Masz bębny rozstawione, jak…

Dodano: 20.12.2019

Czyli słuchamy oczami i wybieramy najbardziej rozpoznawalne zestawy perkusyjne.

Nie szata zdobi bębniarza? Niejednokrotnie na naszych łamach udowadnialiśmy, że ten teoretycznie infantylny element wizualny w świecie perkusyjnym staje się dość istotny, gdy chcemy wejść na scenę estradową lub w oko kamery. O ile w studio podczas sesji mało kogo obchodzi, jak wyglądają nasze bębny, to zestaw stojący na scenie przykuwa uwagę nie tylko perkusistów.

Nie uciekniemy od tego, po prostu bębny są zbyt dużym i złożonym instrumentem, żeby w zupełności pominąć element widowiskowości całej konstrukcji. Wiadomo, że nie wolno przy tym popadać w skrajność, ponieważ żaden zestaw perkusyjny nie zagra sam. Z drugiej strony weźmy pod uwagę ilość możliwości wizualnych i opcji konstrukcyjnych, oferowanych przez producentów. Gdyby wszyscy mówili jednym głosem o braku znaczenia aspektu wizualnego, to nie mielibyśmy tak szerokiego wyboru. Ciekawe jest jednak to, że tak naprawdę środowisko perkusyjne jest dość ortodoksyjne i zmiany w samym wyglądzie perkusji postępują bardzo powoli i przejawiają się w detalach. Przykładem jest chociażby zestaw Peavey, który pod koniec ubiegłego stulecia pojawił się na rynku. Obecnie wiele relacji nieco zakłamuje brzmieniową wartość tych instrumentów, które w żaden sposób nie odstawały. Problemem było po prostu zbyt drastyczne odejście od klasycznego wyglądu zestawu. Wiele osób nie przyjmuje tego do wiadomości, ale taka jest prawda, nieco dziecinna, może kapryśna, ale tak to już z nami jest.

Nie ulega wątpliwości, że olbrzymia ilość perkusistów wzoruje się na swoich bohaterach, szczególnie we wcześniejszym okresie swojej przygody z bębnami. To także kształciło pewną modę i wytaczało kierunki na kolejne lata. Weźmy tu przykład Ringo Starra, który zagrał w programie Ed Sullivan Show w 1964 roku. Widok Ringo Starra za zestawem Ludwiga doprowadził do prawdziwej rewolucji wśród producentów bębnów. Cała armia młodych pasjonatów chciała mieć taki zestaw, jaki miał Ringo, zarówno w kwestii marki, jak i rozstawienia. Podobnie było z zestawami perkusyjnymi wzorowanymi na bębny Buddy’ego Richa. Charyzma i potęga mistrza big bandu sprawiała, że to dość klasyczne ustawienie stało się punktem wyjścia i stanowiło bezpieczną, elegancką bazę, która trwa do dziś.

Bill Bruford zaskoczył oryginalnym, płaskim rozłożeniem tomów. Muzyk często eksperymentował z zestawami. (Fot. James Cumpsty)

Wreszcie dochodzimy do momentu, gdzie chyba każdy z nas jest w stanie rozpoznać właściciela bębnów jedynie po charakterystycznym wyglądzie zestawu. Pomijając już własne preferencje stylistyczne jest kilku perkusistów, którzy nie tylko mają rozpoznawalne bębny, ale też stali się swoistymi symbolami. Weźmy chociażby przykład tzw. Łysego z AC/DC. Celowo używamy tu tego podwórkowego określenia Chrisa Slade’a, ponieważ polscy fani zespołu właśnie w ten sposób tytułowali tego muzyka. Drugim charakterystycznym elementem były dwa wielkie bębny ustawione niczym podwieszane japońskie Taiko. Chyba każdy kojarzy rytmicznie bite „Thunder!”.

