Robert Rasz

Dodano: 28.05.2020

Fachowiec z własną tożsamością, co jest coraz rzadziej spotykane w świecie instrumentalistów. Muzyk z charakterem, nieulegający szybkim modom, doskonale znający swoje miejsce i zakres obowiązków.

Znany głównie z pracy z Gabą Kulką, Melą Koteluk, często goszczący na ścieżkach dźwiękowych świetnych polskich filmów. Do tego mechanik majsterkowicz i miłośnik ptasiego trylu.

Nie krzyczy, nie komentuje, nie poucza, nie pozuje. Może dlatego Robert Rasz nie jest częstym tematem dyskusji między bębniarzami, mimo, że przecież tak bardzo potrzebni nam są muzyczni indywidualiści, którzy w praktyce oddzielają inspirację od kopiowania. Taki paradoks obecnych czasów. Z jednej strony chcemy odkrywać, poznawać nowe brzmienia i rejony muzyczne, a z drugiej nie dość, że tkwimy w powielaniu tego, co już od dawna znamy, to jeszcze szukamy prostych rozwiązań „last minute”. A wystarczy przyjrzeć się bliżej Robertowi. Muzyk wykształcony, znający doskonale wszelkie schematy nauczania, który ma swoją osobowość, który na hasło wyzwanie reaguje entuzjazmem możliwości poznawania i odkrywania.

Jest perkusistą wszechstronnym, potrafi zaszumieć na blaszkach rózgami, by za chwilę pulsować na werblu w galopującym tempie. Z jednej strony stonowana ścieżka dźwiękowa do filmu „Bogowie”, a z drugiej szaleńczy Hat, Meet Rabbit Gaby Kulki. To wszystko wymaga wielkiej wyobraźni i wrażliwości. Ale to nie wszystko. Robert ma też jasną wizję edukacji muzycznej i sprecyzowane poglądy na kształcenie kolejnego pokolenia. Mimo wszystko muzyka nie jest jego całym światem i stara się zachować równowagę, chociaż wyraźnie podkreśla rolę perkusji w swoim życiu. Ciekawie wyglądałyby warsztaty w jego wykonaniu. Doświadczenie instrumentalne wymieszane z umiejętnościami współpracy i etyką pracy.

Na sam koniec naszego spotkania powiedział: „Kojarzysz film Birdman, gdzie ścieżką dźwiękową są same bębny? Coś podobnego, chciałbym kiedyś zrobić. Nie to samo, ale coś w tym stylu…”.

Magazyn Perkusista: Od czego powinno się zaczynać wywiad z perkusistą?

Robert Rasz: Od tego, czy dużo je słodyczy, czy oszczędza na wodzie, czy oszczędza na świetle i czy dba o swoje pałki (śmiech).

Pięknie, idealnie. Śledzisz scenę perkusyjną?

Zależy, o co pytasz. Czy o stronę edukacyjną czy o stronę sceniczną dinozaurów, którzy grają. Bardziej interesuję się tematem edukacji i pracą młodych adeptów niż tymi, którzy już grają. Są to często moi koledzy, z którymi dzielę scenę i zawsze jest „Siema, jak tam dzieci?”. Bardziej w ten sposób, o życiu niż jakie kto ma blachy. Z wieloma bębniarzami się studiowało, z wieloma trzymam kontakt np. Daniel Karpiński, od którego mam moje bębenki. Jesteśmy przyjaciółmi od wielu, wielu lat.

A jak to jest w kwestii edukacji?

Edukacja to bardzo ważna rzecz. Sam byłem uczniem i wiem, gdzie ci, co mnie szkolili, popełniali błędy, sam też popełniałem. Teraz widzę, gdzie są luki. Chciałbym też zwrócić uwagę na ochronę słuchu i profilaktyczne badania, to jest bardzo ważny temat. W sprawie programu nauczania też jest wiele do zmiany, zwłaszcza w szkołach klasycznych, gdzie uczy się jedynie werbla Pratta i Schinstine’a oraz rudymentów werblowych, które przecież można pięknie rozgrywać na zestawie.

