Prog Rock - wprowadzenie

Dodano: 13.07.2018

Stylistyka muzyczna, która chyba u każdego perkusisty zapala w głowie lampkę ostrzegawczą a po chwili pojawia się komunikat: „aha, trzeba uważać na bębny!”.

Do perkusistów operujących w stylistyce progresywnej nie bez przyczyny przylgnęła etykieta muzyków bardzo mocno zaangażowanych w gęste poruszanie się za bębnami. Nie jest to na szczęście jedyne oblicze tych perkusistów i nie jest to także niezbędne do tworzenia dobrej muzyki w szeroko pojętej stylistyce progresywnego rocka.

OD AUTORÓW

Temat nie należy do najłatwiejszych z racji potężnej różnorodności, jaka towarzyszy muzyce tytułowanej progresywną. Postaramy się pokazać to zagadnienie w szerokim ujęciu z racji wspaniałej różnorodności perkusistów, jakich możemy podziwiać w tylu niesamowitych zespołach. Naszą podróż będziemy opierać o wspaniałe pejzaże klasyki muzyki progresywnej, ale też nie omieszkamy sięgnąć w brutalniejsze czy też typowo techniczne rejony.

Muzyka z etykietą progresywną rozwijała się przez pół wieku i rozgałęziła się w wiele stron, często w stylistyki muzyczne na pierwszy rzut oka do siebie niepodobne. Wpływy prekursorów są jednak niezwykle widoczne w strukturach kompozycji, a sami muzycy często przywołują za inspiracje właśnie twórców gatunku. Świadczy to więc o niesamowitej sile rocka progresywnego, któremu zawsze towarzyszyli świetni bębniarze, często byli to wizjonerzy, pionierzy, wielkie inspiracje.

Niniejszy artykuł nie jest wyłącznie dla fanów Pink Floyd i Camel, nie jest to też artykuł wyłącznie dla fanów Planet X i Opeth. Jest to materiał dla tych, którzy wiedzą, jaki jest wspólny mianownik tych formacji, a także dla tych, co podobnie, jak twórcy w tych zespołach, chcą wychodzić poza sztywne ramy i pojmować muzykę z otwartą głową. Bardzo nam tego potrzeba w tych czasach, liczymy na was, szanowni Państwo!

KALENDARIUM

Zanim przejdziemy do opisu wymieńmy kilka dat, które ułatwią nam orientację w temacie.

1969 październik – King Crimson wydaje swój pierwszy album In the Court of the Crimson King (perkusja Michael Giles – ur. 1942), uważany za jeden z najważniejszych w okresie kształtowania się rocka progresywnego.

1970 – Powstaje zespół Emerson, Lake and Palmer, na perkusji Carl Palmer (ur. 1950) były perkusista Arthura Browna.

1970 – Do Genesis dołącza Phil Collins (ur. 1951).

1971 – W Polsce zespół Klan wydaje płytę Mrowisko, która jest pierwszą płytą, zawierającą tak wyraźne inspiracje psychodelią – tą samą, która wpłynęła na zachodzie na rock progresywny.

1972 – Bill Bruford (ur. 1949) odchodzi z Yes (w którym grał od 1968) i dołącza do King Crimson. Do Yes dochodzi Alan White (ur.1949).

1973 marzec – Pink Floyd wydaje The Dark Side of the Moon.

1973 październik – Genesis wydaje album Selling England By The Pound.

1973 listopad – Światło dzienne ujrzała płyta Emerson, Lake and Palmer Brain Salad Surgery.

1974 lipiec – Do Rush dołącza Neil Peart (ur. 1952) i pojawia się na drugiej płycie zespołu.

1974 sierpień – W Polsce SBB wydaje swój pierwszy album, jest to płyta koncertowa. Na perkusji oczywiście Jerzy Piotrowski (ur. 1950).

1992 – Dream Theater z Mikem Portnoyem (ur. 1967) wydaje Images and Words, która była decydującym kamykiem w lawinie ponownej popularności formy progresywnej w muzyce.

