Hostia - St. Evaristus

Dodano: 05.01.2023
Autor: Kajko

Muzyka tzw. ekstremalna, w Polsce nie zawodzi. Mocno pruje w tematy, które coraz częściej stają się u nas niemal inkwizycyjnie zakazane. Hostia już na „dzień dobry” stawia sprawę jasno.  

Ten artykuł czytasz ZA DARMO w ramach bezpłatnego dostępu. Zarejestruj się i zaloguj, by mieć dostęp do wszystkich treści. Możesz też wykupić dostęp cyfrowy i wesprzeć rozwój serwisu.

Kto słyszał i widział, ten wie, że Hostia nie tylko z hukiem wkroczyła na rodzimą scenę mocnego bicia, ale z każdym albumem ugruntowuje swoją pozycję, na co aż dwa wydawnictwa w 2022 są tylko potwierdzeniem. O tym, ale również o tym jak nie tracić głowy za bębnami oraz jak trasy koncertowe weryfikują set up bębnów, porozmawialiśmy ze świętym Ewaristusem. Papieżem. Nie kłamię, tak było!

Hostia właśnie wydała trzeci album "Nailed", dosłownie chwilę wcześniej EPkę "Resurrected Meat" – strasznie płodni jesteście. Nudziło wam się w lockdownie?

Trochę…  Materiał na oba wydawnictwa powstawał jako całość i został zarejestrowany podczas jednej sesji. Podział był po części skutkiem zamierzonego planu, po części prozy po-pandemicznych realiów wydawniczych. Chcieliśmy odrobinę poeksperymentować z brzmieniem i EPka została poświęcona na odważniejsze, bardziej bezkompromisowe podejście - pasujące do krótkiego, zwartego strzału. Brzmienie „Nailed” opracowaliśmy na bazie wniosków z EPki, co z resztą słychać – nie ma pomiędzy nimi przepaści, mają zbliżony charakter, chociaż „obiektywnie”, brzmienia gitar i basu różnią się pomiędzy EPką i „Nailed”, a całość na tym drugim jest chyba odrobinę „selektywniejsza”. Równolegle okazało się, że terminy oczekiwania na produkcję winyli sięgają grubo ponad pół roku. Nie chcieliśmy rezygnować z premiery na „dużym placku”, z drugiej strony gotowy już materiał domagał się wyjścia do ludzi i nie dalibyśmy rady trzymać go niemal rok w szufladzie. Dlatego „Resurrected Meat" wyszło wyłącznie na CD, za to wcześniej - żeby osłodzić nieco oczekiwanie na główny strzał.

Czego fani mogą oczekiwać po nowym albumie?

Kontynuacji kierunku wyznaczonego przez poprzednie albumy. Kto nas słyszał ten wie, że nie szukamy na siłę riffów, których jeszcze nikt nie zagrał, o linii perkusji nie wspominając (śmiech). Gramy to z czym sami dobrze się czujemy, bawimy się konwencją i wierzymy, że „świeżość” materiału bierze się bardziej ze spontaniczności i szczerości, niż wymuszonej innowacji. Jest surowo, prosto, jest wpierdol. Jest też groove i są motywy „pod nóżkę”. W porównaniu do poprzednich płyt, może odrobię mniej czystej groteski w stylu „Dance for Jesus”, za to więcej potężnych, gniotących wałków i punkowej bezczelności. Postawiliśmy na absolutne minimum edycji i równania – mimo, że się już osłuchałem z gotowym materiałem, nadal aż mnie zęby bolą, jak słyszę, ile baboli i nie dobitych fraz zostawiliśmy (śmiech). No i wreszcie ukręciliśmy brzmienie werbla, o jakim marzyłem od pierwszego albumu.

Wróciły koncerty, wy również macie przed sobą kilka dat – nie gorąco będzie grać w tych workach na głowach?

Chyba trafiłeś na koncert kogoś innego – nie gramy w workach na głowach (śmiech). Nie wytrzymalibyśmy w nich na scenie – szczególnie ja, który umiera z gorąca nawet bez niczego na twarzy. Pomysł worków pojawił się chyba podczas sesji foto do „Carnivore Carnival”, chcieliśmy zachować element anonimowości, który pasowałby do rycinowo-średniowiecznej stylistyki okładki. Pierwsze co przyszło nam do głowy to te jutowe worki. I tak zostało – ale jedynie na sesjach. Była dyskusja, żeby spróbować ich użyć na scenie, ale rozłożyłem się „Rejtanem”… A i reszta chyba nie pałała do tej wizji zbytnim entuzjazmem. Czy ty wiesz, jak to śmierdzi i pyli? (śmiech)

Gracie bardzo intensywnie i szybko, dużo blastów, dużo galopujących rytmów. Jak przygotowujesz się do sesji w studiu, a jak przed koncertami? Czy dużo ćwiczysz i może polecisz jakieś zagrywki pomocne do wyrobienia i utrzymania formy?