Ostatnio prowadziłem warsztaty w szkole muzycznej I i II stopnia dla młodych adeptów 12-, 15-, 18-letnich, podczas których zrobiłem wykład o trioli, piękna sytuacja. Każdy młody perkusista powinien sięgnąć do historii, skąd się wziął blues, skąd się wzięło shuffle’owanie, trzeba zacząć od lokomotywy. Wierzę też w liczby, a trio to mój ulubiony zespół. Łacińskie przysłowie mówi, że wszystko, co jest złożone z trzech, jest doskonałe. Liczba trzy wskazuje na nasze przeznaczenie, wskazuje dzień urodzenia, miesiąc i rok. W edukacji zacząłbym więc od trioli, ale opartej w 4 taktach na 4/4. Mówić o tym temacie można dużo, ale inaczej jest mówić, a inaczej pokazywać na przykładzie zapisu nutowego, dlatego tylko zarzucam tu ten temat.

Nie da się ukryć, że jest zauważalny problem wśród młodych polskich perkusistów w kwestii znajomości korzeni.

Bo jest pewien problem w edukacji. Klasyka to tylko część historii. Początki perkusji wzięły się od rytmów afrykańskich i uważam, że od tego, skąd się to wszystko wzięło, powinno się wychodzić w edukacji. Oczywiście potrzebni są też werbliści klasyczni. W każdym razie w edukacji trzeba by było troszkę pogmerać. Zaszczepić trochę historii, nie tylko o Bachu, Chopinie i Vivaldim, ale też o prostych afroamerykańskich muzykach, którzy przynieśli nam dużo dobra w temacie pulsu i podejścia do rytmów.

Rozumiem, że masz własną metodologię zajęć.

Odkąd nie mam obowiązku do ćwiczenia określonych patentów i odkąd jestem zwolniony ze zdawania egzaminów, gdzie musiałem coś docelowo wyćwiczyć, skupiam się na jednym, dwóch, trzech ćwiczeniach, które gram w różnych tempach, różnym metrum. Faktem jest, że robienie programu pod nadzorem starszych kolegów może skrócić drogę do zrealizowania danego zagadnienia, ale uważam, że z jednej rzeczy można wycisnąć naprawdę wiele. Lubię też nagrywać swoje partie.

Jakie masz wobec tego inspiracje?

Pytasz o idoli? Bo moim idolem jest Jimi Hendrix.

Świetnie, ale nie o idoli mi chodzi, a to, co wpływa teraz na twoją grę.

Na przykład moje córki chodzą do szkoły muzycznej i grają Bacha, który miał zawsze bardzo dobrze poukładany bass. To są utwory, które siłą rzeczy także i mnie inspirują. Trochę też szukam muzyki świata, ale nie jest tak, że słucham cały czas muzyki. Będąc wśród bębnów, na scenie, uszy piszczą. Przyjeżdżam do domu, gdzie mieszkam pod lasem i słyszę… (w tej chwili Robert genialnie zaintonował delikatne ptasie ćwierkanie). To jest dla mnie piękna muzyka, słucham lasu, dźwięków natury. Wiem, że to dziwnie brzmi. Wiesz, czego byś nie słuchał to tym nasiąkasz i chciałbyś grać podobnie. Uwielbiam Steve’a Gadda, więc może gdzieś to u mnie słychać. Lubię grę Joe Morello. John Riley jest wybitnym jazzowym perkusistą. Lubię jazzowych bębniarzy, ale nie tylko.

Wywodzisz się z rocka.

Tak, wychodziłem z rocka, ale takiego progresywnego bardziej. Bill Bruford, Ginger Baker, John Bonham, ale też Ringo Starr. Sporo bębniarzy przechodziło przez szkołę bonhamowską, jego piszczącą stopę, wahanie temp i gęste triolowe zagrywki. Zdziwiony byłem – to tak można? A to przecież cały żywy organizm. Wracam do starych nagrań, słucham klasyki, no i słucham tej mojej przyrody.

Nasuwa mi się więc takie proste pytanie. Czym dla ciebie są bębny? Narzędziem? Środkiem wyrazu? Życiem?

Życiem. To jest życie i środek wyrazu zarazem. Bębny niejednokrotnie uratowały mi tyłek. Kiedy siadam za bębny powstają wibracje w moim organizmie. Niczym mantra. Nie wgłębiałem się w to za bardzo, ale medytacja ponoć jest potrzebna ludziom. Myślę, że jest to taki rodzaj medytacji. Kiedy ćwiczę na bębnach, nawet to jedno, dwa ćwiczenia, to czuję się lepiej. Kiedyś ćwiczyłem bardzo dużo, teraz ćwiczę to, co trzeba. Bębny są dla mnie takim jednym płucem, częścią organizmu. Lubię transowość tego instrumentu.

Z drugiej strony jesteś człowiekiem, który lubi zachować balans i nie przejadać się bębnami.

Tak i owszem. Nie to, że nie mogę bez nich żyć, ale one są mi potrzebne do życia. Dobrze mnie nastrajają. To jest instrument, który trochę mnie zmienił… albo nawet bardzo mnie zmienił chociażby, że jeden bark mam wyżej (śmiech). Jedni czytają książki, drudzy chodzą z psem na spacer, inni jeżdżą samochodami rajdowo, kolejni grają, żeby wyćwiczyć jedynki albo blasty, a jeszcze inni, żeby poczuć się bardzo dobrze, zdrowo.

Nie uważasz, że czasami jednak niektórzy za bardzo wnikają np. w ustawienie blach, stopy talerzy, warstwy korpusów, wkręcają sobie różne teorie…

Tak, uważam, że tak. To jest jednak oddzielny temat. Są tacy, co może trochę przeginają, ale ja na to patrzę z uśmiechem. Muszą być i tacy. Są przecież ludzie, którzy się jarają, że stunningują sobie auto i mają wydech za siedem paczek, porobione doloty, felgi itp. Ok, to może działać, ale nie musi nas to kręcić. Dla mnie troszeczkę szkoda wydawać pieniądze na takie rzeczy. Ja wolałbym wydać tę kasę na hospicjum dla chorych dzieci, a przy tym mieć swój skromny zestaw. Konsumpcjonizm nas dobija. Mam kilka werbli do nagrań, może mógłbym mieć jeszcze jeden, ale nie piętnaście, nie dajmy się zwariować. Każdy jest inny, a przy współczesnej technologii nagrywania z każdego werbla można ukręcić fajne brzmienie. Konsumpcjonizm – to mnie trochę boli, dlatego mówię o ekologii, lesie, zwracam na to uwagę. Chciałbym, żeby każdy dbał o naszą planetę.

Temat konsumpcjonizmu widać na przykładzie właśnie twojego zestawu. Minimalizm.

Spotkałem się nawet z hejtem. Nie będę mówił imienia i nazwiska kolegi, bardzo dobrego perkusisty, który powiedział mi: „Chłopie, tak nie wolno grać, że masz każdą blachę inną. Musisz mieć serię tych samych blach, rozumiesz?”. Zostawmy tu długą pauzę. Tak ludzie myślą. Gram od dwudziestu paru lat na tych samych blachach, dołożyłem sobie ciemną blaszkę Bosphorusa, bo Gaba prosiła mnie, bym dołożył jakąś ciemniejszą, ale też musiałem poszukać odpowiedniej. Turk za suchy i ciemny, Meinl też coś nie pasował, a ta jest fajna i wybrzmiewa tak, jak chcę. Mela potrzebowała ciepły werbel i jakąś efektową blaszkę, no to wziąłem O-zone’a. Jak zagrasz cicho, brzmi jak china, a jak mocniej to splash, pełni dwie funkcje. Nie lubię za dużo talerzy.

Mimo wszystko w barze mlecznym przy ruskich pierogach można pogadać z tobą o bębnach. Nie stronisz od takich rozmów.

Nie. Zawsze można pogadać o bębnach, o samochodach, o prostej literaturze. Lubię rozmawiać o bębnach. Był kiedyś taki okres, że nie miałem w ogóle pieniędzy, pojechałem na giełdę, kupiłem jakieś stare Sonory, rozkręciłem je, poskładałem. Żeby wiedzieć, jak wyglądają bębny, trzeba je w całości rozebrać. Jestem czasami majsterkowiczem. Lubię podłubać. Od lat jeżdżę starymi Mercedesami „beczkami”, proste konstrukcje. Po prostu nie dajmy się zwariować. Świat jest kolorowy, każdy ma inną wizję, fajne by było, żeby każdy w tej swojej wizji był szczery.

Mam przed sobą płytę z muzyką z filmu „Bogowie”. Jak to jest z perkusistą w muzyce filmowej?

O, to jest ciekawy temat. Kompozytor musi zaufać perkusiście. To po pierwsze. Bębny są trochę ilustracyjne. Na fortepianie masz widoczne dźwięki. Na bębnach możesz trochę podstroić, żeby ci bębny zabulgotały i masz wtedy te 5-6 dźwięków. Ja osobiście podchodzę do bębnów kolorystycznie, nie tylko beatowo. Wyłapał to Bartosz Chajdecki, z którym miałem do czynienia w kilku produkcjach. Tu (wskazując na płytę) są unikalne rzeczy, które poczyniliśmy, także takie, które nie znalazły się w filmie.

A jak to wygląda w praktyce?

Kompozytor może nam narysować formę, powiedzmy na przykładzie ośmiu taktów, składającą się z funkcji. Znam ten plan, jest klik i Bartek mi mówi np. „Zagraj grubo, ale nie odważnie, tylko grubo i mięsiście, a w ósmym takcie musisz podkręcić tak, jakby coś wyszło, no i cały czas ma być puls.” No i teraz to zagraj. Mam to sobie wyobrazić. Tu chodzi więc o brzmienie, gdzie mam zagrać jakiś fajny riff na tomach, zaimprowizować, żeby był jednocześnie puls. Dalej mówi mi, żebym trzymał, co zrobiłem i dodał np. jasności, więc delikatnie uderzam w blaszki. Jak znam instrument, to jak kompozytor rzuca mi hasło, wiem, czego chce. To jest zresztą taka praca jak z artystkami, które jak cię znają to mówią coś w stylu: „Zrób mi tam poduszkę na gitarze” albo „Zagraj ciepło’. Jak przyjdzie muzyk z zewnątrz, z ulicy, nie będzie wiedział w czym rzecz. Trzeba się trochę poznać i otworzyć, by wiedzieć, co zagrać.

Sprawia wrażenie pracy bardzo satysfakcjonującej.

Bardzo, jest to wielka frajda. Niesamowite wyzwanie. W filmie „Najlepszy” jest motyw z utworu Purpli „Child In Time”. Reżyser Łukasz Palkowski mówi, że ten utwór musi zagrać zespół. Wszyscy spisali nuty, pościągali co trzeba, ale reżyser zrobił już obrazek, który trwa powiedzmy 3 minuty i 3 sekundy. Musieliśmy idealnie wyrobić się w tym czasie. Dali mi z YouTube oryginalną ścieżkę, kwity obok i grałem z Purplami, gdzie utwór przyspiesza i tak to zostało nagrane. Nagrałem z oryginałem, gdzie oparłem się na tym, co najistotniejsze i dodałem trochę od siebie. Takie jest nagrywanie do filmów, wspaniała szkoła.

Robert w filmie „Najlepszy” zagrał fenomenalne partie bębnów, gdzie bębnił w utworach Child In Time i Born To Be Wild. Jego grę można też usłyszeć w innym świetnym filmie Łukasza Palkowskiego „Bogowie”. Grę Roberta słychać też w fabularyzowanym dokumencie „Powstanie Warszawskie” czy też thrillerze „Jestem Mordercą”. 

Operowanie techniką niż wyobraźnią…

O, techniką też, bo niektóre rzeczy są grane w tak szybkich tempach, że trzeba się wyrabiać np. miotełkami. Grałem do filmu o Powstaniu Warszawskim. Pod obraz uciekających żołnierzy. Tempo szalone, a ja mam to zagrać. No to na werblu? Nie, mówią: „Coś bardziej miękkiego”, to biorę miotełki i teraz zachowaj takie tempo (198bpm) przez dłuższy okres, bo tam forma 32 takty to mało. Jeden take, drugi take, trzeci, czwarty. Mówię więc, że może macie już nagrane te bębny, a oni, że tam akordeon wchodzi i inne instrumenty, więc lepiej by było zespołowo (śmiech). Zatem technika też jest ważna, bo jakby mi się coś spięło to co ze mnie za pożytek. Czytanie nut, technika, wyobraźnia.

Czyli wszystko.

Tak, wszystko. Wspaniała przygoda, polecam!

Masz tak, że widzisz artystę i od razu chciałbyś z nim zagrać? Zdarza ci się?

Chyba tak… Jak byłem przez moment wkręcony w grubsze brzmienie, że tak powiem, obejrzałem kilka koncertów Queens Of The Stone Age, byłem na Open’erze i kurde, wsiadłbym tam i pograł taką muzykę! Na grubsze brzmienie na rodzimym podwórku pozwalam sobie w zespole Cyrk Deriglasoff. Na tych koncertach gram łobuzersko. W Cyrku daję sobie fory. Kołysze mi się hi-hat, wióry lecą, nie żałuję nut.

Spotykamy się przy okazji Gaby, która pięknie operuje rytmem i wydaje się być w tej kwestii rewelacyjna…

Nie mylisz się. Jest bardzo osłuchana, zresztą nie wiem, czy słuchałeś audycji muzycznej, którą prowadzi w Trójce „Głowa. Serce. Baza.” Puszcza wiele ciekawych rzeczy. Nie wiem, co ci odpowiedzieć, bo Gaba ma nosa. Jest przykładem, że ludzie się rodzą genialni rytmicznie, mają to w sobie. To nie jest wyćwiczone, wysłuchane, tylko jest to jej charakter.

Łatwiej jest z takim artystą, czy…

Nawet nie dam ci dokończyć – tak, łatwiej jest z artystą rytmicznym. To wszystko inaczej buduje, przynajmniej dla mnie. Współpracuje się z Gabą fenomenalnie! Jest tak punktualna, że żadnego koncertu (a było ich koło tysiąca) nie zagraliśmy z klikiem, a wszystkie tempa są cały czas te same. Wszystko jest zagrane w tym czasie co trzeba, a przecież każdy dzień rządzi się innymi prawami, inny nastrój, inne napięcia mięśniowe. Zdarzało mi się z kimś grać i mieć przy nodze „zachodniego sąsiada”, który podawał mi tempo to, co zwykle, a solista mówił, że jest inne, za szybko lub za wolno. Okazywało się, że jest tak samo, wszystko zależy od dnia. Tutaj z Gabą tak nie ma, wszystko siedzi. Jest radość z pracy, bo nie ma innych tematów tylko żywa muzyka, żywe granie.

Domyślam się, że wolisz grać koncerty niż być w studio i nagrywać nawet na żywo.

Wolę grać koncerty. Fajnie by było nagrywać koncerty, ale te najlepsze oczywiście nie zostały nagrane (śmiech).

Nie masz w sobie bojaźni zawodowego muzyka o swoje jutro? Czy będzie praca?

Nie mam. Wiesz, dlaczego? Lubię majsterkować. Znam się trochę na meblach, ponieważ miałem kiedyś epizod pracy jako stolarz. Motoryzacja to moja druga pasja. Z zawodu jestem także mechanikiem samochodowym. To są rzeczy, które się w życiu przydają, ale jednak mimo wszystko mam nadzieję, że będę grał zawsze.

WSPÓŁPRACA Z URI CAINE

To jest prawdziwy guru. Byłem kiedyś na jego wykładzie, gdy studiowałem w Katowicach. Przyjechał ze swoim trio. Grali koncert w klubie obok, w Hipnozie. Prowadził warsztaty, pokazał nam parę rzeczy, jakie robi na fortepianie. Wybitna postać, pochodzi z Filadelfii, a mieszka teraz w Nowym Jorku. Zaczął od jednego dźwięku i zagrał cały utwór, który trwał może pół godziny. Było tam wszystko, ale nie to, że grał bardzo dużo. Powiedział wszystko, co miał powiedzieć, było dowcipnie, było muzycznie, było brzmieniowo, wszystko. Zaprosił nas na koncert, który był równie fenomenalny.

Minęło parę lat, dzwonią Panowie z wytwórni Multikulti w Poznaniu: „Słuchaj Robert, chciałbyś nagrać płytę z Uri Cainem? Przylatuje i potrzebuje sekcji.” Ale jak to? „Nagralibyśmy utwory Szpilmana.” Oczywiście się zgodziłem. Nagranie jest rejestracją z koncertu. Przyjechaliśmy dzień wcześniej, przed koncertem. Uri przyjechał o godz. 16. Zrobiliśmy 3-godzinną próbę, przerwa i znowu przegraliśmy wszystko w dwie godziny. Rano zrobiliśmy próbkę, poszliśmy na obiad i zagraliśmy koncert. Niesamowity facet, o wielkim poczuciu humoru, tak mocno zaangażowany w to, co się dzieje na świecie, wybitny muzyk. Nie sądziłem, że coś takiego może mnie spotkać.

Mało tego, rok później zagraliśmy koncert w Sosnowcu, mieście Szpilmana, przyleciał Uri, zdzwoniliśmy się i zagraliśmy jeszcze lepszy koncert. Szkoda, że go nie nagraliśmy. Przyszła pani Halina Szpilman, wzruszona, bardzo nam dziękowała, Uri mało się nie rozpłakał. Chwila dla mnie wyjątkowa, bo Uri zadzwonił do mnie, a przecież wielu bębniarzy mogłoby to zagrać, no i do tego to spotkanie z panią Szpilmanową. Na nowo poznałem też piękne piosenki. Ciekawa interpretacja. Jak to powiedział Uri: „To jest polski Gershwin".

 

Przygotował: Maciej Nowak i Artur Baran
Zdjęcia: Romana Makówka

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !
Powiązane artykuły