Lars Ulrich

Dodano: 11.09.2018
Autor: Maciej Nowak

Kiedy ostatnio Lars udzielał wywiadu magazynowi perkusyjnemu? Tak, żeby usiąść twarzą w twarz i nie gadać jedynie o promocji płyty, tylko spojrzeć na nią przez pryzmat bębnów lub po prostu pogadać o bębnach? Udziela się aktywnie w mediach, ale perkusyjne wywiady jakoś mu umykają. Nam jednak nie odmówił!

Żeby uzmysłowić sobie skalę całej sytuacji, warto zrobić powtórzenie wiadomości z tego, co się wydarzyło w muzyce przez te ostatnie 35 lat. Tyle bowiem minęło, odkąd na rynku pojawił się album Kill’Em All czyli pierwsza płyta Metalliki. Dziesiątki różnych stylistyk, mieszanina gatunków, a w świecie bębnów kilka konkretnych rewolucji nie tylko sprzętowych, ale kulturowych. Warsztaty perkusyjne dały narodziny perkusyjnym „bezpaństwowcom”, którzy nie grają w zespołach, tylko żyją właśnie prezentacjami i pokazami. Z pomocą przyszedł rozwój Internetu, gdzie pojawiło się tysiące godzin szkół i prezentacji.

W 1981 roku młody niedoszły duński tenisista, marzący o byciu w zespole muzycznym, mógł co najwyżej liczyć, że przyjedzie grać koncert jakiś zespół i tam będzie można podejrzeć, jakie patenty stosuje bębniarz. Ci bardziej wkręceni w technikę gry mogli liczyć na jakieś pokazy w regionalnym sklepie, perkusistów pokroju Carmine’a Appice, który był jednym z pionierów zorganizowanej działalności warsztatowej (za co zresztą wyleciał z zespołu Ozzy’ego Osbourne’a). Lars nabuzowany energią zespołów Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu zaczął powoli wdrażać w życie swój plan stworzenia zespołu. Pierwsza płyta zespołu powinna być właśnie postrzegana przez ten pryzmat dużej innowacyjności lub mówiąc lepiej – świeżości w muzyce. Tak, tak, ten szorstki hałas na „Kill’Em All” był nowym głosem w muzyce metalowej, który ostatecznie pociągnął za sobą całe pokolenia zbuntowanych dzieciaków.

 

KONCERT

Jaki był, pamiętają ci szczęśliwcy, którzy dostali bilety, a te rozeszły się szybciej niż karpie w promocji. Był to jeden z lepszych koncertów Metalliki w Polsce, biorąc pod uwagę obiektywnie wszystkie okoliczności. Do tego zagrany przez Hammetta i Trujillo „Wehikuł Czasu”, który był miłym gestem ze strony zespołu. Doprawdy ciężko znaleźć bardziej znany polski standard, którego można się szybko nauczyć z doskoku dzień przed koncertem. Patrząc na to, co zespół grał w innych miastach, u nas wyszło to bardzo na poziomie, a dzięki takiemu wyborowi cała Tauron Arena bez obciachu wyła tekst. A mogło być przecież całkiem inaczej. Sam Hammett pokazał, jakie są jego muzyczne korzenie i główny riff zagrał rasowo. Lars nie bierze udziału w tej zabawie, głównie dlatego, że w ciągu dnia ma masę rzeczy do zrobienia z funkcjonowaniem i reprezentowaniem zespołu. W Krakowie na scenie zaprezentował się na bardzo przyzwoitym poziomie, zagrał po swojemu, zgodnie z duchem Metalliki i zanim pojawią się szydercze uśmiechy niektórych antagonistów Larsa, zróbmy sobie sondę wśród tych, co byli i zadajmy pytanie: „Czy występ Larsa przeszkadzał ci w odbiorze koncertu?”. Po zadowolonych twarzach kilkunastu tysięcy ludzi, wychodzących po ostatnich dźwiękach „Entera”, wynik jest oczywisty. Kawał solidnego metalowego grania!

Metallica wróci na pewno, ale szkoda, że audytorium było ilościowo ograniczone do tej jednej hali i jednego koncertu, bo wielu starych, wiernych fanów nie dostało się na ten występ, a w ich miejsce pojawiło się kilka przypadkowych osób. Było to widać podczas tzw. Meet & Greet, czego sam byłem świadkiem, bo żaden z fanów Metalliki nie reaguje zdziwieniem na to, że Lars pochodzi z Danii. No cóż, takie były zasady, no i w sumie zawsze trzeba zacząć tę przygodę z zespołem. Na zdrowie!

 

AKCJA „LARS ULRICH”

Umówienie się z Larsem nie było proste. Metallica bardzo starannie dobiera sobie rozmówców podczas tras koncertowych i nie ma co ukrywać, że celuje w media, które swoim zasięgiem obejmują znacznie większe grono odbiorców niż perkusiści. To jeden problem. Drugi problem to fakt, że Lars Ulrich nie siedzi dniami i nocami w katalogach producentów sprzętu perkusyjnego, nie ogląda godzinami filmów instruktażowych na YouTube, innymi słowy mało go to wszystko interesuje. Nie wykazuje pod tym kątem żadnej aktywności, a doskonałym potwierdzeniem są jego bębny, które od lat składają się z tej samej konfiguracji, ograniczonej do absolutnego minimum na potrzeby koncertów. Dzięki kilku rekomendacjom i co by nie mówić dorobku w kontaktach z muzykami z zespołów takiego formatu przyszła wreszcie wyczekiwana informacja, że trzeba się stawić pod krakowskim Tauronem o konkretnej godzinie, a pani manager nas wydzwoni. Faktycznie, bezpośredni kontakt z managementem zespołu spowodował, że całość przebiegła niesamowicie płynnie we wspaniałej atmosferze.

Nie chcę nic sugerować, jeżeli chodzi o to, co mówi artysta, ale wiadomo, że Lars ma lekkie tendencje do filozofowania, mimo to w jego wypowiedziach słychać pewną logiczną spójność, związaną z rolą, jaką pełni w zespole. Stara się unikać wszelkich sformułowań, które by świadczyły o jakiejkolwiek słabości Metalliki, co na swój sposób jest urocze, biorąc pod uwagę to, że ma 54 lata i zespół jest w takim miejscu, w jakim jest. Daje tym samym do zrozumienia, że on nie jest tylko członkiem zespołu, tylko, że jest częścią instytucji, jaką jest Metallica.

ROZMOWA

Wkroczył pewnym krokiem do pokoju z kubkiem herbaty w ręku. Przywitał się bardzo elegancko, a ja od razu zaprosiłem go, by zasiadł na szerokiej kanapie. Wyciągnął herbacianego „szczura” i z racji braku kosza w sali zdegustowany rzucił go obok. „Połóż sobie dyktafon tutaj, lepiej ci będzie zbierał” – rzekł z troską, klepiąc przy tym na miejsce obok siebie, gdzie leżał styczniowy numer Perkusisty. Sięgnął po magazyn i zaczął przeglądać. „Wybrałem to wydanie, bo wiem, że interesujesz się sztuką, a to numer specjalny w formie foto albumu” – powiedziałem. „No właśnie widzę, same zdjęcia, ciekawe, fajnie to wygląda… Mogę go sobie zachować?” – zapytał. Raczej nie oponowałem. Uśmiechnął się szeroko i podziękował jeszcze spokojnym tonem, bo po trzech pytaniach był już mocno rozgrzany i wręcz kipiał tą swoją Larsową energią.

Maciej Nowak: Gratulacje, jeżeli chodzi o „Hardwired”, całkiem przyjemne granie.

Lars Ulrich: Dziękuję.

Który utwór sprawia ci największą frajdę podczas grania? Mój ulubiony to stanowczo „Spit Out The Bone”.

Tak, całkiem dobry numer (śmiech). Wiesz, jeszcze troszkę jest za wcześnie, żebym wskazywał konkretnego faworyta. Mam wciąż ten element odkrywania poszczególnych momentów i można powiedzieć, że jestem pod wrażeniem tego materiału. Minęło niecałe półtora roku od wydania płyty i granie tych piosenek w trasie jest wciąż tematem rozwojowym. Nie czuję ich jeszcze tak naturalnie, jak stare nasze numery. „Spit Out The Bone” zagramy w ostatnim secie. Ostatnio zagraliśmy ten kawałek w Monachium i przyznam, że było fajnie, mieliśmy nad nim pełną kontrolę, nie leciał jak szalony koń i nie wyrywał się w jakieś niespodziewane rejony.

Ale jest to już moment, gdzie możesz spojrzeć na materiał z dystansem.

Nazywam to takim miesiącem miodowym. Tworzenie i wydawanie płyty jest zawsze u nas bardzo intensywnym procesem pod każdym względem. Masz poczucie tego, że wydasz coś, na co wszyscy będą zwracać uwagę, dlatego staramy się mocno angażować i koncentrować na pracy. Jestem wtedy mocno w gazie. Ostatecznie, kiedy dochodzi do wydania płyty, mamy do czynienia z bardzo doniosłym dla nas momentem. Jest kumulacja tych wszystkich emocji i dzielimy się efektem ze wszystkimi, pojawiają się pierwsze recenzje i opinie. Płyta zaczyna żyć własnym życiem, a ja w pewnym momencie słuchając po jakimś czasie albumu zastanawiam się, dlaczego zrobiliśmy coś tak, a nie inaczej (śmiech). Rozumiesz? Zazwyczaj tak się dzieje z każdą rzeczą, jaką się robi. To normalne. Pewnie czasami, jak spojrzysz na swój magazyn, myślisz tak samo: „Dlaczego nie dałem tego zdjęcia na tej stronie?”.

Nazywam ten okres miesiącem miodowym, ale w przypadku „Hardwired” jest on całkiem pozytywny. Wiele piosenek wciąż można nazwać mocnymi i wytrzymują powoli tę próbę czasu. Na szczęście jest to zestaw, z którego możemy wybierać i grać. Będziemy w trasie przez kolejny rok lub półtora. A jakbym miał wybrać jeden z utworów? Ciężko rzec… hm… Może „Now That We’re Dead”? Podoba mi się ten kroczący groove, ten klimat. Kolejna piosenka z tych fajniejszych dla mnie to „Confusion”, strasznie przyjemny utwór do grania! Wszystkie te piosenki to bardzo pozytywne doświadczenie dla mnie jako bębniarza. Gramy 7 nowych piosenek na każdym koncercie po to, żeby fani je poznali lepiej i je wspierali. Reakcja jest bardzo dobra.

Zdarza ci się walczyć z niektórymi kompozycjami Metalliki na scenie?

Wiesz… Hm… Jakby to ująć… Nigdy nie walczyłem z utworami w okresie ich powstawania. Albo inaczej – naprawdę baaardzo rzadko zdarzało się, bym siłował się z piosenkami od początku ich istnienia tzn. w chwili tworzenia danej kompozycji. Później faktycznie, wracasz do nich i tak, jak mówiłem – co miałem wtedy na myśli, gdy układałem takie partie? Mogę bardzo spokojnie odpowiedzieć na to pytanie, bo wiem przecież, jak wygląda tworzenie piosenek, jest to zawsze jakiś pozytywny błysk i impuls. Mam świadomość tego, że wszystko, co w historii zespołu stworzyliśmy było czystym wyrażeniem emocji, najuczciwszą kreacją. Później dopiero, po jakimś czasie, zaczęły pojawiać się pytania. Podam ci przykład, żeby najlepiej to zobrazować. Jakieś 6 lat temu robiliśmy trasę z okazji rocznicy „Czarnego” albumu. Pamiętasz? Graliśmy całą płytę.

Tak, w kolejności od końca płyty do pierwszego, Entera.

Właśnie. Tam na płycie jest piosenka „Don’t Tread on Me”… (w tym momencie Lars zrobił kwaśną minę i pokręcił ręką). No nie jestem pewny co do niej (śmiech). Dziwnie mi się to grało po tylu latach. Nie jestem wielkim fanem grania shuffle. Nie gram tak na co dzień, więc troszkę niewygodnie było mi to grać po 20 latach. W większości piosenek zawsze znajdowałem jakieś pozytywne momenty, ale nie do końca w „Don’t Tread on Me”.

Mimo wszystko zawsze masz banana na twarzy i walenie w bębny wciąż sprawia ci radość.

A jak tu nie mieć radości, jak się wyjdzie na scenę?! Godzinkę temu rozmawiałem z Jamesem na temat naszego występu w Monachium dwa dni temu. Zagraliśmy tam piosenkę „The Wait” (w oryginale zespołu Killing Joke) po prawie dziesięciu latach jej niegrania na żywo. Przeżywaliśmy to strasznie, bo wszystko wyszło rewelacyjnie, James był bardzo zadowolony. Dookoła 18 tysięcy fanów przyjęło to bardzo gorąco i cieszą się z tego, co wyprawiamy na scenie. No i powiedz, jak tu się nie cieszyć? Jak nie mieć uśmiechu na twarzy? Szczególnie, jak grasz w takim miejscu, gdzie się wszystko zgadza. Jasne, zdarzają się gorsze dni, nie czujesz się dobrze, masz kiepski humor i nie dajesz rady wczuć się w klimat. Jeżeli jesteś w stanie wejść w klimat to uśmiech pojawia się naturalnie. Staram się wychodzić na scenę z takim właśnie nastawieniem. Sam wiesz, bo też tworzysz swój magazyn, że masz dni, gdzie jesteś zmobilizowany i masz w sobie wolę walki i chęć działania, a czasami nic ci się nie chce. W zespole mamy to samo. Mamy rewelacyjne dni, ale mamy też i zwykłe dni. Fani stojący pod sceną nie wiedzą, czy dziś masz dobry humor czy nie, chcą dobrego koncertu i musisz im to zagwarantować. Staram się znaleźć coś, co mnie wprowadzi w dobry nastrój, znaleźć w tłumie jakąś szczęśliwą twarz, jakiś fajny baner lub flagę, czy też złapać dobry kontakt z którymś z chłopaków, żeby wejść w ten klimat.

Gdzie jest ta granica między Metalliką jako miejscem pracy, a Metalliką dla zabawy?

To chyba jest tak, jak w większości podobnych przypadków. Robisz coś, co lubisz i masz jeszcze z tego pieniądze, które pozwalają ci się utrzymać. Metallica daje mi możliwość wysłać dzieci do dobrej szkoły, mogę kupić ojcu dom itd. Mam do tego szacunek i podstawą jest znalezienie odpowiedniego balansu. Myślę, że chyba w miarę szybko udało nam się to osiągnąć, otaczaliśmy się ludźmi, którzy potrafili zrozumieć to, czym jest Metallica, naszą mentalność i kulturę, jakkolwiek to nazwiesz. Dziś gramy tu w Krakowie, ludzie przyjechali z Warszawy, Gdańska, Poznania (Lars naprawdę wymienił te wszystkie polskie miasta bez zastanowienia!) i my musimy dostarczyć im dobry koncert, dlatego biegam, staram się jeść zdrowo, nie upiję się dzień przed koncertem. Mogę się napić po koncercie, ale nie przed! Staram się szanować to, co robię i dać z siebie jak najwięcej, tyle, ile może dać 54-letni facet.

Masz oczywiście rację określając jasno dwie strony: biznes i rozrywka. To wszystko musi być w jakiś sposób zbalansowane. Jak jestem w domu to spędzam czas z rodziną, a po chwili jadę z chłopakami i znajduję się w Krakowie, Monachium czy Lipsku… Bo chyba tam gramy jutro. Pamiętaj, że to wciąż zespół rock’n’rollowy, rozumiesz? Jadę z chłopakami w trasę! Czad!

Coś jak przebywanie w męskiej jaskini z kumplami.

Dokładnie! Taka męska jaskinia, gdzie w piwnicy masz kanapę, wielki telewizor, przychodzą kumple, jecie pizzę, walicie browar i oglądacie mecze, a na drugi dzień, jak gdyby nigdy nic wracasz do swoich obowiązków. Wyjazd w trasę z Metalliką to jak takie wejście do męskiej jaskini. Jesteś z dala od zobowiązań domowych.

Śledzisz to, co się dzieje w bębnach?

Raczej słabo, chociaż… Hej, generalnie wiem, co się dzieje wkoło, ale nie wiem na przykład (w tym momencie Lars wziął Perkusistę do ręki i zaczął kartkować), co robi ten albo ten perkusista. Nie śledzę świata bębnów tak mocno, jak robią to inni perkusiści. Mówiłem to już wielokrotnie, że dla mnie ważniejsze jest bycie w zespole, tworzenie muzyki, granie koncertów jako kapela, a nie jakieś przesadne…

…onanizowanie się perkusjami. Spokojnie, zaznaczę, że ja to powiedziałem.

(Lars nachyla się do dyktafonu i krzyczy) Drodzy czytelnicy, to on podaje takie porównania, nie ja! (śmiech) Ale poważnie, wiem, co się mniej więcej dzieje, a dlaczego? Po prostu mój syn poszedł teraz uczyć się w Berklee.

Gratulacje, to wielkie wyzwanie. Będziesz miał od kogo podpatrywać (śmiech).

Bardzo dziękuję. Mój syn jest niesamowitym perkusistą. Siedzi bardziej w jazzie i fusion, uwielbia Lenny’ego White’a, Jacka DeJohnette i resztę tych niemożliwych mistrzów. Jednocześnie mówię mu, by posłuchał „Highway To Hell” albo „Let There Be Rock”, żeby złapać lepszy balans i równowagę w muzyce.

Wiesz o tym, że dla wielu wybitnych bębniarzy jesteś Perkusyjnym Bohaterem. Tacy wymiatacze, jak Mario Duplantier, Brann Dailor otwarcie mówią o tym, że są twoimi fanami. Co czujesz, gdy słyszysz coś takiego? Dumę?

Jest kilka typów uczuć, jakie się pojawiają, to nie jest jedna reakcja w takim momencie. Na przykład Mario i Gojira, znamy się bardzo dobrze, lubimy i szanujemy. Tak, na pewno jest mi za każdym razem niezwykle miło, jak coś takiego słyszę, dziękuję. Z drugiej strony weźmy pod uwagę, jakim perkusistą jest Mario. No proszę cię! To niesamowity muzyk, więc… uch! Pojawia się też u mnie lekkie zawstydzenie.

Twoja droga perkusisty była inna, prawda? Widać to teraz na scenie, jak grasz.

Jak zaczynaliśmy to wszystko ponad 35 lat temu, byliśmy my i kilka kapel. Moja rola w tym czasie była trochę inna od tej, jaką pełnili inni perkusiści. Wynikało to z mojej osobowości, robiłem więcej rzeczy wokół zespołu niż bębniarze w innych kapelach. Zajmowałem się bardziej sprawami organizacyjnymi, żeby wszystko się kręciło i trzymało w kupie. Stawiało mnie to w nieco innym świetle. To po pierwsze. Po drugie – i tu muszę być bardzo szczery – nie zaczynałem jako typowy perkusista w tym rozumieniu, jakie jest teraz. Chodziło o zespół. Można tak lekko naciągając rzec, że najpierw miałem zespół, a później stałem się perkusistą. Zawsze mi najbardziej zależało na tym, by być w zespole, tworzyć taki gang, być w kolektywie. Jestem jedynakiem, więc często czułem się samotny, miałem wrażenie, że wszystko mnie omijało. Bycie w zespole było dla mnie sposobem na kontakt z innymi ludźmi, dawało mi poczucie tego, że biorę udział w czymś, co jest większe ode mnie. Dla mnie właśnie to było najważniejsze w młodości – bycie w grupie, w gangu. To było ważniejsze niż perkusja. Perkusja była jednak biletem, przepustką, drzwiami do bycia w zespole. Nie byłem gościem, który zamknął się w piwnicy i przez pięć lat katował paradiddle, po czym wstał i powiedział: „Ok, teraz mogę być w zespole!”. U mnie było odwrotnie, chciałem być w zespole i grać europejski heavy metal, jak do tego doprowadzić? Dobrze by było nauczyć się na czymś grać, a mam w domu perkusję. Zacząłem grać i zacząłem powoli poznawać ludzi, a po roku poznałem gościa, który się nazywa James Hetfield. Reszta jest historią. Patrzę na siebie bardziej jako na członka zespołu, autora piosenek, producenta, a nie jedynie perkusistę. Kocham sens grania razem, gdy słyszę riffy Jamesa Hetfielda, kiedy mogę je wesprzeć, wypełnić. Uczynić je jeszcze większymi. To daje mi dużo satysfakcji. Granie na perkusji dla samego grania nie jest czymś dla mnie.

Jak się postrzegasz na tle takich muzyków, jak Lombardo czy Benante?

To są goście, z którymi razem startowaliśmy i tworzyliśmy tę muzykę. Dave Lombardo, Charlie Benante, podziwiam i szanuję ich bardzo! Jednak w moim odczuciu oni robili coś innego niż ja, moja misja wyglądała inaczej. Ludzie tworzyli te całe zawody, kto jest szybszy, Lars Ulrich czy Dave Lombardo? A kogo to obchodzi?! Kto jest lepszy – Kirk Hammett czy Kerry King? Co to w ogóle za pomysły? Jakie to ma znaczenie? Zacznijmy od tego, że to nie jest sport. A po drugie mieliśmy inne otoczenie muzyczne i tło działalności. Lubimy się, szanujemy, kumplujemy się, a to ludzie tworzyli atmosferę współzawodnictwa w momencie, gdy nasze kierunki były inne. Mieliśmy w sobie ten swój specjalny składnik i po 35 latach mogę z dumą powiedzieć, że wciąż go w sobie mamy.

Logiczne. Bo można zadać pytanie, czy słuchamy Metalliki, czy słuchamy Larsa?

Tak, chociaż tak naprawdę to jest to samo. Jestem częścią jednego organizmu, jakim jest Metallica.

W takiej sytuacji muszę zapytać cię, co jest w twoim odczuciu twoją najsilniejszą stroną?

Czuję riffy Jamesa Hetfielda i wypełniam je swoimi partiami. To jest moim zdaniem ta silna strona mojego bycia perkusistą w Metallice. Weź Clive’a Burra, pierwszego bębniarza Iron Maiden, miał wyjątkowy styl gry. Piosenka „Hallowed Be Thy Name”, zapewne znana każdemu fanowi metalu, na samym końcu masz tę pędzącą melodię i Clive gra tam proste przejścia na werblu tatatatata, banalnie proste zagranie, prawda? To nie jest nic szalonego, ale to jest właśnie ten moment, gdzie bębny przejmują pierwszy plan. Wszystko zagrane bardzo łatwo, ale masz to przejście, które jest ciężkie, a jednocześnie dynamicznie dostosowane do pędu piosenki. Tak właśnie James robi z wokalami, a Kirk ze swoimi melodiami. Musi pojawić się ten hak, który cię złapie. Dlatego to, co ja robię najlepiej, to właśnie takie momenty, uzupełniające riffy Jamesa, gdzie dwoma uderzeniami przeszywającymi powietrze wypełniasz lukę, łączysz elementy i trzymasz się w piosence.

Tak, jak w „Sad But True”.

Tak, właśnie coś w tym stylu, moment, gdzie bębny przeszywają przestrzeń. To jest ten hak, który cię łapie. Właśnie takie elementy wnoszę do Metalliki i chyba wychodzi mi to dobrze.

Stworzyłeś jedną z najbardziej rozpoznawalnych partii w metalowej perkusji – podwójna stopa z „One”. Ktoś zagra podobną partię i od razu mówi się: „O, jak Lars w One”.

Uch, no tak. I teraz po 30 latach muszę to grać na każdym koncercie (śmiech). Dlatego codziennie staram się pobiegać. Miło słyszeć, że tak się to utrwaliło, chociaż nie było jakiejś specjalnej intencji akurat w tym momencie. „Master Of Puppets” i „…And Justice For All” były w dużej mierze tworzone najpierw na bazie perkusji. Weź tytułowy utwór z „…And Justice” (Lars zaczął machać jeden z początkowych fragmentów piosenki), to powstało najpierw, a dopiero później pojawiły się gitary. Podobnie było w „One” z tym momentem na dwie stopy, najpierw pojawia się ta zagrywka, a do niej doszły gitary. Tak właśnie tworzymy w zespole. Nie ma tak, że to jest twoja partia, a to jest moja partia i składamy to. Nie, my tak nie pracujemy. Chodzi o to, żeby wszystko to, co robimy, miało swój specyficzny smak, element wyróżniający, charakterystyczny dla nas.

Jesteście zespołem o statusie legendarnym, czy to się komuś podoba, czy nie. Jak widzisz przyszłość takiej muzyki, przyszłość wielkiego rocka?

Ciekawe, że o to pytasz. Wczoraj na kolacji z moim kumplem rozmawialiśmy właśnie o tym, że żyjemy w bardzo dziwnym momencie. Chciałbym to jakoś bardzo jasno przedstawić, ale nikogo przy tym nie urazić. Jest Metallica, Iron Maiden, jest Guns N’Roses, ale nie ma w zasadzie nikogo, kto by pojawił się w to miejsce na taką samą skalę. Dziesięć lat temu graliśmy koncerty w halach. Graliśmy wtedy z Lamb Of God, Machine Head, Gojira, Mastodon i wieloma innymi zespołami, panowała atmosfera pełnej ekscytacji, wszyscy razem, zjednoczeni, tacy „kumple z wojska”, świetne zespoły i rewelacyjny klimat. Minęło dziesięć lat i co…? I nic. Nikt nie ruszył mocniej, nie wszedł w kolejny etap. Może Avenged Sevenfold jest zespołem, który jeszcze jakoś pnie się w górę, przynajmniej w Ameryce. Ciężko mi o tym mówić, nie chcę być źle zrozumiany, ale prawda jest taka, że nie widać tych wielkich następców. Mam swój program w Apple Music, gdzie puszczam sporo różnej muzyki, także tej nowej. Jest kilka ciekawych zespołów, jak norweska Bokassa, jest też kilka ciekawych projektów w Anglii. Problem w tym, że wątpliwe jest, by ktoś powiedział, że ten czy tamten zespół będzie największą kapelą na świecie za pięć lat. To są po prostu zespoły, nagrywające dobre płyty. Usłyszę jakiś ciekawy zespół i wchodzę na YouTube zobaczyć ich teledysk, a tam jakieś 800 kliknięć, czyli od samych znajomych, rozumiesz? Nie rozlewa się to na ludzi, nie przeradza się to w miliony chętnych, zainteresowanych. Tak, jak mówię, to bardzo niepewny moment, nie wiem więc, co się stanie w takiej sytuacji. Kurczę, brachu, nie wiem, jak to się wszystko ułoży.

Może skończył się alfabet muzyczny?

Zobacz, jak to było z jazzem. Te wszystkie nazwiska i ich zespoły, jak Duke Ellington, Charlie Parker, Count Basie, Louis Armstrong, możesz wymieniać i wymieniać. John Coltrane, Miles Davis i tak dalej. Sonny Rollins i Ornette Coleman. I co ludzie mówią? Ornette Coleman 40 lat temu? Od tego czasu nic się nie zmieniło! Nikt nie pchnął zdrowego ducha w tę muzykę, a tyle ludzi wciąż przecież gra jazz. Niektórzy próbują, ale nikt od czasów takiego Ornette’a Colemana, który większość swoich wielkich rzeczy zrobił już ponad 40 lat temu, nie zrobił czegoś, by ożywić tę muzykę. Może tak jest też w rock and rollu. Elvis, Stonesi, Beatlesi, Zeppelini, Purple, Sabbaci i to wszystko, co było dalej, no i okazuje się, że już nie ma jak tych akordów na nowo składać. Powstają tylko wariacje tego, co już było aniżeli nowy język rock and rolla. W międzyczasie oczywiście usłyszysz takie zespoły jak Meshuggah i myślisz sobie, o kurde, ten facet ma osiem rąk, jest to nowe i odkrywcze, ale bardziej na zasadzie ciekawostki niż czegoś, co ruszy pokolenie. Teraz bardziej muzyka rap ciągnie ze sobą rocka, bo sam hard rock… No cóż...

Na koniec szybkie pytanie absolutnie perkusyjne (śmiech). Nie myślałeś, żeby wrócić do swojej wielkiej białej Tamy z czterema tomami? Kultowy instrument!

Oj, nie. Jestem bardzo zadowolony z tego zestawu, jaki Tama zrobiła mi teraz.

Rozmawiał: Maciej Nowak
Zdjęcia: Jeff Yeager (współczesne) i Ken Settle (z 1991 roku)
Serdeczne podziękowania dla Tama Drums i Yu Nakata