Of Reason oraz Damaged Soul – 13 (Wilk)

 

Na przestrzeni ponad 40 lat działalności studyjnej zmieniały się składy, a z nimi bębniarze. Mimo wszystko idea zawsze była podobna, nawet w połowie lat 80, gdzie zespół przytapirował mocniej włosy, wciąż chodziło o utrzymanie ciężkości sekcji. Był to też okres największych zawirowań personalnych do takiego stopnia, że niektórzy kompletnie pomijają ten okres zespołu. Dochodziło do nieco przewrotnych sytuacji, gdzie ówczesne Black Sabbath miało otwierać koncerty dla solowych występów Ozzy’ego Osbourne’a.

Zespół koncertowy głównie z racji niedyspozycji Billa Warda (z różnych powodów) miał w swoich szeregach znakomitych bębniarzy. Zdecydowana większość z nich utrwaliła swoją grę, jak nie na albumach studyjnych, to na albumach koncertowych. Kilku perkusistów miało przyjemność zapisać się w historii Black Sabbath tylko jako zastępcy na koncertach. Mike Bordin był naturalnym wyborem z racji współpracy z Ozzym, ale pojawił się moment, gdzie trzeba było zastąpić nawet Mike’a. Padło na Shannona Larkina, który początkowo został uznany za zbyt młodego do gry w zespole, jednak w wyniku nacisków m.in. Roberta Trujillo może odhaczyć fakt oficjalnej gry na scenie.


Fot. Robert Wilk

Wspomnienie tej sytuacji w wykonaniu perkusisty Godsmack jest rozbrajające: „Samolot zawrócił, ponieważ mieliśmy pożar elektryki. Patrzyłem na te wszystkie przejęte twarze gwiazd rocka, wyraz twarzy Ozzy’ego był klasyczny. Patrzyłem przez okno i śmiałem się, że jak ten samolot się rozbije, to zostanę nieśmiertelny jako bębniarz Black Sabbath. Byłem gotowy, by zginąć z Black Sabbath tego dnia!”. Można i tak. Nie zapomnijmy jeszcze o perkusiście, który nazywa się Terry Chimes. Teoretycznie był oficjalnym garowym zespołu, ale nie zapisał się na żadnym albumie, jedynie widzimy go w teledysku do piosenki The Shining (nagranej z Singerem) z płyty Eternal Idol i jakoś tak zupełnie nam nie żal, że go nie było na dłużej (sorry, Terry).

Oto ranking bębniarzy Black Sabbath, którzy zapisali się na oficjalnych wydawnictwach z uwzględnieniem wkładu w brzmienie zespołu.

8. BEV BEVAN

Bardzo zasłużony, wieloletni perkusista zespołu Electric Light Orchestra znajduje się tu tylko symbolicznie. Teoretycznie jego działanie w zespole skierowane było w stronę występów na żywo, ale został odnotowany na jednej płycie, gdzie dogrywał… talerze. Na albumie Eternal Idol w utworze tytułowym oraz w instrumentalnym Scarlet Pimpernel faktycznie słychać dodatkowe talerze. Było to spowodowane nie tyle cudownymi umiejętnościami uderzania w blachy, co po prostu faktem bycia pod ręką Tony’ego Iommiego w chwili, gdy Eric Singer wyczuł lepsze perspektywy u Gary’ego Moore’a. Słychać go też na kilku nagraniach koncertowych w rozszerzonych edycjach płyt.

7. TOMMY CLUFETOS

Fot. Robert Wilk

Najmłodszy ze wszystkich, jedyny urodzony w latach 70 i to w ostatniej chwili. W tym czasie już nie było Ozzy’ego w zespole. Jego historia to bardzo ciekawy przykład niesamowitego szczęścia, chociaż nie można mu odmówić wielkich umiejętności. Wędrował od Teda Nugenta przez Roba Zombie i Alice’a Coopera, aż wreszcie trafił do zespołu Ozzy’ego Osbourne’a. W chwili, gdy sytuacja z Billem Wardem stanęła w martwym punkcie jego dołączenie do zespołu było w zasadzie oczywiste i tym razem nikt nie miał obiekcji co do jego wieku, jak to było wcześniej z Larkinem.