Fot. Romana Makówka

Ray Luzier wykorzystuje bardzo prosty chwyt w postaci chinki, stojącej tuż przed nim na grubym statywie. Nie jest to niezbędny talerz do odegrania repertuaru zespołu Korn, ale muzyk konsekwentnie stawia blachę w ten sposób, nawet na mniejszych warsztatach i pokazach. Mike Bordin znany z Faith No More i zespołu Ozzy’ego Osbourne’a niemal zawsze korzysta z identycznie rozstawionych bębnów, które sprawiłyby problem niejednemu bębniarzowi. Nie chodzi tu jedynie o styl open-handed, ale też bardzo duże i praktycznie poziomo ustawione tomy. Bordin niezależnie od kapeli trzyma się takiego rozwiązania. Były perkusista Machine Head Dave McClain zaskakiwał wszystkich niesamowicie szeroko rozstawionymi centralami. Do takiego stopnia, że doszukiwano się wykorzystania specjalnych mechanizmów stopek perkusyjnych. Dave’a można było poznać z bardzo daleka.

Billy Cobham i od lat jego bębny w tym lewo… prawo… lewym… Specyficznym układzie! (Fot. Wojtek Andrzejewski)

Bobby Jarzombek to perkusyjny wirtuoz, który powala nieskazitelną techniką i zaskakuje sposobem uderzania w talerze znajdujące się za jego plecami. Ustawione pod specjalnym kątem są bardzo efektownym bajerem. Podobnie zresztą robi perkusista Michaela Jacksona Jonathan Moffett, który otoczony bębnami i talerzami potrafi uderzane za sobą blachy tłumić! Polecamy filmy na kanale Drumeo, gdzie widać kilka wspaniałych zagrywek popularnego Sugarfoota. Zastanawialiśmy się, czy na naszą listę dać Vinniego Paula. Jest perkusistą z kategorii „Co by było, gdyby?”. Chodzi tu oczywiście o historię Pantery i dalsze losy. Vinnie przez całą swoją karierę w drapieżnej odsłonie Pantery i później, korzystał praktycznie z tego samego ustawienia z dwiema centralami i dwoma kolosalnymi tomami. Niezależnie, czy był w Pearl czy DDrum.

Vinnie Paul i te dwa potężne tomy. Były cegły, była skóra węża, były smoki, był rozmiar – zawsze! (Fot. MintyPics)

Wreszcie prawdziwa wisienka na torcie, czyli Daru Jones i jego rozstawienie, będące istnym koszmarem. Co zrobić, żeby nikt nie grał na twoich bębnach? Rozstaw je jak Daru Jones! Zdecydowana większość perkusistów odpuści sobie siadanie za taki zestaw. Hip-hopowy perkusista Jacka White’a dowala do pieca! W zasadzie jedynie to, że Daru nie ma tak wielkiego wpływu na środowisko perkusyjne spowodowało, że nie zamieściliśmy go w naszym tuzinie, bo pod kątem oryginalności z pewnością klasyfikuje się w pierwszej trójce!

Oto nasz subiektywny przegląd charakterystycznych zestawów perkusyjnych, które wykroczyły poza świat perkusistów. Zestawy, które często przyprawiają o szybsze bicie serca fanów, oczekujących na koncert, gdzie widzą na podeście gotowe do odpalenia beczki. Wielu perkusistów eksperymentowało przez lata i potrafiło stworzyć bardzo oryginalne konstrukcje. My jednak skoncentrujemy się na prawdziwych ikonach, które wryły się w świadomość szerszej publiczności.

12. MIKE MANGINI

Rączka w prawo, rączka w lewo.

Fot. Romana Makówka

„O, jak Mangini”. Nie chodzi tu o wielkość zestawu, a o rozstawienie tomów. Mike od bardzo dawna posługuje się charakterystycznym rozstawieniem, rozchodzącym się na boki. Od najmniejszego tomu, kolejno w prawo i lewo. Co bardziej wnikliwi zauważą tu duże podobieństwo do bębnów Billa Bruforda, który rozstawiał swoją Tamę właśnie w ten sposób – tyle, że płasko, z hi-hatem naprzeciwko. Robi to od roku 1998. Natomiast Mike ustawiał tak bębny jeszcze w czasach Extreme w 1994 roku, chociaż grając z zespołem często zdarzało mu się roto-tomy, pełniące funkcję tomów, ustawiać w sposób klasyczny.

