stdClass Object
(
    [id] => 4126
    [categories_id] => 2002
    [categories_type_id] => 1511
    [catalog_firm_id] => 0
    [ulubionykiosk_id] => 2888
    [users_last_edit_id] => 770
    [assets_id] => 
    [name] => Pracownia Pablo - djembe z czerwonego dębu
    [alias] => pracownia-pablo-djembe-z-czerwonego-debu
    [introtext] => 

Dobrze, że żyjemy w czasach, kiedy instrumenty perkusyjne są na wyciągnięcie ręki lub przyjeżdżają do nas z odległych zakątków globalnej wioski po kilku kliknięciach.

[fulltext] =>

Postanowiłem sprawdzić, jak sprawdzają się afrykańskie bębny, wykonywane w Polsce, w pracowni PABLO Music. Zamówiłem u Mikołaja Myczkowskiego bęben djembe i... Po miesiącu oczekiwania na instrument, w mojej hali starej fabryki zabrzmiał kawał czerwonego dębu.

Trudno powiedzieć, która droga nabywania instrumentów jest lepsza. Czy ta, gdzie wybieramy towar dostępny od ręki, czy ta, gdzie jesteśmy niemalże obecni przy procesie produkcji? Są różne. Pierwszy raz w życiu spróbowałem tej drugiej i nim widoczny na zdjęciach instrument trafił w moje ręce, odbyłem z wytwarzającym go Mikołajem Myczkowskim (którego mieliście okazję poznać w jednym z wywiadów) dziesiątki rozmów telefonicznych. Na temat tego, czego oczekuję od instrumentu, jakie brzmienia mnie interesują. A skoro już wiemy, jak bęben ma się odzywać, to z jakiego drzewa ma być zrobiony. Padło na czerwony dąb. Jakie ma mieć rozmiary? Jaki naciąg – czy ze skóry koziej, czy krowiej? Jaka ma być plecionka? Jaki kolor? Słowem, byłem informowany o każdym procesie powstawania mojego bębna. Łącznie ze zdjęciami, które przysyłał mi wytwórca. Zacząłem żyć tym bębnem, ponieważ korespondencja była bardzo regularna i żywa. Czułem, że człowiek siedzący po drugiej stronie światłowodu, też tym bębnem żyje. Wtedy zrozumiałem, że muzykant nie jest w stanie doświadczyć tej świetnej energii i wrażeń, kupując instrument „na oko” w sklepie internetowym, gdzie nawet nie można go ograć. Nieco więcej komfortu mamy w sklepie „w realu”. Ale wróćmy do bębna...

Gdy kurier zostawił w moich progach wielki kartonowy kloc, rozpocząłem proces przedzierania się przez warstwy pianek, folii, tektur, styropianów i kolejnych folii, pianek... – Kurde! Gość nie przysłał mi żadnego djembe, tylko świętego Graala... – myślałem, karczując dżunglę syntetyków. Umordowany dokopałem się do bębna. Pięknego. Tego samego, którego znałem z obrazków, jakie Mikołaj przysyłał mi w fazie produkcji. Jest ta sama plama na krowiej skórze, którą widziałem nim jeszcze stała się naciągiem. O cholera! Jaki on ciężki! Teraz rozumiem, dlaczego pytał, czy mam tragarza, żeby go nosić. Czerwony dąb, mimo wysezonowania, jest ciężkim drewnem. O! Jest kawał solidnej gumy, jaką kleił na nodze bębna, by lepiej brzmiał. O cholera... Jak pięknie gada!

 

Instrument jest bardzo solidny, a nie tylko na solidny wygląda. Odzywa się pięknie – tak, jak chciałem. Średnica kielicha ma 23 cm i wysokość 52 cm. Rozmiary te sprawiają, że gra się na nim bardzo wygodnie, choć, niestety, jest ciężki. Nogę bębna zdobi wypalone logo pracowni PABLO. – No to teraz tylko jeszcze zostaje nauczyć się dobrze grać na tym bębnie – żartowałem z Mikołajem podczas wideorozmowy tuż po odpakowaniu instrumentu.

