Poznajcie Inferno…

Dodano: 05.10.2021
Autor: Maciej Nowak

Przedstawiany często jako „Inferno, perkusista Behemoth”, tymczasem to zdecydowanie niepełny obraz Zbyszka Promińskiego, którego działalność artystyczna wykracza mocno poza świat bębnów tego zespołu, z resztą… poza świat bębnów w ogóle.  

Ten artykuł czytasz ZA DARMO w ramach bezpłatnego dostępu. Jeśli lubisz nasze treści, rozważ zakup pełnego dostępu cyfrowego do całej zawartości naszego serwisu.

Intrygująco, zajmująco, nieszablonowo, czasami niepokojąco – możliwe, że te słowa mogą pojawić się w głowie po przeczytaniu zapisu naszej niedawnej konwersacji. Nie ma sensu robić tu długich wstępów, bo nasza rozmowa, za sprawą Zbyszka, kipi wręcz od treści. 

Z którym obliczem Inferno rozmawiam teraz?

Z tym co zawsze! Używam tylko innych środków, ale oblicze jest zawsze jedno i to samo. Coś się zmieniło? Wiem, że już trochę siwiejemy… (śmiech).

Niby mniej behemothowo jest.

Z Behemoth kończymy kolejną studyjną płytę, więc z koncertami mamy chwileczkę pauzy. Miksujemy także wydanie koncertu z okazji trzydziestolecia zespołu. Będzie to z pewnością najbardziej spektakularna rzecz jaką do tej pory zrobiliśmy. Streaming z tego wydarzenia planujemy na koniec października, więc naprawdę sporo się dzieje.

Inferno podczas sesji nagraniowej najnowszego albumu Behemoth. Co z tego wyszło?

Ale wiem, że to nie wszystko i nie próżnujesz. 

Nigdy nie byłem tak zajęty, jak przez ostatni rok. Od czego by tu zacząć…? Chyba od lockdownu, gdy wszystko stanęło i po 2-3 miesiącach okazało się, że jest coraz gorzej i aby nie zwariować, postanowiłem zmontować studio. Zabrałem się też za muzykę, z którą wcześniej nie za bardzo miałem do czynienia. Moment zapalny nastąpił, kiedy moja żona Marta poprosiła mnie bym zrobił coś odwrotnego do tego co zrobiła ona. Namalowała nam okładkę płyty (Azarath „Saint Desecration”), a teraz zapytała czy nie zrobiłbym muzyki do jej obrazów. Zaczęła się burza mózgów, zastanawiałem się jak ugryźć ten temat. Nie pojadę przecież do kanciapy i wygeneruję łomotu. Raz, że to kompletnie nie pasuje, dwa, jest to zupełnie inna estetyka. Podłubałem, zasięgnąłem języka wśród znajomych jakie są współcześnie narzędzia, a że poza muzyką metalową słucham masę różnych rzeczy, zwłaszcza muzyki filmowej i klasycznej, to poszedłem w tym kierunku. Znalazłem odpowiedni system i bibliotekę, które pozwoliły mi stworzyć to, co siedziało w mojej w głowie. Oczywiście nie od razu, bo wymagało to ogromnego nakładu czasu i pracy.

Nie używasz bardzo poważnego słowa - komponowanie. Dość pokornie.

Kojarzy mi się to z szufladkowaniem muzyki, a przecież nie musisz się z tym identyfikować. Poza tym jaki ze mnie kompozytor… Jeżeli już to kompozytor destrukcji (śmiech). Z resztą mało w tej muzyce jest radości i nadziei. Koniec końców, przez 8 miesięcy zrobiłem materiał trwający około 45 minut i dowiedziałem się, że niestety jest bardzo dużo rzeczy do poprawy. Między innymi artykulacja itd. Doprowadzenie tego do stanu finalnego, aby wszystko grało zgodnie ze sztuką zajęło mi kolejne 3 miesiące. Nie można w takiej kwestii robić nic na pół gwizdka. Jeździłem na Śląsk i robiłem te artykulacje z człowiekiem, który pracuje w Radio Katowice i ma do czynienia m.in. z orkiestrami. Także w tym miejscu muzykę zmiksowaliśmy, dzięki czemu na całości słychać wspaniały analogowy „szum”.