 

PIONIERZY

„Pamiętam, jak chodziłem na imprezy do ludzi do domów we wczesnych latach 70. Schodziło się do piwnicy i puszczało wszystkie cztery strony albumu Yes Tales From Topographic Oceans. Wspominając o tym uzmysławiam sobie, że wtedy była to muzyka na imprezy. Ludzie robili sobotnie imprezy i puszczali taką właśnie muzykę” – wspomina Neil Peart. Na temat swoich inspiracji mówi wprost: „Pierwszy album King Crimson (jesień 1969 roku) był wielkim kopniakiem w drzwi, pokazującym, co było możliwe do zrobienia, poza tym nie było to pretensjonalne. 21st Century Schizoid Man ma w sobie taką agresję, jaką zwykły mieć później zespoły metalowe.”

Fot. DrumChannel

Carl Palmer z nieco typową dla Anglików butą mówi bez ogródek: „Prog rock to angielska forma, coś jak jazz jest amerykańską. Tę formę sztuki stworzyliśmy w Anglii.” Trzeba pamiętać, że wszelkie granice stylistyczne jak zawsze były płynne i zespoły lubujące się w psychodelicznym rocku także miały wiele do powiedzenia w tamtych czasach. Szczególnie, kiedy przyjrzymy się niemieckiej scenie Krautrocka drugiej połowy lat 60. Niektóre, niestety już zapomniane zespoły, prezentowały bardzo wysoki poziom. Dla nas jednak istotne jest tu zagadnienie perkusyjne.

Gdybyśmy stworzyli drużynę perkusistów progrockowych początku lat 70, to Neil Peart nie ma wątpliwości, kto byłby jej kapitanem: „Jeżeli jest jakiś perkusista ery rocka progresywnego, którego można nazwać wzorcowym, to powiedziałbym tu o Billu Brufordzie, ponieważ jego integralność z tym gatunkiem przez te lata była niezachwiana. Podążał za głosem swojego artystycznego serca bez żadnego rozpatrywania tego pod kątem komercyjnym.” Alan White zastąpił Billa w Yes, gdy ten przeszedł do King Crimson: „Bill był bardziej zorientowany w stronę jazzu i do tego świetnie grał na zestawie, co dało zespołowi ten specjalny klimat w początkowych latach. Wciąż przemycał pewną dawkę rocka w swojej grze, ja dodałem tego rocka nieco więcej. Miał umiejętność grania technicznego, ale tak, żeby wszystko bujało. To jest tak, że grasz 7/8, ale brzmi to tak, jakbyś grał 4/4. W tym jest cały sekret.”

Bill Bruford przyznaje jednak, że miał lekkie problemy z szerszym postrzeganiem muzyki, w jakiej się znajduje: „Byłem zainteresowany Yes i King Crimson i nie słuchałem innych zespołów, nazywanych progresywnymi. Jedynym albumem, jaki potrzebowałem było In The Court Of The Crimson King, aczkolwiek zerkałem też w stronę brzmienia Hammondów Keitha Emersona, które brzmiały genialnie.”

Kolejnym bębniarzem, który przesunął wszelkie granice perkusyjnej sztuki we wciąż świeżym rocku, był właśnie bębniarz Emerson, Lake and Palmer czyli Carl Palmer: „Musisz zrozumieć, że Arthur Brown był prekursorem teatralnego rocka, jeszcze przed Davidem Bowie. To on wprowadził elementy teatralne na scenę, nawet przed Alicem Cooperem. Masz więc tę progresję teatralną, dziwną, zaskakującą i zadziwiającą i masz progresję muzyczną z wokalami, które na pewno nie są zwyczajne, dlatego można to wszystko nazwać czymś radykalnym. Co zabawne, zespół miał jednocześnie numer jeden na liście płyt i singli, coś, co można nazwać komercyjnym Fire (1968 rok). To wszystko było w pigułce takim progrockowym teatrem, przez co Crazy World, jak nazywano ten zespół, był czymś w rodzaju pierwowzoru progrockowego zespołu. Nosiliśmy maski, kiedy Genesis chodziło w pieluchach.”

