Inferno (Behemoth)

Dodano: 06.12.2018
Autor: Maciej Nowak

Wszyscy, którzy „życzyli” zespołowi i Inferno wszystkiego najgorszego muszą jeszcze się wstrzymać i zaczekać na kolejną okazję.

Behemoth w najbliższych kilkunastu miesiącach zwiedzi cały świat i zagra koncerty w jeszcze większych salach niż dotychczas. Najnowsza płyta I Loved You At Your Darkest przyciągnie nowe grono fanów i nie ma wątpliwości, że bilans zysków i strat w tej kwestii będzie mocno na korzyść polskiej kapeli. Najbardziej znany polski zespół na świecie – to hasło powtarzane od lat, ale nie ma drugiej grupy muzycznej, odnoszącej takie sukcesy na arenie międzynarodowej. Mamy wspaniałych muzyków jazzowych, ale jeden koncert na trasie Behemoth to czasami frekwencja całej trasy jakiegoś jazzowego trio. Pogódźmy się z tym faktem i zamiast próbować walczyć z wiatrakami, postarajmy się poznać i zrozumieć istotę rzeczy, a być może w jakiś sposób nas to zainspiruje?

Zespół idzie konsekwentnie do przodu i nie wykonuje żadnych nieprzemyślanych ruchów. Czasami zdarzają się jakieś impulsywne wypowiedzi lidera, ale jest to zupełnie bez znaczenia, gdy spojrzy się na Behemoth jako cały mechanizm. Jest to zespół niemal kompletny, w każdym calu. Zarządzanie, marketing, inwestowanie, planowanie i wykonanie. Realizuje kolejne punkty swojego planu i stara się to robić najlepiej jakościowo, jak to jest tylko możliwe. Przykładem jest chociażby sesja nagraniowa partii bębnów do najnowszej płyty. Opisywaliśmy to dokładnie w artykule „Jak w pień! Inferno w studio.” W numerze grudniowym 2017 (artykuł dostępny obecnie na naszej stronie www.magazynperkusista.pl). Konkluzja była bardzo prosta i sprowadzała się do tego, że życzylibyśmy każdemu mieć taki komfort pracy w studio. Nie ma co ukrywać, że wiąże się to z dużymi nakładami środków, na które Behemoth może sobie pozwolić, ale pamiętajmy, że dojście do tego miejsca nie było dziełem przypadku i nie polegało na wciskaniu zarobionych pieniędzy w skarpetę.

„Cenię sobie spokój, neutralność i niezależność” – tak mówi o sobie Inferno i jest to w zasadzie kompletny opis jego postaci. Stroni od wywiadów i większej interakcji z ludźmi. Są osoby, które mają mu to za złe, ale nie jest to przejaw jakiegokolwiek gwiazdorstwa, tylko typ osobowości. Inferno czuje się komfortowo jedynie w towarzystwie ludzi, których zna, wtedy się stopniowo otwiera i podejmuje tematy, które mogłyby zaskoczyć niejednego. Jest wielkim sympatykiem oryginalnych, pierwszych blackmetalowych zespołów, gdzie z perspektywy laika można powiedzieć, że im większy szum i skrzeczenie tym lepiej.

Planowaliśmy przygotować niniejszy materiał na bardziej „behemothowy” miesiąc czyli listopad. Spojrzeliśmy jednak w grafik zespołu i okazało się, że zwyczajnie nie będzie czasu na spokojną i otwartą rozmowę. A w naszym przypadku komfort jest warunkiem sine qua non.

Zdecydowaliśmy się zrobić to teraz, w jedną z ostatnich nocy lata 2018. Usiedliśmy w mocno… undergroundowej sali prób zespołu, którą Inferno nazywa pieszczotliwie „szczurownią”, rozstawiliśmy bufet, który w dużej mierze opierał się o wysokogatunkową whisky, której to Interno jest miłośnikiem (ja niekoniecznie…). W takich warunkach można było spokojnie podyskutować. Wreszcie przyszedł moment, by włączyć dyktafon.

Fot. Rafał Kotylak

Maciek Nowak: Włączyłem nagrywanie, widzisz, jest czerwone światełko.

Inferno: Jak w studio Selani kiedyś, pojawiała się czerwona lampka i największy moment stresu. Cisza i nagrywamy. Nie ma możliwości wcinek, bo nagrywasz na taśmę, wiec musisz „one take’iem” nagrać wszystko. Tak się nagrywało kiedyś i było to nieco trudniejsze. Dzisiejsza technologia pozwala nam na więcej manewrów, a co najważniejsze rozłożenie sił podczas nagrania.

Z sentymentem wspominasz dawne czasy, publikujesz nieraz jakieś mocno podziemne nagrania nieznanych kapel sprzed wieków. Jesteś nostalgiczny?