Kierując się w stronę wyczynowej gry na bębnach oraz z racji rosnącej popularności klinik perkusyjnych, postanowił dodać więcej szaleństwa. Wzbudzał wielkie emocje i podziw w tamtym okresie. Wszystko to za sprawą oburęczności muzyka. Temat jego zestawu nie byłby tak znaczący, gdyby nie fakt dołączenia do Dream Theater, gdzie przyszło mu zastąpić Mike’a Portnoya. Popularność kapeli i siła rażenia poprzednika spowodowały, że nazwisko Mangini pojawiało się coraz częściej w mediach. Poza tym zespół stworzył gigantyczną konstrukcję perkusyjną, która miała nie ustępować temu, na czym poruszał się Portnoy.

11. NICKO McBRAIN

Na zjeżdżalni.

Fot. John McMurtrie

Cóż można powiedzieć więcej niż to, co zostało już powiedziane na temat perkusisty Iron Maiden? Jego zestaw kojarzy nie tylko każdy bębniarz, ale też każdy z wielomilionowej społeczności fanów zespołu. Od lat otoczony korowodem bębnów w charakterystycznym ustawieniu. Przez wiele długich lat grał na rodzimych perkusjach Premier, ale po tym, jak okazało się, że brytyjski producent jest niepoważny, wrócił do obijanych wcześniej zestawów Sonor (w listopadzie Nicko dołączył do British Drum Co.) Jego bębny zaczynają się od rzadko spotykanego i niechętnie robionego przez producentów tomu 6”, a kończą na jedynym floor tomie, który ma rozmiar 18”x16”.

Na przestrzeni lat całość pod kątem wizualnym doczekała się drobnych zmian kosmetycznych, przejawiających się głównie w blachach Paiste, jak np. pozbycie się drugiego talerza ride, dostawienie blachy china itp. Głównym elementem wyróżniającym jest tu prawdziwa korona z tomów, osadzona na jednej 24” centrali. I tak już od lat. Z pewnością każdy, kto by się pokusił o takie rozstawienie natychmiast zostałby przyrównany do Nicko. Przyglądając się kolejnym zestawom mamy tu wielką konsekwencję ustawienia, gdzie zmieniają się jedynie modele i wykończenia bębnów. Przez te ponad 35 lat Nicko mógł nas przyzwyczaić do siebie, szczególnie, jak się gra w tak popularnym i lubianym zespole.

10. LOUIE BELLSON

Jazz na dwie stopy.

Perkusista, który w Polsce nie jest może specjalnie znany, mimo, że stanowi jedną z najważniejszych postaci w historii perkusji. Ot, taka przypadłość edukacji muzycznej w naszym kraju… Wspólnie z Genem Krupą i Buddym Richem tworzył Wielką Trójkę perkusyjnych osobowości i jednym z jego elementów wyróżniających był zestaw z dwiema centralkami. Dziś jest to rzecz dość oczywista, ale zdecydowanie inaczej to wygląda w przypadku bębnów typu vintage. Louie był pionierem dwóch bębnów basowych, jeszcze zanim pojawili się Ginger Baker czy Keith Moon. Owszem zdarzało się, że niektórzy perkusiści dostawiali sobie wtedy okazyjnie drugi bas, ale robili to jako ciekawostkę lub żarcik.

Louie potraktował to jako swój osobisty wyróżnik i konsekwentnie korzystał z dwóch basów aż do swojej śmierci. Zaczął ponoć jeszcze jako amator w wieku 15 lat, ale oficjalnie można powiedzieć, że na większe sceny wprowadził ten dziwny instrument w okolicach roku 1946. Oprócz dwóch 24” basów ważne też było umiejscowienie jedynie jednego tomu 13” na środku. Korzystał ze Slingerlanda, Rogersa, ale najbardziej znany jest jego zestaw Remo, czyli firmy, której był wiceprezydentem. Przez całą karierę korzystał z blach Zildjian.

9. QUESTLOVE

Wielki muzyk za małym bębenkiem.