Co dalej?

Mamy prawie godzinną ścieżkę dźwiękową. Tak naprawdę cała koncepcja ciągle ewoluowała w naszych głowach. Postanowiliśmy graficznie ożywić wszystkie obrazy Marty i w ten sposób je zaprezentować wraz z muzyką. Chcemy w ten sposób dotrzeć do jak największej liczby zmysłów.

Kiedy premiera?

Projekt, który jest połączeniem malarstwa z muzyką, nosi nazwę ONENESS i jeszcze w tym roku zamierzamy wydać przepiękny box, który będzie zawierał album ze zdjęciami obrazów i rysunków oraz płytę winylową z muzyką. Natomiast jeśli chodzi o film z muzyką, to wciąż jesteśmy na etapie dopinania ostatecznej formy, więc nie chcę zdradzać i zapeszać. Docelową datą będzie 13 grudnia.

Ciekawa data…

No, tak ciekawie wychodzi. Ostatnio z Behemoth wchodziliśmy do studia 11 listopada, a przy jeszcze poprzedniej płycie 1 listopada. Tak się nam daty trafiają, ale przynajmniej łatwo zapamiętać (śmiech).

Rozumiem, że muzyka, to klimat klasyczny?

Nie można tego nazwać muzyką klasyczną, chyba że mówimy o instrumentarium. Wszystkie instrumenty, które słychać na tych nagraniach, występują właśnie w orkiestrach symfonicznych. To już w pewien sposób ogranicza, ale z drugiej strony jest dokładnie na odwrót, ponieważ to czyste szaleństwo mieć możliwość użyć wszystkich tych dźwięków. Narzędzie, z którego korzystam, pozwala również na wygenerowanie chórów. W tej muzyce jest wszystko, co przez lata mi towarzyszyło, to co lubiłem - od Kilara, przez Carpentera po Dead Can Dance i Strawińskiego.

O to mi chodziło z tym obliczem, bo mało kto zna właśnie to oblicze Inferno.

Ok, ale to wciąż to samo oblicze, bo nie robię niczego wbrew sobie, tylko zawsze zgodnie z własnym sumieniem.

Prace nad projektem Oneness.

Odkryłeś nowe kierunki lub ścieżkę, którą warto w przyszłości rozwijać?

Nie wiem. Nie odkryłem żadnych nowych kierunków, bo tego typu muzyka i jej dźwięki inspirowały mnie od zawsze i często tego słuchałem. Nie jest to dla mnie nic nowego, ale spróbowałem się zrealizować na innym polu. Trudno mi samemu to oceniać. Póki co, jest to jednorazowy wybieg, a co się wydarzy później, to się okaże.

Jeżeli pojawi się oferta zrobienia muzyki do filmu?

Raczej nie… Praca nad muzyką do czyjegoś filmu może okazać się bardzo problematyczna. Kiedy dostarczysz swój materiał, może się okazać, że nie spełnia on oczekiwań twórcy filmu, ale według ciebie wszystko się będzie zgadzać, bo ty to tak widzisz i słyszysz, właśnie wtedy pojawia się konflikt wizji. Jestem człowiekiem, który raczej unika konfliktów i staram się myśleć trzy kroki naprzód. Wolałbym unikać takich sytuacji i nie brnąć w nie. Obecnie moja sytuacja jest komfortowa, ponieważ sam wychodzę z tą muzyką, robię swoje i nie muszę się dostosowywać do innych.

Przewidujecie więcej wystaw, poza premierową?

W czasach jakie mamy, planowanie tego typu wydarzeń jest bezsensowne. Ciężko coś zaplanować, mając z tyłu głowy to, że w każdej chwili mogą ci to odwołać. Między innymi dlatego nie gramy teraz tras. Organizacja, booking klubów i promocja są zbyt kosztowne, żeby sobie na to pozwolić, nie mając pewności, że wszystko dojdzie do skutku.

Behemoth stał się swoistą firmą z konkretną konwencją. Masz chęć szerszego wyrażania się?

Firmą staje się każdy zespół w momencie, gdy zaczyna sprzedawać swoje pierwsze demo. Firma sprzedaje swój produkt. Jednak określenie "firma" pasuje bardziej do huty szkła, a nie do zespołu. Robimy teraz dokładnie to samo, co robiliśmy przez ostatnie 20 lat. Jeżeli chodzi o zewnętrzne rzeczy, to każdy z nas jest inny i ma swoje gusta i guściki. Behemoth jest jakby wypadkową tych naszych inspiracji.

Azarath cieszy się olbrzymią estymą. Można nie słuchać, ale z pewnością się szanuje…

O to właśnie w tym chodzi. Wychodzę z założenia, że jeżeli już coś robisz, to rób to zajebiście, albo wcale. Nigdy na pół gwizdka.

Jaką rolę pełni Azarath w twoim życiu?

Bardzo istotną, ponieważ współtworzę ten zespół od początku i Azarath jest jakby moim dzieckiem. Realizuję tam trochę bardziej szalone rzeczy, które kompletnie nie pasowałyby do Behemoth i mogłyby być zbyt ekstremalne lub zbyt tradycyjne.

Forma odskoczni, powrotu do korzeni, wyrzucenia emocji, potrzeby?

Na pewno nie jest to odskocznia, bo odskocznią może być pójście na piwo z kolegami. Azarath to po prostu część mojego życia, która działa na własnych zasadach – wtedy, kiedy możemy i kiedy chcemy. Nie mamy żadnej presji ani ciśnienia.

Pojawiłeś się ostatnio za bębnami w Azarath, nie obawiałeś się fizycznego aspektu?

Nie, bo to jest trochę jak z jazdą na rowerze, wystarczyły dwie próby, żeby sobie przypomnieć materiał.

Ale nie jesteśmy młodsi…

Staram się utrzymać w miarę dobrej formie. Nie da się wymienić wszystkich części ciała, ale można sprawić by wciąż działały dobrze. Oczywiście zdarzają się różnego rodzaju perturbacje i do dzisiaj walczę z jedną sytuacją, jaka mi się przytrafiła 3 lata temu na trasie. Przed samym wejściem na scenę poślizgnąłem się na posadzce, a na stopach miałem tylko… skarpetki i złamałem rękę w nadgarstku w trzech miejscach. Był to dopiero początek trasy, więc musiałem uciągnąć jeszcze 31 koncertów w tym stanie. Przez miesiąc trzymałem rękę, przez większość czasu, w lodzie i jechałem na Tramalu. Po powrocie do domu ręka już praktycznie nie działała, trzeba było zrobić operację, która polegała na wstawieniu tytanowej śruby, zagipsowali mi to, a później rehabilitacja. Myślę, że mam w tej ręce jakieś 80% mocy sprzed kontuzji. Najgorsze jest to, że stało się to w momencie, gdy byłem całkowicie trzeźwy, gotowy do gry. Jakaś kompletna bzdura! Do dzisiaj źle to wspominam, bo to przecież wpływa na mobilność, funkcjonalność i formę.

Teoretycznie powinniście być teraz w trasie?

Teoretycznie, to od początku pandemii powinniśmy już zagrać przynajmniej 100-150 koncertów.

Zebrałaby się z tego konkretna kwota.

Dodatkowo nie jesteśmy w tym sami, bo tworzymy przynajmniej 16-osobową ekipę i w jakiś sposób za tych ludzi odpowiadamy. Tak to niestety wygląda. Nasza branża w tej kwestii jest absolutnie na kolanach.

Przeżywałeś już okres blokady, kiedy Adam (Nergal) zachorował.