Tommy dawał olbrzymie poczucie bezpieczeństwa na scenie. Potężny, stabilny groove, do tego niespożyta energia i wielka kultura gry. Dodatkowo potrafił zagrać bardzo stylowo, oddając klimat kompozycji, przez co miało się wrażenie, że słuchamy bębniarza z tamtego okresu. Nigdy nie był uznawany za oficjalnego członka Black Sabbath i nigdy nie pojawił się w oficjalnych materiałach, promujących koncerty, tam miejsce było zarezerwowane dla Billy’ego Warda.

CO WARTO POSŁUCHAĆ?

Jego gra na płycie koncertowej The End: Live in Birmingham, gdzie znajduje się również jego perkusyjne solo. Mimo wszystko warto prześledzić grę na tym albumie pod kątem dopasowania się do piosenek w charakterze, w jakim powstawały.

 

 

6. BOBBY RONDINELLI

Pierwsze wizyty Black Sabbath w Polsce to właśnie ten perkusista w składzie. Podczas drugiej wizyty w 1995 roku warszawski koncert odbył się w… namiocie cyrkowym, który pełnił rolę klubu muzycznego (dwa lata później wystąpił tam też Alice Cooper, pierwszy raz w Polsce, dla raptem kilkuset osób). Był to okres przeplatania się perkusistów w zespole. Cozy Powell, nawet Bill Ward, ale to Bobby był najbardziej eksploatowany z przyjemnej wielkości zestawem bębnów mało znanej marki GMS z wielkim gongiem Paiste za plecami.

Perkusista wyszlifował swoje nazwisko przede wszystkim w zespole Rainbow, do którego dołączył w momencie, gdy odpadł w ostatnim etapie przesłuchań do KISS, które wygrał zresztą podobny do niego z wyglądu Eric Carr. Pierwsze podejście do Sabbathów Bobby miał przy okazji nagrywania wyjątkowo bezpłciowej płyty Cross Purposes. Zespół po lekkim podniesieniu znowu znalazł się na bardzo ostrym zakręcie, tym bardziej, że muzyka rockowa zaczęła szukać nowych rozwiązań stylistycznych. Bobby to przedstawiciel starej rockowo-metalowej szkoły, opartej na wyśmienitej technice. Chciałoby się powiedzieć – typowo amerykański bębniarz. W Polsce bardzo mało znany, a szkoda.

CO WARTO POSŁUCHAĆ?

Ciężko zachęcić do słuchania całej płyty Cross Purposes, ale wybraliśmy z niej dwa utwory: Psychophobia i Immaculate Deception. Perkusyjnie akurat nie ma co tu narzekać. Pierwszy z nich ma świetny perkusyjny motyw przewodni. Drugi utwór mógłby być jakąś tanią podróbką Sabbathów aż do momentu refrenu, gdzie bardzo płynnie Bobby rozpędza piosenkę. Jego kunszt perkusyjny można za to spokojnie podziwiać na Cross Purposes Live, gdzie znajduje się także mała solóweczka.

 

 

5. BRAD WILK

Perkusista, który nigdy nie był uznany za oficjalnego członka Black Sabbath, ale miał zaszczyt nagrać ostatni album w historii zespołu, czyli 13. Sytuacja o tyle dziwna nie z racji tego, że Brad kojarzony jest z nieco inną stylistyką w związku z grą w Rage Against The Machine, bo przecież podobny ruch był w przypadku Mike’a Bordina z Faith No More. Chodzi tu oczywiście o odsunięcie na boczny tor dość oczywistego rozwiązania, jakim był Tommy Clufetos. Decyzję podjął jednak producent Rick Rubin, który uznał styl Wilka jako pasujący do zespołu właśnie z racji groove’iącego charakteru Rage’ów.