Ileż to razy dało się słyszeć, że ktoś chciałby mieć takie fajne małe bębny, „jak ma ten czarny koleś z afro i grzebykiem”. Dobrych kilka lat temu nastała moda na małe, kompaktowe zestawy perkusyjne. Początkowo ignorowane i trywializowane stały się ostatecznie bardzo ciekawym elementem wyposażenia pracujących zawodowo bębniarzy. Ich walory stały się nie do przecenienia w kontekście zajmowanego miejsca i transportu. Wszystko jednak rozbijało się o etykietkę bębnów brzmiących kartonowo, co było efektem powielanej wówczas na forach internetowych opinii (jak to często bywa – faktycznie rzetelnie sprawdzonej przez jednego na stu komentujących), ale też małych możliwości wyboru.

W pewnym momencie wkroczyła amerykańska telewizja i znowu zrobiła swoje, tak, jak to było w przypadku Ringo prawie pół wieku wcześniej. Questlove wraz ze swoją ekipą Roots stali się „domowym zespołem” popularnego programu telewizyjnego. Muzyk wywalił dotychczasową Yamahę i wsiadł za bębny Ludwiga, stopniowo zestaw się zmniejszał i zmniejszał, co przy dość dużej fizjonomii bębniarza wyglądało bardzo ciekawie. Wreszcie Quest zagrał na malutkim Ludwigu Breakbeats, który stał się oficjalną przepustką na salony dla kompaktowych zestawów. W ten sposób Questlove oficjalnie nie tylko zamknął usta wszystkim sceptykom, ale też pozbawił wielu wahających się wątpliwości, a on sam został już chyba na zawsze kojarzony z małymi bębenkami, które brzmią jak burza z piorunami. I spójrzmy teraz na ofertę producentów.

8. MIKE PORTNOY

Dwa w jednym i na trzy.

Mike jest jednym z najbardziej inspirujących perkusistów ostatniego ćwierćwiecza. Można się sprzeczać o faktyczną jakość jego gry czy też podejmowane kroki w karierze, ale niezależnie od tego, jest to muzyk, o którym się mówi, z którym perkusiści się liczą. Fenomen Dream Theater przyczynił się do wielkiej popularności muzyki, nazywanej potocznie progresywną. Głównie z racji melodyjności i jednoczesnej wirtuozerii instrumentalistów granie „progresu” stało się wyzwaniem i oznaką ekskluzywności. Mike zawsze posługiwał się bogatymi zestawami, które nazywał pieszczotliwie Monsterami. Po wielkim sukcesie płyty Metropolis pt. 2 Scenes From a Memory Mike wydał video instruktażowe, gdzie grał na swoim przytulnym i tak bardzo lubianym przez fanów Purple Monster.

Prawdziwy szok perkusiści przeżyli jednak, gdy „Żelazny Mike” po kolejnym albumie (6DOIT) pojawił się za zestawem o nazwie Siamese Monster. Od tej pory, bardzo długo, bo od 2002 roku aż do samego końca swojej gry w Dream Theater w 2010 roku na scenie zespołu dominował olbrzymi podwójny zestaw z trzema centralami. Bardzo sprytnie przemyślany i zorganizowany przez Mike’a pod kątem przydatności w poszczególnych utworach. Dzięki połączeniu na środku, talerze z jednego zestawu mogły być wykorzystywane podczas gry na drugim. Przez lata Tama wykonała kilka modeli niezmiennie w towarzystwie blach Sabian. Po odejściu z zespołu Mike porzucił ten koncept, a zestaw stał się wielkim westchnieniem fanów i symbolem portnoyowskich czasów Dream Theater.

7. DANNY CAREY

Niezaburzona symetria.

Fot. Paiste

Doskonały przykład indywidualności spowitej mgłą tajemniczości. Perkusista zespołu Tool stworzył swój zestaw perkusyjny, gdzie od lat wyróżniające są dwa elementy. Niezależnie, jakie bębny i inne instrumenty perkusyjne dostawia lub odejmuje z kolejnych odsłon, to dwie charakterystyczne blachy stały się znakiem rozpoznawczym perkusji Danny’ego. Było wiele opowieści, jakie to mistyczne zależności wiążą się z takim usytuowaniem talerzy, teorie zachowania symetrii i tego typu ciekawe historyjki. Nieważne, czy był to jedynie chwyt pod publiczkę, czy rzeczywiście muzyk wierzył w magiczne oddziaływanie takiej konfiguracji, china oraz ride tworzą dwa skrzydła zestawu osadzonego na dwóch centralach.