Po fatalnym doświadczeniu z rozpadającym się, bo źle wysezonowanym korpusem bębna djembe, który jako „no name” przyjechał do radosnego kraju nad Wisłą z Dalekiego Wschodu i obecnie pełni w moim domu funkcję kwietnika, zrozumiałem, jak ważne jest to, by jednak instrument zrobiony był z drewna rosnącego w naszej strefie klimatycznej. Djembe z czerwonego dębu, na jaki czekałem ponad miesiąc, a nie kilka dni, nie rozstraja się mimo przenoszenia go między pomieszczeniami o różnej temperaturze i wilgotności. Zdążyłem go już „ochrzcić”, niosąc go przez pół miasta w deszczu. Oczywiście, zapakowany w specjalny plecak, mimo wszystko doznawał uroków wilgoci (w końcu żyję w Łodzi). Nie miało to żadnego wpływu na jego brzmienie i korpus.

 

Skóra naciągnięta na kielich została perfekcyjnie przycięta. Spod obręczy nie wystają żadne nieestetyczne skrawki. Cieszy też, że grając, dłoń bezpośrednio uderza nie w obręcz z plecionką, a w kielich, na którym zwija się naciąg. Ma to bezpośrednie przełożenie na czystość brzmienia, o czym doskonale zdają sobie sprawę najlepsi wytwórcy bębnów djembe w świecie, do których z pewnością zaliczyć można pracownię Pablo. Bas jest silny i głęboki, slapy ostre, prostujące włosy (jak ktoś ma), tony dobre... Na tym bębnie można już sobie poszaleć, choć jest dedykowany dla średnio zaawansowanych amatorów djembe.

Grzmiącym djembe z czerwonego dębu cieszę się (i moich sąsiadów) dopiero trzeci miesiąc, więc jest to bardziej test tego, jak kupuje się instrument bezpośrednio od wytwórcy niż samego instrumentu, choć siadając do recenzji, zakładałem, że będzie zupełnie inaczej. Póki co nie narzekam ani na jakość wykonania, ani na brzmienie. Instrument kosztował mnie 500 złotych i czuję, że była to dobra inwestycja.

Tekst i foto: Wojtek Andrzejewski

[price] => 0.00 [price_old] => [meta_title] => [meta_description] => [meta_data] => [published] => 1 [date_modified] => 2018-05-30 07:39:42 [date_created] => 2018-05-22 12:03:27 [date_publish] => 2018-05-30 07:03:27 [date_publish_down] => 0000-00-00 00:00:00 [hits] => 0 [checked_out] => 0 [checked_out_time] => 0000-00-00 00:00:00 [ceneo_phrase] => [firm_name] => [firmId] => [firmAlias] => [firmWww] => [categoryTitle] => Perkusjonalia [link] => /sprzet/testy-sprzetu/perkusjonalia/4126-pracownia-pablo-djembe-z-czerwonego-debu [linkCategory] => /sprzet/testy-sprzetu/perkusjonalia )

Pracownia Pablo - djembe z czerwonego dębu

Dodano: 30.05.2018
Rodzaj sprzętu: Perkusjonalia
Wojtek Andrzejewski

Dobrze, że żyjemy w czasach, kiedy instrumenty perkusyjne są na wyciągnięcie ręki lub przyjeżdżają do nas z odległych zakątków globalnej wioski po kilku kliknięciach.

Postanowiłem sprawdzić, jak sprawdzają się afrykańskie bębny, wykonywane w Polsce, w pracowni PABLO Music. Zamówiłem u Mikołaja Myczkowskiego bęben djembe i... Po miesiącu oczekiwania na instrument, w mojej hali starej fabryki zabrzmiał kawał czerwonego dębu.

Trudno powiedzieć, która droga nabywania instrumentów jest lepsza. Czy ta, gdzie wybieramy towar dostępny od ręki, czy ta, gdzie jesteśmy niemalże obecni przy procesie produkcji? Są różne. Pierwszy raz w życiu spróbowałem tej drugiej i nim widoczny na zdjęciach instrument trafił w moje ręce, odbyłem z wytwarzającym go Mikołajem Myczkowskim (którego mieliście okazję poznać w jednym z wywiadów) dziesiątki rozmów telefonicznych. Na temat tego, czego oczekuję od instrumentu, jakie brzmienia mnie interesują. A skoro już wiemy, jak bęben ma się odzywać, to z jakiego drzewa ma być zrobiony. Padło na czerwony dąb. Jakie ma mieć rozmiary? Jaki naciąg – czy ze skóry koziej, czy krowiej? Jaka ma być plecionka? Jaki kolor? Słowem, byłem informowany o każdym procesie powstawania mojego bębna. Łącznie ze zdjęciami, które przysyłał mi wytwórca. Zacząłem żyć tym bębnem, ponieważ korespondencja była bardzo regularna i żywa. Czułem, że człowiek siedzący po drugiej stronie światłowodu, też tym bębnem żyje. Wtedy zrozumiałem, że muzykant nie jest w stanie doświadczyć tej świetnej energii i wrażeń, kupując instrument „na oko” w sklepie internetowym, gdzie nawet nie można go ograć. Nieco więcej komfortu mamy w sklepie „w realu”. Ale wróćmy do bębna...