Biorąc pod uwagę materiał, jaki znajduje się na płycie, Brad Wilk dobrze wykonał swoją robotę. Sam mówił: „Za każdym razem, jak grałem, zastanawiałem się: „Czy spodobałoby się to Billowi Wardowi? Czy byłoby to ok?”. Bardzo często przewijały mi się takie myśli. Jednocześnie myślałem też: „Ok, jestem kolesiem, który stworzył pewne brzmienie, jeszcze zanim dołączył do Black Sabbath, więc trzeba to zostawić nietknięte.” Dorastając chciałem być jak Bill Ward i chciałem się uczyć z tych wszystkich winyli, grając jego partie wciąż i wciąż.” Album tak naprawdę wyprzedził sławą swoją treść i mimo rzetelnych kompozycji nie ma co się zachwycać. To miał być ostatni album i tak najczęściej będzie opisywany na kartach historii, a nie z racji tego, że znajduje się tam jakaś wyjątkowa kompozycja. Ciekawe jest to, że mocne aspiracje do nagrania tej płyty miał… Chad Smith. Jedna chyba Wilk pasuje tu lepiej.

CO WARTO POSŁUCHAĆ?

Wybraliśmy tu pod kątem perkusyjnym dwie piosenki. Pierwsza jest dość oczywista z racji otwierającego motywu bębniarskiego czyli Age Of Reason. Jednak zdecydowanie ciekawsza jest Damaged Soul. Tutaj Brad Wilk pokazuje spore umiejętności, bardzo szeroki zakres dynamiczny, a przez to dużo subtelności w swojej grze. Mógł pójść na całej płycie właśnie w tym kierunku, mógł…

 

 

4. ERIC SINGER

Wspaniały bębniarz, znany przede wszystkim z gry w KISS, a także wieloletniej współpracy z Alicem Cooperem. Eric Singer trafił do Sabbathów w bardzo kiepskim momencie, zespół leciał na totalne dno swojej kariery i kolejna płyta miała być po prostu albumem solowym Iommiego. Jest to o tyle przykre, że Singer do zespołu z takim dorobkiem jak Black Sabbath, który znajduje się w realiach lat 80 pasuje jak ulał, ponieważ w swojej grze łączył ówczesną nowoczesność z tradycją, głównie poprzez bardzo świeżą i dynamiczną grę. Tylko, że musiałby być spełniony jeden warunek – musiałby być zespół. Tymczasem był to zbiór muzyków sesyjnych pod wodzą Tony’ego Iommiego.

Naciski wytwórni doprowadziły do wydania albumu Seventh Star pod szyldem zespołu, a w roli wokalisty pojawiło się kolejne gardło znane z Deep Purple (po Ianie Gillanie na wcześniejszej płycie Born Again) czyli Glenn Hughes. Nie nam oceniać teraz samą płytę, bo jest to ciekawa pozycja do analizy, ale ma ona swoich zwolenników, niewielu, ale ma. Pierwsze oznaki krystalizowania się jakiejś formy zespołu zaczęły pojawiać się przy okazji kolejnej płyty Eternal Idol. Miała ona również fatalny odbiór, ale widać tam już było jakieś zalążki spójności całego materiału. Eric czuje się tam także znacznie pewniej i odważniej. Chwilę po tej płycie opuścił zespół zapewne ze względów merkantylnych.

CO WARTO POSŁUCHAĆ?

Dwa albumy, które przez fanów uznawane są za jedne z najsłabszych w dyskografii zespołu. Nie oznacza to jednak, że nie ma tam zupełnie nic wartego uwagi. Na Seventh Star mamy utwór Turn To Stone, rozpoczynający się od fajnej metalowej gonitwy, typowej dla Singera. Warto zwrócić uwagę, jaki drive utrzymuje w tej piosence Eric! Na Eternal Idol otwierający płytę The Shining jest zwiastunem tego, w jakiej konwencji perkusista będzie się czuł najlepiej. Do tego piosenka tytułowa z ciekawą pracą na tomach.