Nie ma znaczenia, czy artysta korzysta z zestawu Sonor czy też wpadnie na pomysł tragiczny dla technicznych, by wziąć ze sobą zestaw bębnów Paiste, które ważą kilkaset kilo. Podobnie z elektroniką i ciekawymi padami Mandala. Dwa crashe oraz china i ride po bokach. Każdy, kto użyłby takiego ustawienia, natychmiast zostałby posądzony o naśladowanie perkusisty Tool. Druga sprawa, że Danny potrafi zrobić z tego niesamowity użytek!

6. SIMON PHILLIPS

Zestaw katalogowy.

Fot. Thomas Gerstendörfer

Zestaw Simona to prawdziwa perkusyjna ikona. Dwie centrale, cztery wiszące tomy i zestaw octobanów z lewej strony artysty to ustawienie, które stało się jego znakiem rozpoznawczym. Nawet teraz, gdy używa nieco innego układu ze swojej prawej strony z podniesionymi floor tomami (miał wcześniej całą trójkę na płasko w „kiść”), najbardziej kojarzony jest z tym klasycznym ustawieniem – niezależnie od tego, jaki model Tamy był i jest przez niego wykorzystywany. Bębny aż roją się od charakterystycznych elementów, które od lat towarzyszą muzykowi. Wspomniane octobany czy też ustawiony na lewą rękę ride. Podobnie też wielki 24” Swish, służący zarówno jako tzw. blacha rytmiczna, ale też akcentowa. Do tego mały splash, wiszący na wysokości talerzy crash. Bębny są tak bardzo przyjemne dla oka, że Tama korzystała z nich jako zestaw modelowy w swoim katalogu z 1998 roku. Simon korzysta z bębnów w rozmiarach od 10” do 18” (z centralami 24”), łącznie z nieczęsto spotykanym 15”. Ciekawe więc, że do kompletu nie ma tomu 8”. Dlaczego? Po prostu wystarczają mu octobany w połączeniu z wysokim strojem całego zestawu.

5. JOHN BONHAM

Przezroczysty groove.

Fot. Robert Knight Archive

Zwykło się mówić, że ktoś ma „bonhamowski” zestaw, mimo, że jest to jeden z popularniejszych układów perkusji, który dodatkowo nie był przez Bonhama wymyślony. Co zatem charakterystycznego jest w bębnach Bonzo, że od razu nasuwa się skojarzenie z jego osobą? Nie chodzi tu o wielkie kotły, które stawiał sobie z lewej strony, ale o zestaw Ludwig Vistalite, wykonany rzecz jasna z akrylu w bursztynowym kolorze. Dochodziły do tego kolosalne rozmiary bębnów (26” centrala, 14” tom oraz 16” i 18” floor).

Bonham korzystał z tych bębnów przez niecałe 3 lata, ale wystarczyło, że pokazały się w filmie The Song Remains the Same i świat zaczął na zawsze kojarzyć akrylowy zestaw 1-1-2 z perkusistą Led Zeppelin. Swoje dorzuciła tu firma Ludwig, która wypuszczała kolejne wznowienia i repliki bębnów, dostępne w wielu kolorach. Kropką nad i był wyjątkowy koncert w 2007 roku, gdzie w szeregach jednorazowo reaktywowanego Led Zeppelin zagrał Jason Bonham. Mimo, że jego ojciec korzystał z tak wyjątkowych zestawów, jak Stainless Steel czy też długoletni Green Sparkle, Jason zdecydował się na wersję akrylową, z tą różnicą, że w wersji żółtej.

4. NEIL PEART

Ręczna robota w cenie samochodu.

