Dirk Verbeuren (Megadeth)

Dodano: 20.12.2018
Autor: Maciej Nowak

Znany z wybornej techniki w stylistyce metalowej, a dokładnie ekstremalnie metalowej. Od dwóch lat pełni rolę bębniarza Megadeth. Jego pojawienie w zespole odbiło się szerokim echem wśród fanów metalowego bębnienia, a informacja o oficjalnym uznaniu Dirka za pełnoprawnego członka Megadeth została przyjęta z dużym entuzjazmem. Dlaczego? O tym poniżej.

Dirk nie nagrał z Megadeth jeszcze żadnej płyty, póki co ogrywa materiał, jaki został zarejestrowany przez cały zestaw różnych bębniarzy. Jest to postać charakterystyczna, szczupły, z dużymi słuchawkami na uszach, siedzi w pozycji za zestawem, która przyprawiłaby o ból głowy niejednego teoretyka gry na bębnach. Ciężko dopatrzyć się wzorcowej postury i ruchów wyuczonych u najlepszych profesorów. Mimo to jest bardzo rozwiniętym technicznie perkusistą, posiadającym silne wykształcenie muzyczne.

Niniejszy numer magazynu i ten wywiad ukażą się tuż przed warsztatami Dirka w nowej siedzibie DrumCenter w Bydgoszczy, więc sporo osób zerknie do tej rozmowy już po pokazie. Nasze spotkanie miało miejsce przed koncertem Megadeth w katowickim Spodku, gdzie jeszcze nie było pewności, czy Dirk przyjedzie do Polski zagrać klinikę.

Celem lepszego przyswojenia rozmowy, która prezentuje ogólny profil muzyka, polecamy wyobrazić sobie Dirka permanentnie uśmiechniętego. Tak właśnie było, gdy rozmawialiśmy, ciągle suszył zęby i kipiał świetnym humorem. Bardzo pokorny, świadomy i sympatyczny człowiek.

Maciej Nowak: Wszyscy wiedzą o paradiddlach, ale wciąż istnieje problem z ich ćwiczeniem.

Dirk Verbeuren: Dokładnie, to już inna historia. Powtarzam to często swoim uczniom. Mogę wam pokazać wszystko, co potrzeba, wszelkie potrzebne ćwiczenia na ręce, nogi, koordynację, ale jeżeli nie będziesz ćwiczyć jest to bezcelowe, samo się nie zagra. Ja miałem podejście skoncentrowane na nauce. Gdy skończyłem szkołę średnią, powiedziałem sobie: „Ok, teraz muszę się wziąć do roboty”, miałem szczęście, że miałem tę świadomość. Był czas wolny, imprezowanie, ale ostatecznie zawsze byłem skoncentrowany na nauce. No i zobacz, minęło 25 lat i gdzie jestem (śmiech).

Nie masz wrażenia, że w obecnym tempie życia młodzi adepci szukają magicznej pigułki, która zmieni ich w super bębniarzy od razu.

Ha! Cóż, akurat moi uczniowie w ogromnej większości są świetni. W różnym przedziale wiekowym, bo mam zarówno młodszych, jak i takich bardziej w moim wieku. Większość z nich mocno pracuje, chociaż wiadomo, że generalnie świat się zmienił. Technologia się rozwinęła na przestrzeni ostatnich dwóch dekad, konsole, telefony, to wszystko wywiera wpływ na młode pokolenie. Odpowiadając na twoje pytanie – tak. Ważne więc, by mieć pasję w sobie i dopóki cieszysz się z tego, że siedzisz za bębnami, wszystko jest ok. Tak było ze mną, jak dostałem swój pierwszy zestaw. Miałem wtedy jakieś 15 lat i nie mogłem przestać grać.

Pokrzepiające, wreszcie jakiś perkusista, który zaczynał grać na bębnach w normalnym wieku, a nie jako przedszkolak.

(Śmiech) Tak, tak, oczywiście muzykowałem znacznie wcześniej, bo grałem na skrzypcach od 7 do 13 roku życia, do tego miałem śpiewanie, trochę zabaw teatralnych, wiec sztuka mnie zawsze otaczała. Do tego muzyka była mocno obecna w moim domu, sporo płyt, pianino mojej mamy. Bębnienie jednak pojawiło się później, na początku poprzez klimaty starego rapu, jak Beastie Boys, Run DMC, muzyki, gdzie rytm był bardzo istotny. Stamtąd oczywiście szybko w stronę thrash, death metalu, grind core’a. Nie mogłem przestać pukać, wszędzie, wreszcie ojciec stwierdził, że chyba trzeba kupić mi bębny. Miałem wtedy 15 lat, czyli nie byłem już tak młody, ale mimo wszystko nauka muzyki zrobiła swoje i była ważna.

 

Nigdy nie jest za późno.

Nigdy! Tak, jak mówiłem, to wszystko zależy od pasji, a czasami odkrywasz ją później w swoim życiu. Oczywiście musisz spędzić wtedy odpowiednią ilość czasu, bo nic nie dzieje się w przeciągu jednej nocy, nawet, jeśli jesteś utalentowany i masz naturalny dryg do gry. Musisz wsadzić w to pracę, bo nic się nie wydarzy. Dla mnie to było dość naturalne, musiałem włożyć w to swoją młodzieńczą złość, energię. Siadałem, zakładałem słuchawki i czy to był Slayer, Obituary czy Primus, po prostu grałem. Starałem się nauczyć tego wszystkiego, mimo, że wielu rzeczy nie rozumiałem, powoli to rozbijałem na części pierwsze.

Rust In Peace.

O tak, do tego Metallica, szybkie partie z Terrorizer. Fajne czasy, dużo zabawy przy tym miałem.

Jesteś perkusistą z kategorii tych, co siedzą po 6 godzin dziennie ćwicząc mniej lub bardziej skoncentrowanym, czy jednak jesteś z tej grupy, co ćwiczy godzinę dziennie w absolutnej koncentracji?

Raczej reprezentuję tę drugą grupę, chociaż miałem w swoim życiu momenty, kiedy spędzałem po 3-4 godziny dziennie, głównie, kiedy byłem w szkole muzycznej i troszkę po niej. Nie byłem za mocny w ośmiogodzinnych maratonach, wiem, że byli tacy, ale ja nie dawałem rady. Wierzę w codzienny system ćwiczeń i to powtarzam swoim uczniom, ale z drugiej strony wiem, że każdy ma dużo zajęć i nie zawsze masz czas, by siedzieć po te kilka godzin. Nawet, jak masz tylko pół godziny, to wykorzystaj to w absolutnym skupieniu z przygotowanym planem swoich ćwiczeń, wtedy zobaczysz progres. Tak było ze mną, ale ja uwielbiam bębny i grę na perkusji. Ze mną jeszcze jest taka sprawa, że spędzałem dużo czasu z zespołem tworząc muzykę. Zawsze grałem z kilkoma zespołami, starałem się udzielać jak najwięcej, łapałem sesje z każdym i korzystałem z wiedzy innych muzyków. Uważam, że to jest też bardzo dobra droga do polepszania swojej gry, dużo się można przy tym nauczyć. Interakcja z innymi ludźmi, sprawdzanie, co działa, a co nie, jeżdżenie w większe lub mniejsze trasy. Granie to nie tylko warsztat. Może się okazać, że jesteś świetny w swojej sali prób, ale później w zespole się nie sprawdzisz. Granie to coś więcej.

Czyli mogę mieć w tobie oparcie, mówiąc, że najważniejsza jest gra z innymi ludźmi?

Absolutnie tak. Mój zespół Scarve to bardzo undergroundowy temat, graliśmy 3-4 koncerty w roku, było to tak niszowe. Byliśmy kompletnie nieznani i mieliśmy tylko jakąś kasetę demo. W tym czasie docierały informacje od innych zespołów, że chciałyby mnie w swoich szeregach, z czego korzystałem, pozostając wciąż w Scarve. Mimo, że te zespoły nie grały muzyki, którą chciałbym grać za wszelką cenę, to jeździłem z nimi w trasy i nagrywałem. Tym samym nabierałem doświadczenia w każdym elemencie, aż do momentu, gdy Scarve zaczął wreszcie sam jeździć w trasy.

Megadeth w porównaniu z wieloma twoimi zespołami to spacerek.

Z Megadeth sytuacja była bardzo specyficzna. Musiałem dobrze się przyjrzeć i zrozumieć, jaka jest specyfika zespołu na żywo. Soilwork czy Scarve to zespoły, gdzie bardzo dużo się dzieje z bębnami. Nie miałem zupełnie czasu na poświęcanie uwagi na to, co się dzieje poza zestawem. Dużo mieszania i potu, do tego małe sceny, więc czasami w ogóle nie było mnie widać. Z Megadeth sytuacja zmieniła się diametralnie, siedzę na środku dużej sceny, do tego siedzę na podwyższeniu i wszyscy mnie doskonale widzą. Nie mogę siedzieć skulony i tylko skupiony na grze. Nagle muszę wykonywać jakieś dodatkowe ruchy. Muszę utrzymać wysoki poziom energii wykonania przez cały koncert, ale jednocześnie muszę dbać o aspekt wizualny. Trzeba wstać, zrobić jakieś zabawne ruchy, mieć interakcję z publicznością, mieć interakcję z zespołem. Ludzie mi mówią: „O, pewnie się nudzisz za bębnami, bo tu nie ma takiego mieszania, jak robiłeś w przeszłości”. Ok, może Megadeth nie jest zespołem, gdzie bębny grają nieustanne solo, perkusja jest tu raczej szkieletem piosenek, ma być jak fundament dla kompozycji, ale dochodzi coś zupełnie nowego, czyli temat prezencji scenicznej. Poza tym jest jeszcze jedna rzecz, o której się zapomina – tutaj w zwykłym rytmie popełnisz jakiś jeden minimalny błąd i wszystko leży, wszyscy usłyszą twoją pomyłkę.

Szczególnie, kiedy masz perkusistów na publice.

Oj, tak! Teraz patrzy Scott Travis, wcześniej na trasie ze Scorpions oglądał mnie Mikkey Dee, lepiej się nigdzie nie wyłożyć (śmiech).

 

Przykładasz więc duże znaczenie do wizerunku na scenie…

Tak, tak. Mój techniczny Tony Laureano podpowiada mi jakieś fajne rozwiązania. Wiesz, mógłbym jakąś chinkę dać w inne miejsce, gdzie byłoby wygodniej w nią uderzać, ale nie wyglądałoby to tak fajnie. Mam crashe szeroko rozstawione. Chcę widzieć publiczność, nie chce się zasłaniać, chcę mieć kontakt z ludźmi, z zespołem. Tama pomogła mi zrobić specjalny zestaw z Viciem Rattleheadem (maskotka Megadeth), Meinl podobnie zrobił z talerzami, które też są z Viciem. Te detale tworzą całość, bo przecież chcesz wziąć fanów w podróż na te półtorej godziny w zupełnie inny świat. Ludzie mają swoje problemy, obowiązki, zmartwienia, więc jak przychodzą na koncert to oczekują rozrywki, chcą przenieść się w inne miejsce.

Możesz też być inspiracją dla innych. Nie ma co się oszukiwać, że perkusiści zwracają uwagę na wygląd zestawów i lubią się bawić w konstrukcje.