Teraz, siedząc wygodnie w fotelu łatwo nam opiniować i wyciągać wnioski, ale gdy się jest w chwili tworzenia pewnych rzeczy, ciężko dokonywać jasnych ocen. Problem z tożsamością zespołu Carl opisuje w ten sposób: „Emerson, Lake and Palmer nie było zespołem bluesowym ani stricte rockowym. Jesteśmy w zasadzie Anglikami, ale takie Pictures At An Exhibition (czyli oryginalnie Obrazki z Wystawy rosyjskiego kompozytora Modesta Musorgskiego, a później płyta ELP z 1971) słyszeliśmy w szkole lub graliśmy w szkolnej orkiestrze. Byliśmy zespołem napędzanym klawiszami, więc bardziej ciągnęło nas w stronę klasyki niż bluesa i rocka. Wiadomo, staliśmy się poniekąd metalowi, jak zaczynaliśmy, bo to było całkiem ciężkie, co zapewniło ten element rockowy, ale to wszystko poukładało się naturalnie. Wszystko, co tworzyliśmy, wywodziło się z różnych rzeczy, ale zasadniczo można nas było nazwać rockowym zespołem o klasycznych korzeniach.”

Fot. Rob Monk

Alan White bardzo przejrzyście opisuje inspiracje, przekucie ich w czyn, a także cel, jaki ostatecznie sobie stawia: „Jedną z moich największych inspiracji był Frank Zappa. Sposób, w jaki układał swój zespół i dokonywał orkiestracji poszczególnych fragmentów muzyki, był fantastyczny. W okresie, gdy miałem 18 czy 19 lat przerastało mnie to, ale właśnie to zainspirowało mnie do nauki tego typu rzeczy i rozwoju w tym kierunku. Yes to był taki zespół, który zawsze szukał jakiegoś nowego brzmienia, tak, jak Genesis, ELP, Jethro Tull. Zawsze było pełno zespołów, szukających nowych horyzontów w muzyce. Jest jedna rzecz, jaką zawsze powtarzałem odnośnie Yes, odkąd gram w zespole czyli już 45 lat – jest to zespół, który na każdym albumie nie patrzy na horyzont, tylko za horyzont, chce dostrzec, co jest dalej.”

Neil Peart idzie w tej kwestii jeszcze dalej: „Historia naszego zespołu na przestrzeni lat miała swoje fazy. Na początku chodziło o wirtuozerię, uczyliśmy się, jak grać i byliśmy tym faktem podekscytowani. Później pojawiły się aranżacje. Gdy słucham nas z lat 70 słyszę właśnie to – nauka aranżacji, nauka, jak robić tak, żeby nie było widać połączeń. Robiliśmy to wszystko na scenie przed ludźmi, ale robiliśmy to ze szczerego serca, więc nie da się tego jakoś skrytykować. Teraz, jak tego słucham, pojawia mi się na twarzy uśmiech zrozumienia. To interesująca strona dojrzewania, ponieważ jeszcze 10 lat temu słysząc to – skrzywiłbym się. Teraz mam w sobie więcej tolerancji i nawet podziwu. W tamtych czasach byliśmy młodzi, głupi, odważni i zabawni. Mieliśmy kupę radochy tworząc. Wiem, że czasami jesteśmy krytykowani za to, że bywamy humorzaści i jesteśmy zbyt poważni, ale to zupełnie nie było tak. Jestem bardzo szczęśliwy, że gdy dorastałem mogłem grać cokolwiek chciałem. Moje pierwsze zespoły tworzyły własną oryginalną muzykę, które zawierały rozciągnięte formy z dużą ilością miejsca na perkusję, dzięki czemu dość wcześnie mogłem ćwiczyć i eliminować błędy. Idealny czas na to, żeby dorastać, stawać się lepszym i być otoczonym przez zdrowe muzyczne wartości – to ma znaczenie. Muzyka i tyle! Jak nazywa się piosenka 10cc? Art For Art’s Sake, Money For God’s Sake.”

DOBRY PERKUSISTA

Cechą, która wyróżniała prog rock od reszty muzyki, patrząc tylko na listę piosenek na okładce, była ich długość. Mówi o tym Bruford: „Nieodłączne kontrasty w muzyce – technologia/ sielanka, teraźniejszość/przeszłość, mężczyzna/ kobieta – to buduje napięcie w muzyce, które było idealne do długich kompozycji.” Poza tym zabawa w albumy koncepcyjne lub płyty, które sprawiały wrażenie jednego długiego utworu. W tej kategorii mistrzostwo osiągnęło Pink Floyd. Rock progresywny nie na darmo przybrał taką właśnie nazwę, a perkusja była tego bardzo dobrym przykładem. Bill Bruford wspomina: „Było ciśnienie na to, by poszerzać granice wszystkiego, szczególnie z racji horroru trzech akordów i backbeatu zwolenników rocka. Gdy grałem w 1968 roku nie było tylu różnych pomysłów na bębnienie, więc łatwo było być świeżym. Połączyłem ze sobą coś, co można nazwać w jednej trzeciej Maxem Roach – swoboda i melodia – w jednej trzeciej Art Blakey – wielki hi-hat i świetne brzmienie tomów – i w jednej trzeciej Joe Morello – rytmy nieparzyste. Przeniosłem te komponenty na różne rodzaje rocka. Wydawało się, że będzie działać.” O cechach perkusisty progresywnego mówi w kategoriach ponadczasowych: „Niezachwiany time, twarda skóra, sprytne korzystanie ze zdolności technicznych, nieskończona cierpliwość, trochę doświadczenia z rytmami nieparzystymi, lista świetnych pomysłów i jasna wizja, jak zrewolucjonizować perkusję na kolejną dekadę.”

Alan White sprawę upatruje w takim świetle: „Najważniejszym elementem, jaki możesz mieć, to dobre uszy, żeby słyszeć, co robi reszta zespołu i żeby być bardzo wyrozumiałym. Słuchać, co robi zespół i wyczuć, co inni grają, dzięki czemu każdy instrument może wypowiedzieć się za siebie, gdy przyjdzie jego kolej. Widzę zespoły, gdzie perkusista gra solo praktycznie cały czas, co doprowadza mnie do szału, bo nie słuchają zespołu, słuchają samych siebie. Kluczem do grania dobrej progresywnej muzyki jest słuchanie innych muzyków w zespole, grać to, co jest niezbędne i nie grać niczego obcego, co mogłoby być rozpraszające.”

Neil Peart wyróżnia przy tej okazji kolejnego perkusistę: „Myślę, że Selling England By The Pound jest ponadczasowym dziełem sztuki perkusyjnej. Piękne bębnienie, cudowne brzmienie, no i aranżacje. Wydaje mi się, że zrobili wszystko najlepiej, co tylko mogli zrobić z tym albumem.” Jeżeli ktoś się pogubił to przypominamy, że chodzi tu o Phila Collinsa.

Ciekawe, co mówi na temat prog rocka Jon Hiseman, perkusista znany z jazzrockowego Colosseum (1968-1971), które często zahaczało o interesujące nas rejony: „Nigdy nie patrzyłem na rolę perkusji pod kątem stylistyki muzyki. Po prostu zawsze grałem swoje, co oznaczało, że chciałem być wewnątrz otaczającej mnie muzyki. Zawsze mówiłem młodym perkusistom: – Nie grajcie perkusją, grajcie zespołem. Myślę, że wszyscy dobrzy bębniarze robią to instynktownie, więc bębnienie samo się zmienia w zależności od rodzaju muzyki, jaką grasz. Muzyka progresywna ma chyba znacznie więcej możliwości do grania rzeczy, które nie ograniczają się do prostego grania groove’u i trzymania tempa, ale w ostatecznym rozrachunku nie widzę jakoś specjalnie różnicy. Jeżeli jesteś dobrym muzykiem, otoczonym przez równie dobrych muzyków, zwyczajnie dasz się ponieść.”

Neil Peart, znany z oszałamiającej, brylantowej techniki, paradoksalnie daleki jest od budowania własnego ego w tej kwestii: „To była bardzo szczera i uczciwa strona rocka progresywnego – chęć bycia lepszym. Gdy pierwszy raz spotkaliśmy się w 1974 roku i zaczęliśmy grać, wiedzieliśmy, że chcemy iść w bardziej ambitne strony. Teraz słowo ambicja tak samo, jak słowo progres, nieco straciło swój blask, ale jest to wciąż piękna rzecz. Nigdy nie chciałem być niczyim bohaterem. Chciałem być bohaterem dla samego siebie. Nasz zespół opierał się na wartościach muzycznych. Gdy ktoś chciał dawać nam rady, dotyczące działań komercyjnych w stylu: „Och, tutaj potrzebujecie singla, powtórzcie ten refren trzy razy”, byliśmy przerażeni. Pomiędzy tymi wszystkimi podziałami nieparzystymi, wielkimi zestawami i albumami koncepcyjnymi, na samym końcu progresywnego bębnienia zostajesz z jedną przewodnią myślą – sięgaj dalej. Tyle w tym temacie ode mnie.”

BĘBNY

Rock progresywny kojarzy się z wielkimi zestawami perkusyjnymi. Teraz wygląda to nieco inaczej, ponieważ znaczek progresywny rozszedł się w różnych kierunkach, gdzie akurat 5 centralek, 12 tomów i 20 talerzy nie jest niezbędne. W okresie kształtowania stylistyki sprawy wyglądały bardziej prozaicznie. Świetnie mówi o tym Jon Hiseman: „Jeżeli twoja grupa osiąga sukces i sale, w których grasz, są większe, zaczynasz zastanawiać się, jak przyozdobić scenę. Co może być lepszego niż błyszczący zestaw bębnów? Jeżeli koncert wymagał solówki na bębnach, zestaw zwykł być większy, by zwiększyć paletę kolorów. Wielu perkusistów grało sztukę tak, jakby używali małego zestawu, aż do momentu, jak wchodziło solo. Mój zestaw na przestrzeni lat zmienił się ze zwykłego czteroelementowego na dziewięcioelementowy, ponieważ byłem zmuszony grać co wieczór solo, gdy zastąpiłem Ginger Bakera w The Bond Organisation. Graham koniecznie chciał wykazać, że Ginger po tym, jak odszedł od Cream i tym samym go zdradził, jak twierdził – nie był jedynym bębniarzem, który potrafi zagrać solo, które przyciągnie uwagę publiczności. Od tego czasu musiałem grać solo co wieczór. Na początku wydawało mi się to trudne, żeby zrobić coś sensownego, ale po jakimś czasie patrzyłem na to, jak na 10 minut mojej wolności.”

Carl Palmer porusza tu też bardzo progresywny charakter instrumentu, mało kto o tym wie, nie tylko w Polsce: „Myślę, że zestaw perkusyjny zawsze ma odniesienie do muzyki, jaką grasz. W miarę rozwoju muzyki ELP rozwijałem swój zestaw. Pierwsze elektroniczne solo było w Toccata na albumie Brain Salad Surgery. Były to syntezatory, zrobione specjalnie dla mnie, wielkości pudełka papierosów i każdy wydawał dźwięk. Miałem specjalny kontroler na podłodze, jaki był używany wtedy przez gitarzystów, dzięki niemu mogłem podnieść lub opuścić dźwięk o oktawę. Każdy z bębnów miał odseparowany mikrofon od akustycznego mikrofonu, działał podobnie jak trigger, dzięki czemu mogłem triggerować te wszystkie brzmienia. Posłuchaj Ginastery (Alberto Ginastera, kompozytor, którego koncert fortepianowy jest w tej kompozycji) w Toccata. Wiele osób, w tym dziennikarzy, myślało, że to gra Keith. To urządzenie opracował mi człowiek, który się nazywa Nick Rose. Współpracowałem z nim długo po to, żeby wszystko było, jak należy. Wyszło fantastycznie! Pojawiłem się nawet kiedyś w programie BBC w niedzielę, gdzie zaprezentowałem to coś, co można nazwać pierwszymi bębnami elektronicznymi. Dopiero później pojawiło się disco i zaczęto rozwijać ten kierunek. Ja to oczywiście porzuciłem zaraz, jak stało się to popularne.”

Neil Peart korzystał kiedyś z klasycznego, wielkiego zestawu z dwiema centralami. W pewnym momencie przesiadł się na bębny, może niewiele mniejsze, ale zupełnie inaczej rozstawione. „Różnica pomiędzy grą na jednym i drugim zestawie jest ogromna. W tamtych czasach miałem dwie centrale, co zajmowało zdecydowanie więcej miejsca i zmieniało brzmienie. Gdy pojawiły się pierwsze dobre podwójne pedały perkusyjne i przesiadłem się na pojedynczy taktowiec zauważyłem, że brzmienie wyklarowało się, ponieważ było mniej o jedno wielkie pudło rezonansowe. Zmieniłem przy okazji kilka rzeczy np. miałem ride mocno z prawej strony, coś, jak kiedyś miał Ginger Baker, do tego trzy tomy przed sobą jak Keith Moon. Tak wyglądał mój zestaw, gdy się kształtowałem. Później, gdzieś w okolicach 1990 zacząłem podchodzić do tego rozsądniej i studiując z Freddie Gruberem przestawiłem ride w wygodniejsze miejsce, podobnie inne elementy, które wpłynęły od tego na komfort mojej gry.”

POLSKA

Polacy jak zawsze byli czujni i mimo przeciwności, związanych z nieprzychylnym ustrojem, izolującym nas od zachodniej kultury, starali się robić rzeczy po swojemu, najlepiej, jak było to możliwe. Pierwsze stanowcze kroki – chociaż zapewne nie do końca artyści zdawali sobie z tego sprawę – wykonywali muzycy zespołu Klan oraz Skaldowie. Jednak prawdziwie pierwszym i chyba wciąż najważniejszym polskim zespołem w tym klimacie muzycznym jest SBB, grający na prawdziwie światowym poziomie rocka progresywnego lat 70. W drugiej części artykułu doskonale opisuje swoją świadomość muzyczną z tego okresu Jerzy Piotrowski.

Wskazujemy trzech perkusistów, których można uznać za najważniejszych w naszej historii. Są to muzycy, o których każdy szanujący się perkusista powinien wiedzieć, niezależnie, czy gra metal, pop, electro lub jazz (szczególne niektórzy starsi jazzmani powinni wystawić nos poza swoje ride’y). Są to:
Jerzy Piotrowski, który tworzył razem z SBB, a jego twórczość odcisnęła swoje piętno na kilku pokoleniach perkusistów; PRZECZYTAJ WYWIAD
Wojciech Szadkowki, perkusista Collage, który przez ponad 30 wytrwale działał poprzez swoją twórczość na polu popularyzacji prog rock, niezależnie od panujących w danym okresie trendów; PRZECZYTAJ WYWIAD
Piotr Kozieradzki, perkusista jednej z najbardziej znanych polskich formacji na arenie międzynarodowej Riverside. Ale nie samo współtworzenie tego zespołu uznajemy za zasługę. Piotr działał i działa bardzo mocno na polu rozwoju sceny rocka progresywnego w Polsce.

Fot. Aleksander Ikaniewicz

WSPÓŁCZESNOŚĆ

A jak wygląda to z perspektywy współczesnych perkusistów, którzy operują w stylistyce nazywanej wciąż progresywną?

Ryan Van Poederooyen z zespołu The Devin Townsend Project: „Prog rock to zestaw wszystkich styli i klimatów muzycznych. Możesz mieć tu The Beatles, możesz mówić o Led Zeppelin i Rush. Tak zawsze postrzegałem progresywne granie. Jest tam groove, jest tam złożoność, składasz to wszystko razem i tak tworzą się rzeczy progresywne. W przypadku Devina wychodzimy od prostych groove’ów i przechodzimy do bardzo połamanych i zakręconych, składamy to wszystko do kupy i tak powstaje progresywna muzyka.”

