Louie Bellson

Dodano: 06.07.2017

Louie Bellson był ostatnim żyjącym członkiem triumwiratu wielkich perkusistów big-bandowych, który współtworzył z Gene Krupą i Buddy Richem.


Jego dynamiczny i kreatywny styl inspirował wielu wykonawców. Postać muzyka przybliża Chris Welch, wspominając ich londyńskie spotkanie w latach 60-tych, a Adam Kubacki pilnie opracował cały materiał.

Kiedy w 1967 r. Louie Bellson przyjechał do Londynu, był witany równie gorąco, jak jego stary kumpel Buddy Rich. Brać bębniarska stawiła się licznie, by być świadkiem magicznej gry Bellsona oraz by uczcić człowieka, który zrewolucjonizował sztukę perkusyjną.

Buddy Rich przyjechał tego roku do Wielkiej Brytanii z własnym big-bandem, natomiast Bellson jako członek słynnej grupy Jazz At The Philharmonic. Jego wizyta była dla brytyjskich fanów rzadką okazją do zobaczenia człowieka, który stworzył Skin Deep i The Hawk Talks. Kiedy Louie nagrał te sztandarowe numery z orkiestrą Duke’a Ellingtona w 1952 r., wywołały one sensację. Skin Deep zawiera jedną z piękniejszych solówek perkusyjnych w historii nagrań, która stanowi kamień milowy rozwoju sztuki gry.

Kiedy w 1967 r. mieszkał w londyńskim hotelu Washington, okazał się dużo sympatyczniejszy od Buddy Richa, ale równie aktywny. W dniu wywiadu udało mu się przed południem zrealizować sesję nagraniową z czołowym brytyjskim perkusistą Ericem Delaneyem, a po południu poprowadzić warsztaty gry u Rogersa. Ledwo zdążył coś przekąsić w hotelu, a już złapał autobus do podmiejskiego Croydon, gdzie zagrał koncert z zespołem Dizziego Gillespiego w Fairfield Hall. W miarę, jak podążałem za nim, zdałem sobie sprawę, że cały Louie Bellson jest szybki: szybko mówi, szybko chodzi i szybko gra. Jego dzienny grafik był tak wypełniony spotkaniami, że nie pozostawiał wolnej minuty.

Podczas warsztatów perkusyjnych u Rogersa był oblegany przez tłum słuchaczy. Nawet Viv Prince, bębniarz grupy Pretty Things, przyjechał, by uścisnąć mu rękę. Louie powiedział stojąc przed publicznością: "Czuję się zaszczycony możliwością zaprezentowania swojej gry przed tyloma świetnymi bębniarzami. Czuję lekką tremę! Poznałem dziś tyle nowych beatów, brzmień i pomysłów".

W trakcie trwania kariery grał z większością jazowych sław. Wymieńmy chociażby Louisa Armstronga, Tommiego Dorseya, Ellę Fitzgerald i Dizziego Gillespiego. Mimo, że jego korzenie tkwią w grze big-bandowej, występował także w mniejszych składach i na jazzowych jam sessions. Podziwiany przez kolegów perkusistów jazzowych za energię, technikę i świeże pomysły, został doceniony także przez następną generację muzyków takich jak Peter Erskine, Ginger Baker, Simon Philips, Steve White czy Mark Mondesir.

Louie Bellson był znaczną figurą, ale jego początki były dość skromne. Urodził się 6 lipca 1924 r. jako Luigi Balassoni w miejscowości Rock Falls w stanie Illinois. Jego ojciec był imigrantem i prowadził sklep muzyczny. Młody Luigi przyjął sceniczny pseudonim Louie (albo Louis) Bellson nieco później.

Zaczął naukę gry, gdy miał 3 i pół roku. Jego nauczycielem był Roy Knapp, który uczył także Gene Krupę. Miał 15 lat, gdy pierwszy wpadł na pomysł użycia zestawu z dwoma bębnami basowymi w szkole muzycznej. Bellson był pionierem stosowania podwójnego dużego bębna. Grał na nich z piorunującą szybkością i siłą. Inni perkusiści także przypisują sobie wprowadzenie tego patentu, lecz Louie wpadł na ten pomysł mając 15 lat i stał się jedynym wykonawcą, który używał nowego typu broni pośród dostępnych w perkusyjnym arsenale środków. Narastanie brzmiących jak grzmot bębnów basowych wieńczyło niejedno solo w trakcie trwającej sześć dekad kariery.