 

 

3. VINNY APPICE

Fot. Robert Wilk

Rok 1998 i po serii mocno naciąganych koncertów zespołu Black Sabbath wreszcie przyjeżdża oryginalne Black Sabbath, no prawie… Okazuje się, że znowu nie uświadczymy Billa Warda. W jego miejsce za bębnami młodszy z braci Appice (starszy Carmine jest jednym z pionierów rocka). Rozwiązanie jak najbardziej słuszne, ponieważ Vinny miał już duże doświadczenie gry w zespole. Był etatowym perkusistą Ronniego Jamesa Dio i w chwili, gdy trzeba było szybko kogoś zatrudnić, wydawał się idealny. Zresztą jest to chyba najlepiej pasujący bębniarz do zespołu zaraz po Billym Wardzie. Vinny ma piekielnie ciężką łapę! Dla młodszych perkusistów jest muzykiem wręcz nudnym, ale z upływem lat zaczyna się doceniać jakość gry i jak wspaniałym oparciem jest dla pozostałych muzyków, szczególnie w takiej stylistyce. Swego czasu lubił otaczać się bębnami. Kilkanaście bębnów dookoła tworzyło efektowną konstrukcję, która faktycznie nic nie wnosiła do gry. W katowickim Spodku zaprezentował taką budowlę i zgromadzona publiczność tylko czekała, kiedy podwieszane z boku wielkie bębny wylądują na deskach.

Vinny był pierwszym zmiennikiem Billy’ego w zespole, jednak działo się to już po bardziej spektakularnej zmianie wokalisty, dzięki czemu nie powinna na nim ciążyć tak wielka presja. Z pewnością tak by było, jakby miał czas przygotować się do koncertów, a nie w biegu zastępować oryginalnego perkusistę, nie znając tak naprawdę do końca repertuaru. Uporał się z wyzwaniem i dało to obraz, że mamy przed sobą wielki perkusyjny potencjał nie tylko z racji umiejętności gry, ale radzenia sobie ze stresem. Drugie podejście do zespołu miał przy płycie Dehumanizer, gdzie do wokalnego sitka kapeli wrócił jego kierownik Ronnie James Dio. Kolejne podejścia także były związane głównie z pojawianiem się Dio w zespole.

CO WARTO POSŁUCHAĆ?

Przede wszystkim mamy płytę koncertową Live Evil, gdzie Vinny sprawdza się nam na żywo. Jeżeli chodzi o nagrania studyjne to z pewnością wymykający się nomen omen Slipping Away z całej bardzo dobrze wybębnionej płyty Mob Rules. Zresztą podobnie dobre wrażenie Appice pozostawia po sobie w przypadku płyty Dehumanizer. Tam mamy genialny wręcz groove, otwierający album w utworze Computer God. Jest to, niestety, zapomniana przez perkusistów zagrywka perkusyjna, czego należy żałować, ponieważ pokazuje, jak można płynnie wejść w piekielnie ciężki utwór bez robienia zamieci na zestawie. Poza tym Vinny świetnie prowadzi muzyków przez cały album i dobrym tego przykładem jest chociażby TV Crimes.

 

 

2. COZY POWELL

Fot. Getty Images - Fin Costello-Redferns

Jeden z najwybitniejszych perkusistów rockowych w historii. Brytyjski gigant, który jako jeden z niewielu perkusistów miał także owocną karierą solową. Bębniarz, będący prawdziwą rockową osobowością, przez co wychodził poza ramy świata perkusji. Perfekcyjny technik z olbrzymim zasięgiem dynamicznym, jego partie bębnów to przykład muzycznej perfekcji. Doskonała mieszanka wszystkich najlepszych atrybutów, jakie można spotkać u perkusisty. Gdyby stosować technikę sportową należałoby go nazwać najlepszym perkusistą, jaki przewinął się przez zespół, co wcale nie znaczy, że pasował najlepiej.

Cozy miał to do siebie, że jak gdzieś wchodził to na całego i tak też było, gdy wkraczał do Sabbath, które znajdowało się w mocnym dołku. Tak, jakby liczył, że uda mu się ożywić markę pod swoim kierownictwem lub raczej współkierownictwem. Przejął stery produkcyjne i stworzył z Iommim duet liderów, obierając konkretny kurs, reanimując stopniowo zespół. Patrząc z perspektywy czasu na płyty Headless Cross i Tyr mamy do czynienia ze świetnej jakości muzyką. Z drugiej strony jest ona bardzo daleka od gustów fanów, nie tylko tych, co uznają Ozzy’ego Osbourne’a za jedynego słusznego wokalistę zespołu, ale też tych, którzy do tego grona dołączają Ronniego Dio. Sama muzyka z pewnością broni się po latach, co nie jest takie oczywiste z produkcjami metalowymi końca lat 80. Wielka w tym zasługa Cozy’ego.

Niestety, Tony Iommi pogubił się w pewnym momencie w podejmowaniu decyzji co do przyszłości zespołu i zawirowania na stołku wokalisty spowodowały, że Cozy się spakował i opuścił kapelę. Jest to jeden z tych momentów historii zespołu, gdzie pojawia się pytanie „Co by było, gdyby…?”. Drugie podejście do Sabbathów miał kilka lat później przy okazji albumu Forbidden, ale było już stanowczo za późno, zarówno na takie granie, jak i na samego Cozy’ego w zespole. Jego jakość gry jest jednak mocno wyczuwalna i stanowi spoiwo całego albumu. 3 lata później Cozy zginął w wypadku samochodowym w wieku 50 lat.

CO WARTO POSŁUCHAĆ?

Cozy zagrał na trzech albumach studyjnych. Z płyty Headless Cross warto posłuchać partii bębnów w Devil & Daughter, która jest ładnym nośnikiem utworu. Na uwagę zasługuje tu fantastyczna praca sekcji, w podobnej konwencji na kolejnej płycie utrzymany jest Heaven in Black. Zresztą cały album jest pełen smaczków perkusyjnych, jak np. cudowne wejścia na refren w piosence tytułowej. Album Tyr jest dojrzalszy, bardziej Sabbathowy, chociaż to wciąż widoczny heavy metal lat 80. Tutaj mamy utwór Sabbath Stones, który jest typową konwencją zespołu, gdzie mamy spokojny początek przeplatany refrenami i wreszcie nośne szybkie zakończenie. Cozy wiedział, jak takie rzeczy grać. Jeżeli chcemy poczuć możliwości brzmieniowe w grze Cozy’ego odpalmy sobie Valhallę, tam usłyszymy, jak sprawnie korzysta ze swojego zestawu. Na płycie Forbidden świetnym rozwiązaniem są podwójne stopy w Illusion of Power. Końcowy Kiss Of Death to znowu typowe Sabbathowe budowanie napięcia, ale tym razem z interesującym przesunięciem balastu, fajne rozwiązanie.

 

 

1. BILL WARD

Fot. Getty Images/ Fin Costello

Pierwszy, dla niektórych jedyny bębniarz Black Sabbath, który dla nas, Polaków, jest wielkim rozczarowaniem. Dlaczego? Zapytajcie, ile razy zagrał w Polsce z zespołem… Musimy to jednak przegryźć i cieszyć się stertą nagrań, jakie nam pozostały.

Inspiracje ulubionymi artystami są dla nas czymś zupełnie oczywistym, ale pamiętajmy, że Bill Ward nie miał takiego… Billa Warda, którym mógł się inspirować. „Słuchałem Count Basie i Glenna Millera, a także dużo amerykańskich big-bandów. Moim mentorem był Gene Krupa, bardzo często go słuchałem. Potem przyszedł czas na The Shadows, The Ventures oraz inne instrumentalne zespoły z lat 50 i 60. Bardzo zachęciły mnie do gry, szczególnie Ringo Starr, bo potrafiłem grać mniej więcej to, co on. Oczywiście, nie porównuję siebie do Ringo w tym momencie. Duży wpływ miał na mnie także Elvis. Utwór Jailhouse Rock był dla mnie wielkim odkryciem, na zawsze zmienił mnie jako dziecko.”

Bill przechodził długą drogę i słychać na kolejnych płytach ewolucję jego gry: „Swój potencjał zacząłem odkrywać przy Master of Reality. Artykulacja stopy stała się gładka na Vol. 4 i wszystko miało się dobrze, kiedy doszliśmy do Sabbath Bloody Sabbath.” Punktem kulminacyjnym rozwoju Billa była płyta, którą nagrał jako przedostatnią w pierwszym okresie swej bytności w kapeli: „Never Say Die był najtrudniejszym albumem Black Sabbath. Byliśmy zmęczeni i zespół zaczynał się rozpadać. To był straszny okres, ale mimo to jestem zadowolony ze swojej gry na tej płycie. Właściwie to na płycie jest sporo partii bębnów, z których jestem zadowolony. Niestety, tkwiłem w szponach postępującego nałogu. Musiałem pić codziennie. Szczęśliwie na nagraniach nie słychać śladu mojej ówczesnej kondycji. Stworzyliśmy bardzo dobry album, lecz sytuacja w zespole oraz każdego z nas indywidualnie, zaczęła się zmieniać. Łatwo jest robić dobrą muzykę, gdy wszystko idzie świetnie, ale niezwykle trudno stworzyć coś przyzwoitego, gdy wszystko rozpada się na kawałki. Dlatego płyta jest zwycięstwem i pokazuje siłę zespołu.”

Później wszystko zaczęło się sypać i tak dobrze odbierany album Heaven And Hell rodził się w wielkich bólach: „Alkohol dosłownie rzucił mnie na kolana w połowie trasy Heaven and Hell. Wiedziałem, że dłużej już tak nie mogę. Stało się, przekroczyłem pewną granicę i już nie było odwrotu. To był koniec. Załamałem się, zrezygnowałem z trasy i dwa lata spędziłem na odwyku, zanim doszedłem do siebie.” W jego miejsce wskoczył Vinny Appice, ale Bill pojawił się jeszcze raz w studio z zespołem, czysty jak łza nagrał bardzo kontrowersyjny album, gdzie śpiewa Ian Gillan, wokalista Deep Purple.

Powrót do świata żywych był chyba taki, jak ta płyta: „Pierwsze duże przeżycie miałem, kiedy nagrywałem Born Again na trzeźwo. Zero narkotyków, zero alkoholu. Czułem się jakby oderwany od siebie, myślałem, co się ze mną dzieje, do cholery?”. Jako perkusista musiałem nauczyć się wszystkiego na nowo. Każdy wtedy brał jakieś używki albo pił, więc nikt nie mógł mi pomóc, bo sam przez to przechodził.” Nie udało się dźwignąć odpowiedzialności i trasa promocyjna płyty odbyła się bez niego. Perkusista nie był w stanie podjąć dłuższej, odpowiedzialnej współpracy. Trzeba było czekać kilkanaście lat na powrót w szeregi zespołu, chociaż po drodze zagrał kilka wspólnych koncertów. Oryginalna czwórka spotkała się jeszcze raz w studio przy okazji dwóch piosenek do płyty Reunion i wydawało się, że razem zakończą to, co razem zaczynali. Niestety, pojawiły się pozamuzyczne problemy, związane głównie z finansami. Zespół zakończył działalność bez Billy’ego. Wielu fanów ma o to słuszny żal.

CO WARTO POSŁUCHAĆ?

Wielki fan naszego Gene’a Krupy. Wpływy takiej muzyki słychać w grze Billy’ego szczególnie w początkowym okresie. Z debiutanckiego albumu wybraliśmy The Wizard oraz Wicked World. Surowe i z dużą dawką młodzieńczej fantazji z potrzebą wygrania się. Płyta Paranoid nie jest ulubiona z racji brzmienia: „Nigdy nie byłem zadowolony z brzmienia na Paranoid. Pracowaliśmy z tym, co mieliśmy. Nie było takich możliwości, jak dzisiaj i bębny na koniec brzmiały dla mnie trochę nijak. Kiedy na płycie występują przerywniki na samej perkusji, to brzmi jak klekotanie a nie prawdziwy instrument. Grałem też w tych czasach bardzo głośno.”

Obecne wersje brzmieniowe płyty są bardzo przyjemne, ciepłe i miękkie. Tutaj warto pograć War Pigs, które jest dobrym ćwiczeniem na trzymanie time’u. Hand Of Doom to duża różnorodność łącznie z tym, jak należy grać po metalowemu shuffle. Rat Salad to naturalny wybór ze względu na perkusyjny, w zasadzie solówkowy charakter całej kompozycji. Z płyty Master Of Reality polecamy Sweet Leaf, gdzie od połowy mamy konkretną jazdę na bębnach. Tutaj też trzeba wymienić wielki hit, jakim jest Children Of The Grave: „Wepchnąłem całą masę nowych zagrywek, które ćwiczyłem przez trzy lata. Mam tu na myśli np. partię podwójnej stopy w Children Of The Grave. Stosuję w tym kawałku dużo różnorodnych podziałów na bęben basowy, a lewą ręką gram na timbalesie. Ponadto eksperymentowałem także z nakładaniem na siebie kilku ścieżek perkusji.”

 

 

Wielka dojrzałość perkusyjna jest słyszalna na płycie Vol. 4. Motyw do Supernaut to przykład wspaniałej organicznej gry. Cały album to dawka intrygującego bębnienia, poczynając od otwierającego Wheels Of Confusion. To jednak płyta Sabbath Bloody Sabbath jest uznawana za punkt zwrotny w kwestii instrumentalnej Billa. Dojrzałość gry np. w Sabbra Cadabra jest tego dowodem. My jednak gremialnie twierdzimy, że Bill maturę z perkusji zdał już na wcześniejszej płycie. Na Sabbath Bloody Sabbath już mamy dojrzałego bębniarza. Płyta Sabotage kojarzy się głównie z Symptom Of The Universe i słusznie, bo to świetnie wybębniony utwór.

Drugi okres rozwoju Billa to płyta Technical Ecstasy, tam też słyszymy go w post beatlesowskiej piosence jako wokalistę, ale odpuśćmy sobie ten mocno średni numer… Ciekawszy jest kawałek Gypsy, bardzo perkusyjny. Świetnie też buja w Dirty Women. To był okres, gdzie Sabbath nieco wyluzował. Wspomniana płyta Never Say Die to naszym zdaniem najlepsza sesja Billa Warda. Nie jest to na pewno najlepszy album zespołu, ale partie bębnów przedstawiają nam bardzo muzykalnego perkusistę. Mamy pędzący tytułowy utwór, ale weźmy taki Johnny Blade, który wykorzystuje podobną technikę do Looking For Today z płyty Sabbath Bloody Sabbath. Air Dance ze swoim głównym rytmem przypomina mocno puls z wymienionego już Dirty Women.

Na płycie Heaven and Hell słychać, że Bill nie przypomina samego siebie z płyty Never Say Die, mimo wszystko solidność jest utrzymana i płyta przeszła do kanonu muzyki metalowej. Z tego krążka warto przesłuchać Lonely Is the Word, to jeden z tych utworów, gdzie Bill jest starym dobrym Billem, wspaniały utwór! Wreszcie ostatnia pełna płyta studyjna z Wardem – Born Again. Dziwny to album, prawdziwie diabelski i pod kątem bębnów wyróżnia się Disturbing The Priest. To nie tylko dobrze zagrana piosenka, ale też świetny utwór w duchu Black Sabbath.

 

 

Materiał przygotowała redakcja Perkusisty
Zdjęcia: Robert Wilk, Getty Images

Quiz – Perkusyjne intro ze smakiem
1 / 12
Jeff Porcaro wykorzystał do tego rytmu słynny Purdie Shuffle oraz groove Johna Bonhama. Chodzi o rytm w piosence…
Dalej !