To ja odwrócę pytanie i sam chętnie przyjmę wskazówki (śmiech). Fakt, że wydolność jest dla perkusisty, w takiej muzyce, chyba największym wyzwaniem. Każdy, kto gra gęstsze rzeczy, jak blasty wie, że nie da się tego robić siłowo i trzeba nauczyć się odpowiedniej techniki.

Zwykle, przynajmniej w moim przypadku, wejście na odpowiednie tempa, bez spinania się, wymaga wcześniejszej rozgrzewki. Ja korzystam z pada albo wytłumionego werbla i ćwiczę z metronomem, zaczynając od nieco niższych BPM i stopniowo zwiększam do najwyższego które mam w secie. Gram proste frazy i „paradidle”, nic szczególnego. Głównym celem jest osiągnięcie i utrzymanie lekkiego zmęczenia mięśni, bo zauważyłem, że wtedy przechodzą one na tryb prawie bez wysiłkowej pracy. Nóg nie rozgrzewam. Jestem tak dramatycznie słaby, jeżeli chodzi o szybkość nóg, że się z tym po prostu pogodziłem i nie mamy gęstych czy złożonych partii stóp.

Z ciekawych historii - podczas pandemii znacznie rzadziej graliśmy próby, mieliśmy dłuższe przerwy, za to w ramach przeciwdziałania obrastaniu w tłuszcz, sporo jeździłem na rowerze. Praktycznie codziennie po 30-40 km. Wydawało się, że wow – będzie kondycja i wreszcie wzmocnię nogi. Pojawiła się perspektywa zagrania dwóch większych, plenerowych koncertów. Wróciliśmy do prób i okazało się, że nie jestem w stanie zagrać najprostszych partii stóp! Nawet w głupich polkach nogi mi siadały po kilku taktach. Oczywiście powodowało to, że spinałem się cały i ręce także przestawały dobrze chodzić. Czułem się jakbym dostał udaru i stracił umiejętność grania, albo jakby moje nogi należały do kogoś innego. Próbowałem to rozćwiczyć sam w domu i na sali, z zespołem. Graliśmy więcej prób i praktycznie za każdym razem w okolicy 2/3 setu - nagle pstryk i nie umiem grać. Wyglądało na to, że w pewnym momencie nieświadomie zmieniam technikę na taką, która wymaga więcej siły i szybko męczy mięśnie. Co gorsza nie potrafiłem się z powrotem przestawić na właściwą. Dostawałem paranoi i podczas grania skupiałem się wyłącznie na oczekiwaniu na „ten moment”, przez co spinałem się niemal od razu. Nie muszę pewnie wspominać, że oba koncerty to był koszmar. Zacząłem na poważnie myśleć czy to nie czas, żeby dać sobie spokój z graniem… Ale zrobiliśmy kolejną przerwę, odpuściłem rower i jak na spokojnie wróciliśmy do prób pod kątem ogrywania nowego materiału – problem zniknął tak nagle jak się pojawił. To pokazuje, że forma fizyczna i technika są bardzo ważne, ale jeszcze ważniejsze jest to, co siedzi ci w głowie i jakie masz nastawienie.

Porozmawiajmy chwilę o sprzęcie, z tego co wiem od lat grasz na bębnach Mapex. Jaki masz zestaw i dlaczego wybrałeś tę markę oraz jak wygląda temat blach, stóp, werbla i co tam jeszcze masz ciekawego?

Od ponad 7 lat mam już stabilny zestaw i praktycznie nic w nim nie zmieniam, poza uszczuplaniem go co pewien czas o jakiś element, który okazuje się nie być niezbędny.

Ale wcześniej, o matko, droga do tego brzmienia była długa. Niech pomyślę. Zacząłem od Polmuza - wiadomo, to nie były czasy kiedy się wybierało… Później weszła Yamaha DP kupiona od kolegi z klasy, po niej budżetowy, za to prosto ze sklepu, Ludwig, następnie pełen nadziei powrót do vintage w postaci Pearl DLX, potem Premier, Taye aż finalnie kupiłem Mapexa Saturna. Został ze mną do dziś i jest pierwszym zestawem, który mi brzmi jak należy i wszystko się w nim zgadza. Z perspektywy widzę, że wcześniej byłem chyba ofiarą niskiej półki – po prostu nie było mnie stać na porządny nowy sprzęt, a ten, który udało mi się zdobyć, albo słabo brzmiał, albo dramatycznie trudno się stroił, albo miał inne wkurzające wady. To nie tak, że te wszystkie instrumenty były jednoznacznie złe – po prostu miałem permanentne poczucie, że to jeszcze nie „to”.