W 1941 roku siedemnastoletni Louie pokonuje 40 tysięcy rywali i wygrywa ogólnokrajowy konkurs Singerlanda im. Gene Krupy. Dwa lata później gra już w starym zespole mistrza - big-bandzie Benny Goodmana. Istnieje cudowne nagranie solo, gdzie Louie i Gene grają razem w utworze Don’t Be That Way z orkiestrą Goodmana, podczas trwania audycji radiowej w 1946 r. Po ustaniu ich ogłuszającej kanonady Benny zażartował: "A kawałki sufitu będą spadać i spadać…".

 

SKIN DEEP


Najlepsze dni Bellsona przypadają na okres, kiedy dołączył do Duke’a Ellingtona i uczestniczył w nagrywaniu albumu Ellington Uptown w 1952 r. Na płycie znalazła się jego pierwsza kompozycja Skin Deep - swingujący temat rozpoczynający się potężnym wejściem bębnów. Sukces utworu pomógł podupadającej, ale i długowiecznej orkiestrze. Zwięzła aranżacja i wysoce skomplikowane solo, podniosły poprzeczkę wszystkim perkusistom. Publiczność powszechnie uwielbiała ten utwór i rodzaj napięcia, który tworzył do tego stopnia, że wersja Teda Heath’ea z udziałem Ronnie Verrella, osiągnęła szczyt brytyjskiej listy przebojów Top 20 w roku 1954.

Wiele było elementów w żarliwych solówkach Louiego, które powodowały gwałtowne skoki ciśnienia u słuchaczy. Kręcenie młynków, krowie dzwonki, które dopełniały zdumiewające punkty kulminacyjne, nagradzane rosnącym wiwatem orkiestry szybkie przebiegi na bębnach basowych, szaleństwo na talerzach i przeraźliwie szybkie rolki na werblu. Nawet dziś jest rzeczą niemożliwą słuchać dramatycznego Skin Deep ot tak, bez uczucia napływających emocji. Perkusista The Kinks Bob Henrit powiedział: "Skin Deep nie brzmi jak solo jazzowe - z powodu użycia podwójnej stopy. Jego solo brzmi jak wszystkie najlepsze dokonania rock’n’rollowców. On wyznaczył kierunek, którym reszta z nas podąża".


Wpływ Bellsona na zespół Ellingtona sięgał nawet dalej. Był autorem aranżów do utworów takich, jak The Mooche i A Tone Parallel to Harlem, w których kreatywnie zastosował swoją technikę. Nie bez powodu sam Duke mówił o nim: "To najlepszy na świecie perkusista - muzyk".

Po opuszczeniu zespołu Ellingtona, Bellson został dyrektorem artystycznym projektu muzycznego jego pierwszej żony Pearl Bailey. Prowadził własne big-bandy, a nawet zajmował się sprawami organizacyjnymi big-bandu Buddy Richa, gdy ten poważnie zachorował. Louie lubił pracować z innymi bębniarzami. W 1963 r. nagrał z Gene Krupą płytę The Mighty Two, zawierającą utwory zbudowane na bazie perkusyjnych rudymentów. Bardziej gwałtownie wypadła konfrontacja z Buddy Richem, przy rejestrowaniu albumu Are You Ready For This?, nagrywanym w Japonii w 1965 r.

Podczas swojej podróży do Londynu w 1967 r. nagrał Repercussion ze swoim starym kumplem Ericem Delaney. Album zawierał nową wersję Skin Deep. Następnie w 1970 r. nagrał płytę Louie In London z udziałem swojego brytyjskiego zespołu, wykonując utwór London Suite. W 1972 r. zagrał w utworze The Talk Of The Town, asystując swojej żonie Pearl.

Jednym z jego gości w tym czasie był młody Simon Philips, który wspomina: "Louie bardzo ciepło mnie przywitał, poprosił o krzesło i posadził za swoim hi-hatem. Miałem najlepsze miejsce na sali i najlepszą lekcję muzyki w życiu. W 1987 zeszliśmy się, by zagrać razem i to był jeden z piękniejszych momentów w mojej karierze".

 

PASJA NA CAŁE ŻYCIE


Gdziekolwiek zagrał, Bellson prezentował mistrzowskie opanowanie rudymentów werblowych i całkowitą kontrolę palców, która była podstawą jego techniki. Na zajęciach warsztatowych Louie zawsze podkreślał: "Wielu ludzi nie wie, jak we właściwy sposób uderzać w werbel. Trzeba trochę podnieść ręce, żeby uzyskać stabilne brzmienie. Twój sposób musi pozwalać na wykonanie najdłuższej i najkrótszej rolki. W przeciwnym razie wykształcisz złe nawyki. Ćwicz zarówno prawą, jak i lewą rękę. Dobrze brzmiące solo można zbudować tylko w oparciu o właściwy sposób gry. Złe solo jest jak bezładny hałas. Dobra solówka może być jak piękna rozmowa. Kiedy zaczynałem grać, przez siedem lat używałem tylko werbla. Wszyscy perkusiści powinni najpierw opanować rudymenty, zanim pójdą dalej w nowoczesne style grania".

Louie opisuje także, jak skompletował swój rewolucyjny jak na owe czasy zestaw: "Wpadłem na pomysł użycia dwóch bębnów basowych jakoś w roku 1946. Kiedy przyszedłem do sklepu muzycznego i powiedziałem, czego szukam, gość powiedział: - Przyjdź później. Domyśliłem się, co miał na myśli mówiąc "później". Wcześniej zacząłem grać rytmy z zastosowaniem kombinacji pojedynczego bębna basowego i hi-hatu, i zastanawiałem się, jakby to brzmiało z czymś głośniejszym. W ten sposób dotarłem do miejsca, w którym drugi bęben basowy stał się niezbędny."

Osobiście pamiętam, jak Louie powiedział kiedyś: "Perkusja to moja pierwsza miłość. Wierzę, że ten instrument doczeka się pełnej akceptacji jako środek artystycznego wyrazu".

"Najwspanialszy okres w moim życiu przypadł na dwa lata z Dukiem Ellingtonem. Przez wszystkie te lata grałem z wieloma zespołami: Harry James, orkiestra Bennego Goodmana, Tommy Dorsey, Count Basie, ale te dwa lata u Duke’a to była najwspanialsza współpraca".

"Potem w 1952 przyjechałem do Londynu, by ożenić się z Pearl Bailey. Zaproponowano mi utworzenie własnego zespołu. Nie chciałem opuszczać Duke’a, ale chciałem spróbować swojej szansy, inaczej pewnie zostałbym w zespole Ellingtona wiele lat’.


TRZYMAJ SIĘ LOUIE


Louie często powracał do Wielkiej Brytanii. W trakcie swojej ostatniej wizyty w 1999 r. wystąpił podczas warsztatów perkusyjnych organizowanych przez Chrisa Wrighta. Chris wspomina dzień występu: "Miał akurat 75 urodziny. Wystąpił z big-bandem BBC na festiwalu Rhytm Sticks. Właśnie rozpoczęły się sesje mojej kliniki. Wszystkie miejsca w sali Reading zostały wyprzedane. To był zdumiewający wieczór. Steve White przyniósł wszystkie płyty z udziałem Louiego do podpisu".

"Louie zaczynał odczuwać dolegliwości związane z chorobą Parkinsona, ale wciąż grał świetnie. Jeden z widzów powiedział: To było trochę jak oglądanie klasycznego modelu Ferrari na torze Silverstone. Ale potem przyszedłem do domu z bolesną świadomością, że jestem tylko jak Ford Escort".

Pomimo faktu, że przez całe życie utrzymywał szalone tempo, miewał okresy, gdy przebywał z dala od świateł sceny. Brytyjski perkusista Barriemore Barlove wspomina, jak wszedł kiedyś do sklepu muzycznego w Los Angeles, by kupić stopę do bębna basowego. Nagle zdał sobie sprawę, że gość, który obsługuje za ladą, to Louie Bellson. Zaprosił go na koncert Jethro Tull jako honorowego gościa. Wielu perkusistów oddało mu hołd od czasu śmierci w wieku 84 lat, 14 lutego 2009 roku.

Ginger Baker, wielki beneficjent patentu na zestaw z dwoma bębnami basowymi, tak podsumował poczucie straty, które dotknęło społeczność bębniarską: "Kolejny gigant zszedł ze sceny. Jeden z moich ulubionych perkusistów wszech czasów. Jego współpraca z Ellingtonem była zdumiewająca. To on zainspirował mnie, by zacząć grać na dwa bębny. Trzymaj się Louie, zawsze będziemy cię pamiętać".

 

ZESTAWY LOUIEGO


W ciągu kariery Bellson zmieniał parokrotnie swoje zestawy. Zaczynał z Gretschem, gdzie w 1946 r. wykonano jego pierwszy zestaw z dwoma bębnami basowymi. W latach 50-tych kontynuował współpracę z Gretschem. W tym czasie używał bębnów basowych 20-to calowych, czterech wieszanych tomów, dwóch stojących i jednego olbrzymiego usytuowanego w centralnym punkcie zestawu.

Zestaw Gretsch wykonany dla Louiego


W latach 60-tych przesiadł się na Rogersy, a następnie Singerlandy i Pearla. Ostatecznie został z bębnami Remo i talerzami Zildjiana. Był wiceprezydentem firmy Remo i posiadał przynajmniej dwa zestawy. Jeden był używany w Ameryce, a drugi podczas europejskich koncertów.

Zestaw europejski: Remo seria Mastertouch w kolorze White Marine Pearl, tomy: 8’X8’, 10’X9’, 13’9’, dwie stojące 16-stki, dwa basowe 24’X16’, werbel 14’x5 ½’ i roto-tomy 16’ i 18’.
Talerze: Zildjian hi hat 14’ serii A New Beat, 18’ A Thin Crash, 19’Armand Ride i 18’ A Medium Thin Crash. Przez dwa ostatnie lata używał 18-tki Armand Thin i crasha Medium Thin tego wymiaru.
Dodatki: Naciągi Remo, pałki Zildjiana z własną sygnaturą imienną.

TO CO NAJLEPSZE


Trzy najważniejsze płyty:

Duke Ellington Orchestra - Ellington Uptown (1952)

Siła i technika cechują brawurowe wykonanie kompozycji Bellsona Skin Deep. Na całej płycie słychać, jak Louie zręcznie wspomaga orkiestrę Ellingtona.

Louie Bellson Big Band - The Louie Bellson Explosion (1975)

Zrelaksowany i swingujący Bellson pokazuje całą dojrzałość swojego stylu. Płyta jest dopracowana i dobrze zrealizowana, a w nagraniu uczestniczyli topowi muzycy, jak Don Menza czy Blue Mitchell.

Buddy Rich and Louie Bellson - Are You Ready For This? (1965)

Głośny pojedynek perkusyjny z udziałem japońskiego big-bandu, zręcznie chroniącego się przed zabójczym ogniem zaporowym Bellsona.

Bellson we wspomnieniach środowiska bębniarskiego


Carl Palmer

Jednego dnia miałem okazję oglądać Buddiego i Louiego na Long Island w Nowym Jorku, gdzie obaj mieli występować w tej samej sali. Louie zachowywał się jak zawsze - jak gentleman - a grał tego dnia znakomicie. Byłem jego wielkim fanem od czasu Skin Deep, co było dla mnie początkiem wszystkich wielkich solówek naszych czasów. Wiele lat później miałem zaszczyt zapowiedzieć i przedstawić sylwetkę Bellsona podczas uroczystości wręczenia nagrody magazynu Rytm, za całokształt twórczości. Był pierwszym amerykańskim perkusistą, jakiego widziałem w akcji, kiedy przyjechał z serią jazzowych koncertów do Birmingham. Właściwie przyszedłem wcześniej, żeby zobaczyć, jak rozstawia swój zestaw. Nie było to proste, by dostać się tam w dniu koncertu, ale sprzątaczka mnie wpuściła. Kiedy zobaczyłem, jak Louie wnosi na scenę dwa bębny basowe, to był to magiczny moment w moim życiu.

Martin Drew (Oscar Peterson)

Według mnie Louie Bellson był jednym z gentlemanów jazzu. Zawsze gotowy, by powiedzieć miłe słowo i dodać otuchy. Nigdy nie słyszałem, żeby się z kimś kłócił, czy wydzierał na kogokolwiek. Radził sobie w różnych jazzowych stylach ze zdumiewającą zręcznością, kreatywnością i wrażliwością. Znałem go jako człowieka i jako muzyka. Był facetem, który wymagał dużego respektu dla swojej gry oraz takiego zachowania. Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak mógł być tak miły dla wszystkich przez cały czas! Jeśli tak się gra, to czy była taka potrzeba? Z pewnością nie musiał się obawiać nikogo i niczego.