Fot. DrumChannel

Zestaw Neila Pearta zawsze budził wielki podziw. Chociaż są też tacy, którzy kręcą nosem na ten kolosalny przepych nie tylko w ilości instrumentów, ale też jakości wykonania, które stało się prawdziwą obsesją firmy DW Drums. Ciężko powiedzieć, czy taka reakcja jest formą zazdrości, ale nawet najwięksi oponenci muszą przyznać, że kto jak kto, ale Neil Peart wykorzystuje całość od najmniejszej blaszki po najdalej oddalony kocioł. Tak naprawdę cała konstrukcja jest w pełni ergonomicznie dostosowana do artysty, jego ruchów i stylu gry.

Tworzy to bardzo efektowny układ, szczególnie, gdy wkroczy tu Louie Garcia z firmy DW Drums i zabierze się za ręczne obrabianie całego zestawu. Neil zaczął eksperymentować z takim ustawianiem w okolicach trasy koncertowej płyty Roll The Bones z 1991, gdzie przede wszystkim pozbył się drugiej centralki, następnie usunął skrajny prawy tom. Działo się to jeszcze w okresie gry na zestawie Ludwiga (mimo, że Neil wcześniej długo grał na Tamie) oraz blach Zildjiana. Później, jak wiadomo, „ustatkował się” na DW Drums i Sabian i to te zestawy są najbardziej charakterystyczne.

3. LARS ULRICH

Wtedy wchodzi on, cały na biało.

Fot. Ken Settle

Czy ktokolwiek wyobraża sobie Larsa na innych bębnach niż Tama? Jest to doskonały przykład tego, jak silnie można powiązać markę z muzykiem. Przecież Lars do tej pory korzysta z klasycznych frontowych naciągów bębnów basowych z wielkim białym logo firmy, a mógłby tam dać jakąkolwiek grafikę, jaką sobie wymyśli, tym bardziej, że mocno interesuje się sztuką. Uwierzcie, to nie jest przypadek, że tam wciąż jest tylko to logo. Zapytajcie gitarzystów, na czym gra koleś z Metalliki?

W okresie eksplozji popularności zespołu pojawił się zestaw-ikona czyli biała Tama. Na zdjęciu widoczna późniejsza Tama Artstar znana też jako Lars Ulrich Signature. Tak naprawdę nie o sam model chodzi, tylko o wygląd. Po prostu białe bębny z czterema dużymi tomami (w Artstar z naprawdę dużymi, bo: 10”x10”, 12”x11”, 14”x13” i 16”x15”!). Na dobre zaczął korzystać z tak wyglądającego zestawu po płycie …And Justice For All, chociaż wcześniej w Japonii grywał na takich beczkach. Pierwsze odejście od tego zestawu pojawiło się na Woodstock w 1994 roku, gdzie zdjął dwa skrajne tomy. Po płycie Load na dobre wskoczył za zestaw, który układem niewiele się zmienił aż do dziś. Mimo tylu lat to właśnie biała Tama była obiektem pożądania tysięcy młodych fanów ostrego bicia.

2. TERRY BOZZIO

Brak jednego tomu i nie ma grania!

Fot. Michał Matusiak

Ciekawe jest to, że Terry ma tych zestawów kilka na różne okazje. Często dostosowuje je do potrzeb danej sytuacji, jak to było np. gdy nagrywał płytę dla zespołu Korn i trzeba było dodać kilka typowych dla zwykłego zestawu perkusyjnego dźwięków (głównie talerze). Bozzio od wielu lat jest użytkownikiem DW Drums i Sabian. Obie firmy wykonały specjalne tzw. customowe instrumenty, które można dostać często jedynie na specjalne zamówienie. Wyjście naprzeciw oczekiwaniom artysty było głównym elementem wiążącym muzyka z producentem.

W okresie przepoczwarzania się ze zwykłego zestawowca w perkusistę solowego, Terry korzystał z blach Paiste. To głównie dla niego powstała bardzo ciekawa, sucha i sypka w brzmieniu, czarna w wyglądzie seria Paiste Visions. Ponadto grał na zestawach perkusyjnych Remo. W połowie lat 90 przeskoczył do Sabiana i DW. Ciekawostką są też naciągi. Terry używa membran Attack i na bębenkach z lewej strony potrafi ich nie zmieniać przez kilka lat. Ciężko pomylić zestaw Terry’ego z jakimkolwiek innym, to trzeba przyznać! Zresztą wyobraźcie sobie Terry’ego za klasycznym zestawem. Coś jak Daray z gitarą.