Oczywiście od kiedy mam Saturna, miałem też okazję grać na innych zestawach, także z jeszcze wyższej półki. Wiele z nich brzmiało lepiej od moich bębnów – nie jestem psychofanem Mapexa, ale różnica nie była na tyle duża, żebym czuł, że inwestycja w zmianę byłaby uzasadniona. Szczególnie kiedy się gra metal – umówmy się - czy poza studiem, ktokolwiek będzie miał warunki, żeby usłyszeć różnicę między korpusem z klonu z domieszką orzecha, a np. bubbingą? Przy graniu live, kluczowym czynnikiem (poza umiejętnościami bębniarza) są kompetencje człowieka za konsolą. Jeśli akustyk nie ogarnia – najlepsze bębny cię nie uratują. Oczywiście nie oznacza to, że uważam, że jakość sprzętu i brzmienie instrumentów nie mają znaczenia, ale do pewnego pułapu, kiedy nie masz własnego akustyka i nie zawsze grasz na dobrze wyposażonych scenach, przyzwoite jest jak najbardziej wystarczające. A biorąc jeszcze pod uwagę wpierdol, który sprzęt dostaje w trasie, czasem po prostu szkoda instrumentu z najwyższej półki.

Werbli też przerobiłem ładnych kilka. Moim ulubionym, na którym z resztą nagrałem „Resurrected…” i „Nailed”, jest również Mapex: sygnatura Chrisa Adlera, 12 na 5,5 cala z serii Black Panther. Ma unikalny sound i jak na swoje małe rozmiary solidną, pełną projekcję i atak. Do tego jest zaskakująco plastyczny – brzmi dobrze zarówno w niskich strojach, jak i bardzo wysokich. Na obu nowych materiałach wyciągnąłem z niego ekstremalnie blaszane brzmienie – aż dziw, że to orzech, a nie stal.

Generalnie Chris Adler jest jednym z moich guru, zarówno pod względem brzmienia jak i stylu, chociaż akurat w Hostii niestety nie mam zbytnio okazji dać temu wyrazu (śmiech). Blaszki mam różne – aktualnie w większości Zildjian Z i A Custom, ale to trochę przypadek. Długo byłem fanem Paiste. Blachy, podobnie jak perkusję, prawie zawsze kupowałem z drugiej ręki, więc aktualny setup zależał od tego, co było dostępne. Staram się w miarę dopasowywać blachy, pod względem charakteru brzmienia i nie łączyć Paiste 2002 z „turkami”, ale nie jestem przy tym ortodoksem i pewnie niejeden purysta złapie się za głowę widząc, co mi dynda na statywach. Mój twin to Czarcie (z samiuteńkiego początku produkcji). Przez pierwsze 10 lat grania, cały czas rozbudowywałem zestaw i coś nowego dokupowałem. Ale od kiedy z poprzednim zespołem zaczęliśmy więcej koncertować i jeździć w dłuższe trasy – tendencja się odwróciła i zestaw się stopniowo kurczy. To jest brutalna weryfikacja kreatywności przez pragmatyzm.

W tak gęstej muzyce większość perkusistów używa triggerów, jak ty się na to zapatrujesz?

Nie mam do tego emocjonalnego podejścia, to kwestia preferencji i dopasowania do stylu. Progresywne czy jazzowe tematy z triggerami na bębnach brzmiałyby dziwnie, ale w ekstremalnych odmianach metalu, trigger na stopie to często konieczność. Sam na koncertach zwykle triggeruję stopę, najchętniej równolegle z nagłośnieniem przez mikrofon, ale zdarza się, że jak jest dobry akustyk, to zostaje sam mikrofon, a jak nie działa – to sam trigger.

Czego można życzyć tobie i Hostii?

Fajnych opcji koncertowych, taniego diesla i żeby nas nie zamknęli za „obrazę uczuć” (śmiech).

 

Rozmawiał: Kajko
Zdjęcia: Monika Karwasz i Tomasz Jorman

Quiz – Pieśń o Rolandzie
1 / 12
Na rozgrzewkę – Roland to firma, która została założona w latach 70 w:
Dalej !
Left image
Right image
nowość
Platforma medialna Magazynu Perkusista
Dlaczego warto dołączyć do grona subskrybentów magazynu Perkusista online ?
Platforma medialna magazynu Perkusista to największy w Polsce zbiór wywiadów, testów, lekcji, recenzji, relacji i innych materiałów związanych z szeroko pojętą tematyką perkusyjną.