Powtarzam to też swoim uczniom. Jeżeli ćwiczysz, koncentrujesz się na tym, co robisz nie zwracasz uwagi na to, jak wyglądasz, no dobra, są i tacy, ale generalnie skupiasz się na ćwiczeniu. Wychodząc na scenę wychodzisz grać show, nie chodzi tam o rudymenty, żeby myśleć, stresować się paradiddlami. Siadasz za zestawem, który znasz, masz dobrze i bezpiecznie rozstawiony, dajesz z siebie wszystko, a nie próbujesz odegrać lekcję.

Masz do czynienia z repertuarem nagrywanym przez wielu różnych perkusistów.

To także ciekawe, bo jak spojrzysz na naszą listę piosenek, to widzisz dużo materiału z dawnych płyt, do końca czasów z Nickiem Menzą, bardzo sporadycznie zagramy coś z czasów z Shawnem Droverem. Oczywiście gramy teraz materiał Chrisa Adlera, bo są to utwory z najnowszej płyty, ale przede wszystkim Gar Samuelson, Chuck Behler i Nick Menza, na tym się koncentrujemy. To kompletnie inne style gry, jak porównujesz np. Nicka do Gara, zupełnie inne światy. Znam te płyty, ale jak wkręcasz się w te wszystkie detale, nagle widzisz, jak bardzo obaj się różnili. Fani oraz Dave przyzwyczajeni są do brzmienia poszczególnych kompozycji, co jest dla mnie absolutnie zrozumiałe, więc staram się jak najbliżej trzymać oryginałów i pilnować charakterystycznych momentów, ale staram się też przemycić coś od siebie i postawić swój stempel.

Wiesz, że wiele osób odetchnęło z ulgą, kiedy zostałeś oficjalnie przyjęty do zespołu, uznając, że Megadeth ma wreszcie bębniarza z prawdziwego zdarzenia.

Od środka to wygląda tak, że jedziesz w trasę i nie ma cię przez pół roku czy osiem miesięcy, chciałbyś częściej widywać rodzinę, być przy dzieciach w ważnych momentach w ich życiu, ale akurat masz trasę. Zwierzęta cię nie poznają, a ty nie poznajesz ich. Mimo wszystko za każdym razem daję z siebie wszystko na scenie, 110 procent zaangażowania, niezależnie, czy jest mało ludzi, dużo ludzi, atmosfera jest super, czy jest średnio. Wychodzę i chcę zniszczyć bębny każdego wieczora. Wchodzę do swojej strefy muzyki i oddaję się w pełni temu, co robię. Jak mam takie nastawienie to czuję się lepiej, wszyscy się lepiej i pewniej czują. To dla mnie jedyne rozwiązanie.

Nie da się ukryć, że widać to po tobie.

Cieszę się. Inaczej to wszystko nie miałoby już sensu. Chłopaki z zespołu mają to samo i jest niesamowicie. Ten profesjonalizm, jaki z nich wypływa. Dave i David robią to od 35 lat, a mimo to za każdym razem na scenie są w pełni oddani grze. Kiko ma takie samo podejście. Nawet z czystego szacunku do nich jako ludzi, kolegów z zespołów muszę dawać z siebie 110 procent. Ale to nie wszystko, bo przecież masz publiczność. Bywa, że podróżują z innych krajów, żeby nas zobaczyć albo są też lokalni, którzy nie mają tak dużo pieniędzy i zbierają przez jakiś czas kasę tylko po to, żeby przyjść nas posłuchać i zobaczyć. Gramy w krajach, gdzie status finansowy nie jest tak mocny i wyjazd na koncert stanowi ważny wydatek w budżecie domowym np. w Ameryce Południowej czy krajach Europy Wschodniej.

Chociażby w Polsce, a koncertów mamy naprawdę sporo.

Widzisz, sam wiesz, jak to wygląda. Musimy szanować ich poświęcenie i doceniamy ich obecność. Sami też nie uznajemy niczego za pewne i ustalone z góry, więc wciąż musimy być w ogniu. Zdarza się, że jestem chory, ale nikt o tym nie wie na publice, dlatego siadam i wyciskam co się da. Kogo obchodzi mój katar i gorączka, jestem tu, by grać thrash!

Masz dwie twarze jako perkusista. Z jednej strony bębniarz zespołu np. Megadeth, z drugiej perkusista grający warsztaty, więc wiesz, gdzie się na czym skupiać.

Z Megadeth nauczyłem się tego, że czasami mniej znaczy lepiej, serio, może to jest dziwne, że tu dopiero się tego nauczyłem, ale zawsze miałem tendencje do grania bardzo dużo. Posłuchaj Soilwork i Scarve. Teraz z wiekiem zaczynam doceniać granie, które wspiera muzykę i jest fundamentem piosenki. Bardzo imponuje mi Mario z Gojira, bo jest to facet, który ma doskonale zbalansowane momenty, kiedy grać dużo technicznie, a kiedy prosto. W Megadeth koncentruję się na tym, by zagrać do kompozycji i czekam na swoje momenty, jak np. słynne przejście w Tornado of Souls. To jest momencik dla mnie.

Albo końcówka Ashes in Your Mouth.

O tak, to świetna piosenka, uwielbiam ją, muszę zasugerować, by ją zagrać (śmiech). Granie w piwnicy i ćwiczenie to jedno. Jest to podstawa wszystkiego, ale gra na scenie to już inny świat, trzeba ludzi zabawić. Staram się to robić też na klinikach, nawet, jeśli jest to jakiś „masterclass” to mimo wszystko próbuję się zaprezentować także od strony wizualnej. W tych czasach siedzisz naprzeciw ludzi, którzy chcą czegoś więcej niż tylko popisy techniczne. Jasne, to także imponuje, ale zawsze to można przedstawić ciekawej.

Masz teraz szerokie plecy, jeżeli chodzi o granie warsztatów. Masz przecież ze sobą twórczość Megadeth jako twórczość kapeli, w której oficjalnie grasz.

Rozróżnienie tych dwóch światów jest ciekawym zagadnieniem. Mamy perkusistów, którzy zajmują się klinikami, a nie grają w żadnym zespole i nie nagrywają dużo płyt, nie grają koncertów z innymi muzykami. Jak się rozwijaliśmy i graliśmy ze Scarve, chcąc móc z tego żyć, mieliśmy do czynienia ze sceną francuską, która nie jest zbyt przychylna metalowej muzyce. To duży kraj i jest tam sporo zespołów, ale proporcjonalnie nie jest to dobry rynek dla kapel metalowych, tak naprawdę jedynie Gojira stamtąd wypłynęła. Ale nieważne… Obserwowałem wtedy perkusistów grających warsztaty i myślałem sobie, jak bardzo bym chciał coś takiego robić. Z drugiej strony grałem w zespole i nabierałem doświadczenia, obycia w trasie. Ostatecznie to drugie zaprocentowało bardziej, mimo, że nie celowałem w to z premedytacją. Są muzycy, którzy grają 300 warsztatów w roku, ale nie mają takiego przywiązania do piosenek, które grają podczas pokazów. To są teraz dwa różne światy.