1. IAN PAICE

Po prostu jakoś tak wyszło.

Fot. Romana Makówka

Naszym zdaniem jest to najbardziej charakterystyczny zestaw w historii rocka. Ian jest przede wszystkim perkusistą grającym na „lewym” zestawie. Oznacza to dominację nie tylko lewej ręki (co moglibyśmy wykorzystać w technice open handed), ale także lewej nogi. Nie to jest jednak głównym elementem wyróżniającym. Chodzi tu oczywiście o jedyny w swoim rodzaju układ tomów. Ian zaczął kombinować z takimi „winogronami” jeszcze w okresie Deep Purple z Davidem Coverdalem na wokalu, czyli składów określanych mianem MKIII i MKIV, ale najbardziej znana nam forma ustawienia z jednym dodatkowym tomem wykrystalizowała się w okresie dołączenia do zespołu Whitesnake, czyli około 40 lat temu.

Od tej pory każdy szanujący się fan rocka od razu kojarzy ten właśnie zestaw Pearla z osobą genialnego perkusisty Deep Purple. Nie zapominajmy też o talerzach, które dopełniają całości, ponieważ tutaj także Ian jest bardzo konsekwentny. Dwa główne, duże (różnie, między 20” a 24”) crashe Paiste 2002 i wielka china 22” nad floor tomami, a przy tym nieproporcjonalnie maluteńki splaszyk 8”.

A jak to wygląda u polskich perkusistów? Ciężko rzec, czy mamy kogoś przywiązanego tak bardzo do sposobu rozstawienia bębnów, że stworzył tym samym swój znak rozpoznawczy. Przychodzi tu na myśl Piotr Szkudelski i jego zestaw wielkich bębnów, ustawionych pod technikę open-handed, Maciek Gołyźniak z Lion Shepherd i jego skrajna wielka centrala. Mimo to przeglądając ostatnio galerię wspaniałych perkusistów Męskiego Grania ciężko doszukać się jakiejś specjalnej oryginalności. Ale przecież to o niczym nie świadczy. Jeszcze raz podkreślamy, że bębny same nie zagrają nigdy, nawet jak obejrzymy wszystkie filmy perkusyjne, przeczytamy wszystkie artykuły na temat grania. Wskazane jest też, by oprócz samotnego ćwiczenia grać z innymi muzykami, żeby inspirować się wzajemnie i budować nowe kompozycje.

Vinnie Colaiuta rozszerzył zestaw, ale charakterystyczna chinka musi być! (Fot. @vinniecolaiutaofficial)

Dopiero wtedy możemy się pokusić o zabawę w wymyślanie jakiegoś elementu, który będzie nas wyróżniał. Nie musi to być od razu konstrukcja wieży Eiffla. Czasami wystarczy taka jedna chinka, jaką ma np. z lewej strony Vinnie Colaiuta, tylko że Vinnie jest perkusyjną potęgą i żeby kojarzyć zwykłą dużą chinkę 22” z tym artystą troszkę groove’ów z jego kończyn musiało popłynąć. Brian Tichy, grając w Whitesnake, także miał chinkę w bardzo dziwnym miejscu. Na nasze pytanie, dlaczego ma tę blachę, w którą podczas koncertu uderzył w sumie 2-3 razy, odparł, że David (Coverdale – lider Whitesnake) chciał, by czymś się wizualnie wyróżniać.

Tak czy inaczej, zachęcamy do tego, by nie zapominać o tym, że siedzimy za wspaniałym „meblem” i kilka detali może wpłynąć na większą rozpoznawalność, co oczywiście nie zastąpi sumiennej i wytrwałej pracy nad techniką, muzykalnością i świadomością własnego brzmienia.

Materiał opracowany przez redakcję Perkusisty
Zdjęcia: Romana Makówka, Michał Matusiak, Wojtek Andrzejewski, John McMurtrie, Thomas Gerstendörfer, Robert Knight, Ken Settle, James Cumpsty, Paiste, DrumChannel

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !