Piotr Kozieradzki

Dodano: 13.12.2018

Nowa płyta Riverside to bez wątpienia nowy rozdział w historii tego uznanego polskiego zespołu. Nic już nie będzie takie jak kiedyś, a wszystko z racji tragicznej śmieci gitarzysty zespołu Piotra Grudzińskiego w 2016 roku.

Muzycy długo się zastanawiali, czy wchodzić jeszcze do studia i na scenę jako Riverside. Uczyli się chodzić od nowa, powoli, najpierw jednym koncertem, później trasą, wreszcie przyszedł czas na ostatni krok w postaci nowej płyty.

W zeszłym roku perkusista zespołu gościł u nas na okładce i w długiej rozmowie opisał, jak wyglądał proces podnoszenia się zespołu po bolesnej stracie. Trzeba spojrzeć w przyszłość i ruszyć dalej, do przodu, szczególnie, że wydanie nowego albumu to pierwszy klocek domina w życiu tak renomowanego zespołu. Przychodzi czas na sesje zdjęciowe, sesje wywiadów, spotkania promocyjne, wreszcie koncerty, najpierw w Polsce, a później oczywiście zagraniczne trasy. Riverside działa, rozwija się i tym samym oddaje swojemu zmarłemu przyjacielowi największy hołd, bo nikt tu nie próbuje oszukiwać rzeczywistości i siłować się na dokładne odtworzenie tego, co tworzył kwartet, mimo, że zespół wciąż da się rozpoznać po kilku dźwiękach.

Jak zawsze Piotr wiernie służy swoją grą kompozycjom, w tej kwestii nic się nie zmieniło. Swoboda stylistyki rocka progresywnego w jego rozumieniu nie oznacza wyścigu na nieparzyste rytmy. Wszystko sprowadza się do trzymania kompozycji w ryzach i tworzenia gruntu dla reszty muzyków. Kilka słów na temat perkusyjnej strony nowej płyty Riverside  "Wasteland".

Jaka jest twoja opinia o Wasteland?

Piotr Kozieradzki: Moim zdaniem to nasza najlepsza płyta, może nie pod kątem technicznym, ale jest to spójna i bardzo dojrzała płyta. Wyraża nas, to, co się działo przez ostatnie lata. Jest to ekstremalne odzwierciedlenie naszych przeżyć w tych latach. Jest smutek, jest złość, dużo mroku i piękne melodie, czyli wszystko to, do czego przyzwyczailiśmy naszych fanów.

Założenie było takie, że nagrywacie ją przede wszystkim we trzech plus gościnnie muzycy.

No tak, chociaż z tymi gośćmi to tak nie do końca. Maciek Meller zagrał tutaj najwięcej rzeczy, jest Jelonek w dwóch fragmentach, Mateusz Owczarek w solówce do Vale Of Tears. Nie było jako takich gości, staraliśmy się to sami zrobić. Miała to być płyta stworzona w TRIO i taka jest.

W kwestii partii bębnów – jak zawsze grasz do muzyki.

Próbowałem grać bardziej z groovem niż technicznie, nie ma tam miliona paradiddli po sobie. Staram się nie przeszkadzać w słuchaniu. Gram swoje i wszystko pasuje do muzy. To zaleta. Nie przeszkadzam w słuchaniu.

Ciekawe jest za to brzmienie bębnów, trochę zaskakujące w swej surowości.

To pierwsza płyta, gdzie opuściłem strój bębnów. Wcześniej były dużo wyżej nastrojone. Teraz eksperymentowaliśmy i opuściłem całkiem naciągi na zestawie. Fajnie wyszło, bardziej sucho. Współgra. Cała płyta jest sucha, szorstka. Wszystkie instrumenty tak brzmią, nawet klawisze. Nie ma tu jakichś totalnych mega pogłosów, tak, jak to było na poprzednich płytach. Wcześniej były olbrzymie bębny, jakby były nagrywane w hangarze na samoloty. Tu miało być inaczej. Duszno, surowo i wszystko ściśnięte, nie do końca podbarwiane. Jedynie werbel był odrobinę zmieniany, bo nie do końca podobał mi się w oryginalnej wersji, ale też nie były to jakieś wielkie zmiany.

W jakim miejscu nagrywaliście ścieżki garów?

Nagrywaliśmy je w naszej sali prób. Pożyczyliśmy fajne preampy m.in. Looptrootera i kilka innych rzeczy, wyposażyliśmy się i na tym wszystkim nagraliśmy. Pomógł nam Janos z JNS Studio. On to ogarniał. Wyszło super, taki miał być efekt, masywny i bez wielkich przekłamań. Miało być na żywo. Klawisze także w większości są nagrane analogowo a nie cyfrowo, a tym samym są też bardziej wysuszone, bardziej surowe. Jak to Amerykanie mówią o stekach – „rare” (śmiech).

Jaki jest odzew do tej pory, jeszcze przed oficjalną premierą?

Atmosfera jest dobra, wyszły trzy numery przedpremierowo i ludziom się podoba. Ciekawe, jaka będzie reakcja na cały materiał.

 

Nie uważasz, że jest taki zwyczaj, że Riverside nie wypada krytykować?

Nie wiem. Nie słyszałem o tym (śmiech). Wiesz, są dwie metody. Jest krytykanctwo i krytyka. Krytykanctwo jest od ludzi, którzy chcą ci zaszkodzić, nie mając często pojęcia, o czym mówią i starają się zrobić ci krzywdę. Osobiście, jeśli coś MI się nie podoba, to tego nie komentuję. Krytyka jest od ludzi, którzy kumają bazę i chcą lub starają się zwrócić uwagę na ICH zdaniem uchybienia. Ogólnie rzecz biorąc, my doskonale wiemy, o co nam chodzi i ani jedna ani druga opcja nie zmienia nic. Co do krytykanctwa udaje nam się to gładko. Ja osobiście mam to w dupie. To nie moja sprawa, że komuś się album podoba lub nie. To jego prywatna sprawa. W naszym przypadku nie wiem, dlaczego tak jest, że nie zbieramy negatywnej krytyki zbyt wiele. Ciężko mi powiedzieć, czy to dobrze, czy źle, że zazwyczaj wszystkim się podoba. Nie wnikałem w to nigdy, są na pewno tacy, co nie lubią Riverside, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Nie można mieć tylko fanów. Są też nie-fani. Najważniejsze, że nie mamy hejterów. Wiesz, są zespoły, które niby się wszystkim podobają, a sprzedają 30 płyt. No to wychodzi, że jednak chyba nie wszystkim tak bardzo się podobają. Zobaczymy u nas po sprzedaży płyt, jak się to faktycznie spodoba. Okaże się, kto ma lepsze tatuaże, już niebawem (śmiech).

Dokładnie, po wynikach wszystko jest jasne, jak fani odbierają.

Jeżeli płyta będzie się sprzedawać to ok. Wierni fani to są ci, co kupują płyty i poprzez to wspierają zespół. Ci, co ściągają jedynie za darmo z netu i tytułują się fanami, tak do końca fanami nie są. Nie dość, że biorą za darmo utwory, to nie wspierają zespołu, bo te pieniądze są inwestowane w zespół. Możemy zagrać więcej koncertów, kupić lepsze instrumenty, zrobić lepszą produkcję, pojechać w inne miejsca. Nie jest to problem, który dotyczy wyłącznie nas, to jest nagminne, wszędzie. Ludzie nie biorą pod uwagę tego, że pieniądze z płyty trafiają do zespołu, który się przez to rozwija. Ma środki do działania. Ostatnio nawet słyszałem od pseudopolityka, że jak ktoś coś zrobi i raz weźmie pieniądze, to już wszystko dalej powinien oddać za darmo. No ciekawe, jak to miałoby działać! Jak to mówią, głupich nie sieją. Ale w tym przypadku jest o krok za daleko.

Nagrywałeś na Pearlu, ale teraz będziesz miał zmiany w swoim arsenale perkusyjnym.

Porozumiałem się i czekam teraz na nowe bębny. Celowałem w DW albo Pearla, bo obie firmy uważam za dobre. Ostatecznie padło na DW i wersję Design, bo tylko w tej wersji DW oferuje bębny akrylowe. Zawsze chciałem mieć taki zestaw, który będzie inaczej brzmiał. Głównie pomyślałem o nich pod kątem koncertowym. Wygląd na scenie bezcenny, a i brzmienie naprawdę doskonałe.

Nowy zestaw DW Piotra

Spore znaczenie miał aspekt wizualny?

Oczywiście, że tak, bo to będzie fajnie wyglądało, ale jak masz dobrego oświetleniowca, to i kiepskie bębny potrafisz dobrze podświetlić. Specjalnie kupiłem takie, żeby robić wizualnie efekt i jednocześnie, żeby fajnie brzmiały, bo one naprawdę doskonale brzmią. Sprawdzałem, usiadłem, popukałem i jest to dla mnie super brzmienie. Jest zupełnie inne niż drewno, no, ale trzeba spróbować! Poza tym masz kolor, jaki chcesz. Mateusz, który jest naszym świetlikiem, zrobi ci zestaw zielony, czerwony czy tam niebieski.

A jak z resztą? Jakieś nowości?

W kwestii blach pozostaję wciąż z Paiste. To najlepsze blachy na świecie, podobnie pałki Vater. Doskonałe, nie trzeba zmieniać. Z nowości mam stołek Porter& Davies. Mistrzostwo świata. Polecam!!! Doskonale „czujesz” kopniaka. Miałem rożne „szejkery”. Ten bije je na głowę.

Materiał przygotował: Artur Baran i Maciej Nowak
Foto: Oskar Szramka (studio) i Robert Wilk (live)