Matt Garstka z zespołu Animals As Leaders: „Zazwyczaj ludzie to identyfikują z podziałami nieparzystymi. To, co było progresywne 30 lat temu, nie do końca będzie takie dzisiaj. Nieparzyste podziały typu 5/4. Progresywne granie jest teraz zupełnie inne, to już 19 czy 13. Dla mnie progres jest czymś nowatorskim, czymś nowoczesnym. Gdy dorastałem w okolicy było kilku wymiataczy, którzy grali progresywnie. Ich gra rozwijała mój umysł. Zagranie zwykłego otwartego hi-hatu na „i” rozwalało mi mózg. To wszystko przychodzi etapami. Jesteśmy od tego, żeby pchać te granice dalej i nie skupiać się tylko na tym, co potrafimy zagrać, ale próbować więcej, grać to, co słyszymy. Trzeba otworzyć umysł i rozwijać ciało, żeby ze sobą współgrały.”

Matt Halpern, bębniarz zespołu Periphery: „Myślę o terminie „progresywny” w sensie dosłownym. Oznacza to robić progres, postęp i pchać daną rzecz do przodu. Gdy myślę o muzyce progresywnej nie myślę tylko o tym, co my gramy. Nie wydaje mi się, że dotyczy to jednego gatunku. Moim zdaniem chodzi tu o przesuwanie granic w jakiejkolwiek muzyce, jaką grasz w stylistyce rockowej. Perkusiści, którzy byli moimi inspiracjami to Scott Rockenfield z Queensrÿche oraz Scott Travis z Racer X i Judas Priest. Mając takich muzyków w głowie zrozumiałem, że nie muszę być skazany na zwykłą, przeciętną grę. Mogę wziąć jakiś pomysł i rozwinąć go po swojemu. Perkusiści, którzy byli moimi inspiracjami, byli muzykami, którzy naciskali na samych siebie, by być lepszymi, by iść dalej przed siebie. Dla mnie to oznacza „progresywny” w bębnieniu. Myślę, że wszyscy moi ulubieni perkusiści byli na swój sposób perkusistami progresywnymi.”

Mike Portnoy to już dla nas weteran i jeden z bardziej zasłużonych perkusistów dla rozwoju tego typu muzykowania, dlatego jego opinię zostawiamy na koniec. Jedni go kochają, inni go dyskredytują, a prawda jest taka, że pod koniec lat 90 to właśnie on przyciągnął całą armię nowych zapaleńców, którzy odkryli dzięki niemu klasyczne zespoły. A co sądzi o nim Alan White? Absolutny weteran prog rocka: „On jest na czele jako ten z nowej fali perkusistów progresywnych, jest też dobrym wzorcem dla tych wszystkich nowych perkusistów i tych, co się pojawią.”

Mike Portnoy o rocku progresywnym z obecnego punktu widzenia: „Dzierżyłem sztandar prog rocka przez ostatnie ponad 25 lat, z czego jestem dumny. Nosiłem to jak honorową odznakę. Staram się jak mogę, żeby ten styl muzyczny wciąż kwitł. Nie mam problemów z terminologią tego gatunku, w obecnych czasach jest on bardzo szeroki i obejmuje wszystko od Porcupine Tree przez Opeth po Mastodon czy też Bigelf.

Myślę, że są zespoły, które dzielą się na dwie główne grupy. Zespoły, które w pełni myślą o przyszłości, chcą odkrywać nowe tereny i kierują się nawet w ekstremalne rejony. Są też zespoły, które uwielbiają klasykę, oryginalne progresywne granie z lat 70 i chcą utrzymać ducha Genesis, ELP, U.K., King Crimson. Animals As Leaders i Periphery to dobre przykłady na tworzenie skomplikowanej muzyki, dodawaniu do niej nowych elementów i przenoszeniu wszystkiego na ekstremalny poziom techniczny. Taki Transatlantic to bardziej ukłon w stronę klasyki wczesnych lat 70. Taki Bigelf to świetny przykład połączenia tych dwóch światów. Wcześniejsze albumy były bardziej retro z tymi klasycznymi Hammondami, ale płyta, na której ja gram, to już więcej nowoczesnego podejścia do produkcji jak The Mars Volta.”

Fot. Hristo Shindov

Materiał opracowany przez redakcję magazynu Perkusista przy udziale źródeł magazynu Rhythm.