Twoje słuchawki…

(śmiech) To interesujące. Opowiem ci coś. Jak miałem grać z Megadeth porozmawiałem z Chrisem Adlerem – celem podpytania o kilka detali. Chris zapytał mnie: „Grasz w słuchawkach? Och, Dave’owi to się nie spodoba.” O cholera! Zadzwoniłem zaraz do menadżera i mówię, że doskwiera mi tinnitus (Inaczej szumy uszne. Artykuł „Słuch perkusisty” jest dostępny na naszej stronie internetowej). Miałem to od dawna, bo chyba za głośno słuchałem kaset na walkmanie. Wiesz, Napalm Death, volume na 10 i jedziemy! I tak każdego dnia w drodze do i ze szkoły. Dlatego mam zrypany słuch. Mówię więc, że gram w słuchawkach odkąd pamiętam, ponieważ potrzebuję ochrony. Dodatkowo moi rodzice na starość mieli problemy ze słuchem, tak samo moi dziadkowie z obu stron. Słuch nie jest moją najmocniejszą stroną. Informuję ich o tym i dodaję, że dobrze by było, jakby uprzedzili o tym Dave’a. Mam monitory w uszach i na to potrzebuję dodatkowej izolacji w postaci słuchawek. Lubię mieć kontrolę w uszach i wszystko jest u mnie w miarę cicho. Mówię Dave’owi, że nie jestem zachwycony tym, że muszę grać w słuchawkach, ale póki nie ma lepszego rozwiązania po prostu nie mam wyboru. Dave to zrozumiał, wie, że to kwestia zdrowia. Tym bardziej mu za to dziękuję, bo jest mocno wyczulony na wizualny aspekt koncertów. We wcześniejszych zespołach też zwracano na to uwagę, ale tutaj jest to na jeszcze wyższym poziomie, każdy detal jest sprawdzany. Jestem z tego dumny, że jestem w takim zespole, gdzie nie ma czegoś takiego, jak zwykłe: „Idź i graj, nieważne jak wyglądasz”. Próbujemy wielu rzeczy, czasami wykonujemy coś tylko raz, bo się nie sprawdza, więc ludzie, którzy przyszli, zobaczyli coś, czego nigdy więcej nie będą mieli okazji zobaczyć. Mieliśmy raz taki koncert, gdzie na scenę wyszły trzy wersje Vica Rattleheada, zrobiliśmy tak tylko raz, bo nam się nie spodobało. Teraz wyobraź sobie, jak ktoś mówi, że był na naszym koncercie i opisuje takie zdarzenie, a ktoś na to: „Hej, kłamiesz, nie byłeś, bo Megadeth nigdy nie robiło i nie robi czegoś takiego!” (śmiech).

 

Jak wygląda przyszłość? Coś wisi w powietrzu?

O tak! To jest nasza jedyna trasa w tym roku. Pracujemy nad kilkoma rzeczami, więc jak wszystko się ułoży dobrze, to może nowy album ukaże się w przyszłym roku. Jest to jeden z planów. Koniec roku to praca nad tworzeniem, mam nadzieję. Myślę, że to dobry czas dla Megadeth, Dystopia przywróciła życie do zespołu i fani wrócili. To świetny, metalowy album, gdzie zespół wrócił do swoich korzeni. Pochodzi z tego samego źródła inspiracji. Przyszłość zapowiada się interesująco. Mam zamiar też zrobić kilka klinik dla Tamy albo Rolanda, mam nadzieję, że się uda (wywiad był nagrywany dosłownie chwilę przed decyzją o zagraniu serii klinik m.in. w Bydgoszczy).

Popracujemy nad tym, porozmawiam, a raczej pomarudzę i mam nadzieję, że przyjedziesz do Polski.

Och, świetnie byłoby wrócić do was! Byłem kilka razy z zespołami, no i grałem też warsztaty. Bardzo mi się podobało, serio, jedzenie, sympatyczni ludzie, byłem bardzo mile zaskoczony i świetnie spędziłem czas w Polsce. Chciałbym przyjechać i zagrać jakieś Symphony Of Destruction!

Zaraz po rozmowie udaliśmy się na scenę, gdzie stały rozstawione beczki Dirka. Obejrzeliśmy je dokładnie, a Dirk z dumą opisywał wszystkie detale, jakie zostały wykonane specjalnie dla niego. Po chwili spotkaliśmy się z Davidem Ellefsonem, basistą Megadeth, z którym pogadaliśmy chwilę na temat Dirka i nieodżałowanego Nicka Menzy. Ale to już zupełnie inna historia.

Przygotował: Maciej Nowak
Zdjęcia: Maciej Pieloch