Gdy kurier zostawił w moich progach wielki kartonowy kloc, rozpocząłem proces przedzierania się przez warstwy pianek, folii, tektur, styropianów i kolejnych folii, pianek... – Kurde! Gość nie przysłał mi żadnego djembe, tylko świętego Graala... – myślałem, karczując dżunglę syntetyków. Umordowany dokopałem się do bębna. Pięknego. Tego samego, którego znałem z obrazków, jakie Mikołaj przysyłał mi w fazie produkcji. Jest ta sama plama na krowiej skórze, którą widziałem nim jeszcze stała się naciągiem. O cholera! Jaki on ciężki! Teraz rozumiem, dlaczego pytał, czy mam tragarza, żeby go nosić. Czerwony dąb, mimo wysezonowania, jest ciężkim drewnem. O! Jest kawał solidnej gumy, jaką kleił na nodze bębna, by lepiej brzmiał. O cholera... Jak pięknie gada!

 

Instrument jest bardzo solidny, a nie tylko na solidny wygląda. Odzywa się pięknie – tak, jak chciałem. Średnica kielicha ma 23 cm i wysokość 52 cm. Rozmiary te sprawiają, że gra się na nim bardzo wygodnie, choć, niestety, jest ciężki. Nogę bębna zdobi wypalone logo pracowni PABLO. – No to teraz tylko jeszcze zostaje nauczyć się dobrze grać na tym bębnie – żartowałem z Mikołajem podczas wideorozmowy tuż po odpakowaniu instrumentu.

Po fatalnym doświadczeniu z rozpadającym się, bo źle wysezonowanym korpusem bębna djembe, który jako „no name” przyjechał do radosnego kraju nad Wisłą z Dalekiego Wschodu i obecnie pełni w moim domu funkcję kwietnika, zrozumiałem, jak ważne jest to, by jednak instrument zrobiony był z drewna rosnącego w naszej strefie klimatycznej. Djembe z czerwonego dębu, na jaki czekałem ponad miesiąc, a nie kilka dni, nie rozstraja się mimo przenoszenia go między pomieszczeniami o różnej temperaturze i wilgotności. Zdążyłem go już „ochrzcić”, niosąc go przez pół miasta w deszczu. Oczywiście, zapakowany w specjalny plecak, mimo wszystko doznawał uroków wilgoci (w końcu żyję w Łodzi). Nie miało to żadnego wpływu na jego brzmienie i korpus.

 

Skóra naciągnięta na kielich została perfekcyjnie przycięta. Spod obręczy nie wystają żadne nieestetyczne skrawki. Cieszy też, że grając, dłoń bezpośrednio uderza nie w obręcz z plecionką, a w kielich, na którym zwija się naciąg. Ma to bezpośrednie przełożenie na czystość brzmienia, o czym doskonale zdają sobie sprawę najlepsi wytwórcy bębnów djembe w świecie, do których z pewnością zaliczyć można pracownię Pablo. Bas jest silny i głęboki, slapy ostre, prostujące włosy (jak ktoś ma), tony dobre... Na tym bębnie można już sobie poszaleć, choć jest dedykowany dla średnio zaawansowanych amatorów djembe.

Grzmiącym djembe z czerwonego dębu cieszę się (i moich sąsiadów) dopiero trzeci miesiąc, więc jest to bardziej test tego, jak kupuje się instrument bezpośrednio od wytwórcy niż samego instrumentu, choć siadając do recenzji, zakładałem, że będzie zupełnie inaczej. Póki co nie narzekam ani na jakość wykonania, ani na brzmienie. Instrument kosztował mnie 500 złotych i czuję, że była to dobra inwestycja.

Tekst i foto: Wojtek Andrzejewski