Carmine Appice

Na zawsze zapamiętam nasze pierwsze spotkanie. Był bardzo skromny i miły. To było w 1969 roku. On grał w orkiestrze Joey Bishop Show, a ja w Vanilla Fudge. Wwozili właśnie mojego klonowego Ludwiga, a on podszedł do mnie i spytał: - To duży, piękny zestaw, należy do ciebie? Dumnie przytaknąłem, a Louie: - Przez lata nie widziałem takiego zestawu, duże bębny basowe i cała reszta. Podziękowałem, a on dodał: - Jestem Louie, gram w orkiestrze w studiu, również gram na dwóch bębnach basowych. Wtedy nie załapałem, z kim mówię. Dał mi wizytówkę i powiedział: - Kiedy będziesz w mieście, zadzwoń, to się spotkamy. Schowałem wizytówkę do kieszeni, nie patrząc na nią. Podczas wnoszenia sprzętu wypadła mi, a ja przeczytałem "Louie Bellson" i jego numer! Stuknąłem się w czoło, zarzuciłem kurtkę i pobiegłem wprost do niego, krzycząc: - Dlaczego nie powiedziałeś, że jesteś Louie Bellson?! On odpowiedział cicho: - Nie lubię tego typu lanserki. Od tego czasu zostaliśmy przyjaciółmi. Uwielbiałem go i będzie mi go brakować. Człowieku, wyprawiał wielkie rzeczy na perkusji.

Steve White

Louie Bellson miał na mnie, jako perkusistę, ogromny wpływ. Miałem szczęście spotkać go przy kilku okazjach. Najbardziej utkwiło mi w pamięci spotkanie w Fairfield Halls w Croydon, gdy miałem 13 lat. Udało mi się wślizgnąć na próbę dźwięku. Louie kończył właśnie rozkładać sprzęt i zaprosił mnie na scenę. Usiadłem za tym pięknym zestawem z podwójnym bębnem basowym, ściskając parę pałek otrzymanych w prezencie. Louie Bellson był dobrym kompozytorem, ukształtowanym muzykiem, genialnym perkusistą i fajnym gościem, co dostrzegał każdy, kto spędził z nim choć chwilę.

Jeff "Tain" Watts

Jak wiele dzieciaków, pierwszy raz spotkałem pana Bellsona na warsztatach gry, będąc nastolatkiem. Miał klasę, opanowanie za zestawem i poza nim. Podczas warsztatów i w trakcie występu pozostawał skromny, zaangażowany i czujny. Będzie go brakować jako wielkiego przedstawiciela muzyki i jako człowieka wielkiego duchem.

Billy Cobham

Był jednym z moich mentorów, na równi z Elvinem, Artem, Maxem i Tonym. Louie Bellson grał w bardzo charakterystyczny sposób. Można było rozpoznać, kto gra i pcha zespół do przodu, bez patrzenia na scenę czy okładkę płyty.

David Garibaldi

Louie był jednym z najsympatyczniejszych ludzi, jakich spotkałem. Pierwszy raz spotkaliśmy się bardzo dawno temu, obaj jako wykładowcy na warsztatach. Miałem wrażenie, że nie było nikogo, kto by go nie lubił. Porażała mnie jego serdeczność i otwartość co do swojego życia. Każdego podczas warsztatów traktował na równi z innymi, ściskał ręce, uśmiechał się, odpowiadał na każde pytanie i każdą prośbę o autograf.

Jason Bittner

Kiedy byłem dzieckiem, jak daleko sięgam pamięcią, pierwszymi perkusistami, o których usłyszałem byli: Gene Krupa, Buddy Rich i Louie Bellson. Mój nauczyciel był wielkim fanem Bellsona, tak więc i ja skupiłem się na nim, co przypieczętował jego strasznie fajny zestaw z dwoma bębnami basowymi. Bez wątpienia to on przyczynił się do mojej decyzji powiększenia zestawu o dodatkowy bas. A on umiał na nich grać!

Dom Famularo

Spotkałem go w 1971 r. Louie zafascynował mnie jako muzyk, perkusista oraz jako człowiek. Spędziliśmy razem mnóstwo czasu, razem występowaliśmy przy różnych okazjach. Był dla mnie mentorem, nauczycielem i przyjacielem.

Ralph Salmins

Louie Belson był jednym z pierwszych perkusistów, których istnienia byłem świadomy, będąc dzieckiem. Byłem totalnie powalony tym, co robił za zestawem w big-bandzie i jego swingującym stylem. Louie promieniował pozytywną energią i był pionierem zarówno w sensie rozwoju techniki perkusyjnej, jak i w dziedzinie przełamywania barier rasowych pomiędzy białymi i czarnymi muzykami. Wraz z odejściem Louiego skończyła się era wielkich perkusistów-showmanów: Louie, Buddy Rich i Gene Krupa. Ale wszyscy możemy czerpać do woli ze spuścizny, którą pozostawili, a mam tu na myśli także wiecznie obecny na twarzy Louiego uśmiech.