Tak, to zdecydowanie nie był dobry okres, chociaż przekułem go dość mocno w muzykę Azarath. Bardzo chciałbym poświęcić więcej czasu temu zespołowi, ale jest to nierealne, bo nie można się roztroić.

Oprócz Azarath, Behemoth i obecnie Oneness, wręczyłeś mi kiedyś kasetę (tak, kasetę!) z projektem Terrestrial Hospice. Jakieś nowe plany?

Tak, w grudniu nagrywamy nowy album, który wydamy na kasetach, LP i CD. Mocno trzymamy się konwencji, jaką obraliśmy na samym początku. Na szczęście mamy bardzo podobne i tradycyjne zdanie na temat brzmienia i całej otoczki, jeżeli chodzi o ten gatunek. W przypadku nowego wydania, nie oczekiwałbym większych zmian, ale jaram się tym strasznie, bo materiał jest świetny.

Jak mi włączyłeś to wtedy, jeszcze przed wydaniem, zapytałem co to za demo z lat 80tych i byłeś zadowolony, że tak to odebrałem.

Po części, trochę to spełniło założenia tradycyjnego black metalu, ale nie o to chodzi, żeby to brzmiało źle, tu chodzi przede wszystkim o charakter. Realizacja musi być jak najlepsza i tu nie ma o czym dyskutować. Nic tam nie jest przypadkowe, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę takie rzeczy jak dobór blach. Specjalnie nie używałem własnych talerzy czy bębnów, bo zależało mi, żeby to brzmiało inaczej. Hi-hat dokręciłem od dołu całkowicie, żeby był jak najmniej dynamiczny, chociaż gram na nim bardzo dynamicznie. Podobnie jest z ridem, nie uderzam w kopułkę, tylko płaską powierzchnią, żeby cały czas zachować groove, nawet przy szybszych tempach. Wcześniej nie korzystałem zbyt wiele z takich metod, ale w tym wypadku sprawdziły się idealnie, zwłaszcza przy ciągach. Dzięki temu nie jest nudno i jednostajnie.

Dobrze to świadczy o twojej świadomości w tym temacie.

Jeżeli coś się robi, to wypadałoby wiedzieć przynajmniej cokolwiek na dany temat.

To jest projekt typowo studyjny?

Nie zamierzamy grać koncertów, bo nie ma takiej potrzeby.

Tak sobie myślę… Derek Roddy, Giorgos Kolias, no i przede wszystkim Paweł Mazurkiewicz, ciągle grają śmierć-metal, czy to nie jest troszkę infantylne w tym wieku?

Czy poważne jest bieganie za piłką w wieku lat 40? Przecież to jeszcze mniej poważne.

Ubodłeś moją duszę fana piłki kopanej…

Ani nie jest to kreatywne, ani z tego nic tak naprawdę nie wynika. Punktem wspólnym z bębnieniem może być fakt, że wymęczysz, wybiegasz, podniesiesz poziom endorfin i oczywiście wzmocnisz swoją lekko nadpróchniałą konstrukcję, która sypie się z biegiem czasu.
Grając tak jak Mazurkiewicz w tym wieku, to są poważne, wyczynowe ćwiczenia, więc on przy okazji uodparnia się i wzmacnia. Na dodatek gra muzykę, która dostarcza ludziom mnóstwo frajdy, więc sądzę, że to bardzo poważne.

Foto główne: Tomasz Łączyński

Quiz - MORE REMO
1 / 12
Jak nazywają się naciągi do cichego grania?
Dalej !
Left image
Right image
nowość
Platforma medialna Magazynu Perkusista
Dlaczego warto kupić dostęp do serwisu Magazynu Perkusista?
Platforma medialna magazynu Perkusista to największy w Polsce zbiór wywiadów, testów, lekcji, recenzji, relacji i innych materiałów związanych z szeroko pojętą tematyką perkusyjną.
Dowiedz się więcej
Promocja! Miesiąc za "piątaka"