Czasami. Ciężko zapomnieć o swoich korzeniach, poza tym uważam, że należy o tym pamiętać. Trzeba pamiętać, skąd przychodzi się do miejsca, w którym się znajdujemy. To bardzo ważne, ponieważ przypomina ci to o całej twojej drodze. Jeżeli nie przyjmiesz w życiu przysłowiowego wpierdolu, to nie docenisz tego, co osiągniesz, a zwłaszcza nie będziesz w stanie docenić tych rzeczy najprzyjemniejszych.

Wiele osób kłuje mocno wasz status, wasz sukces…

No umówmy się, ten przysłowiowy sukces jest rzeczą, która najbardziej wyzwala tego typu reakcje. Bardzo rzadko przejmuję się opinią innych osób, chyba, że są to osoby z bliskiego otoczenia. Nie jest to moim problemem i nie tracę energii na taką sytuację. Osobiście taka postawa jest dla mnie niezrozumiała, ponieważ sam życzę wszystkim jak najlepiej i cieszę się, gdy komuś się wiedzie lub realizuje się osiągając sukcesy.

Boli sposób, w jaki to osiągacie, nie zdobywacie medali na Igrzyskach.

Bo to nie jest sport. Nie musimy zdobywać medali, sami musimy być usatysfakcjonowani tym, co robimy i jeżeli przy okazji docenią to inni, to mamy sytuację optymalną. Sami wiemy, jakim poświęceniem jest to wszystko okupione i naprawdę nie raz i nie dwa mogliśmy powiedzieć sobie ‘dość’, jednak za bardzo kochamy to, co robimy.

Fot. Natalia Kempin

Ale nie oszukujmy się, bazujecie na kontrowersji.

Odkąd pamiętam, ta muzyka zawsze bazowała na kontrowersji. Te opinie „Jacy to oni są kontrowersyjni”… Proszę cię. Ta muzyka zawsze była synonimem buntu. To jest natura tej sztuki. Zobacz, jaki entourage miał Venom na początku lat 80 czy też Bathory lub Slayer. To robiło w tym czasie takie samo wrażenie, a nie mieliśmy Internetu i nie było to tak rozpowszechnione, chociaż Venom grał w salach na kilkanaście tysięcy osób. Kontrowersja? Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że jest to kontynuacja pewnego rodzaju założeń. A może to ludzka mentalność nie dojrzała do tego, żeby zrozumieć tego rodzaju sztukę i zespoły.

Nie oczekujecie akceptacji. To by was zabiło.

Nie oczekujemy. Najgorsze, co może się przytrafić artyście, to akceptacja ze wszystkich stron, bo tak naprawdę ilość hejtu wzrasta proporcjonalnie z ilością fanów. Może ci się wydawać, że ten hejt jest coraz większy. Tyle, że jednocześnie…

…jednocześnie wyprzedajecie coraz większe hale.

Sam widzisz. Dlatego te głosy to ostatnia rzecz, jaką bym się przejmował.

Tym bardziej, że to często głosy osób, które was nie znają…

W Polsce. Pamiętaj o tym, że mówimy o Polsce, gdzie gramy 10 koncertów w przeciągu 2-3 lat. Większość czasu spędzamy za granicą, gdzie koncertujemy. Polska nie jest dla nas wielkim terytorium i tymi 10 koncertami jesteśmy w stanie zaspokoić zapotrzebowanie na naszą muzykę. To jest wciąż niszowa sytuacja i biorąc pod uwagę ilość dużych miast w Polsce uważam, że ilość tych koncertów jest wystarczająca.

Bo w międzyczasie gracie ze Slayerem.

Na przykład. Dla 10-20 tysięcy ludzi, codziennie przez – powiedzmy – dwa miesiące i tu nie ma żadnego przełożenia, więc jeżeli ktoś miałby się tym przejmować, to by zwariował. Nie jestem zwolennikiem gadania i pieprzenia głupot, wolę działać i na tym się skupić.

Każdy z was jest odporny na takie opinie, mimo, że jesteście dość różni.

Nie mogę mówić za chłopaków, ale wiem, że niektórych to dodatkowo nakręca. Rozumiem to. Każdy z nas jest inny, dość mocno się różnimy. Łączy nas determinacja i miłość do tej muzyki. Kiedy się spotykamy, wytwarzamy wielką chemię i póki się spotykamy, i to się dzieje, nie widzę powodów do narzekań.

Łatwo ci mówić, bo dobrze zarabiacie.

Tak? Tylko przez ostatnie 20 lat inwestowaliśmy w to, żeby być tu, gdzie jesteśmy. Nie wkładaliśmy pieniędzy do kieszeni, tylko inwestowaliśmy w zespół. Tyle! Zagraliśmy całą masę tras, jeżdżąc vanem, który sami prowadziliśmy, nie mając kierowcy, techniki, czasami też hoteli przez np. dwa tygodnie, ale tego nikt nie widzi i nie wie, bo po co komu ta wiedza? Nie potrzebuję się z nikim tym dzielić, ponieważ wiem, co przeszliśmy, by osiągnąć punkt, w którym się teraz znajdujemy. Wypakunek przyczepy w mrozie minus 30 stopni, gdy schodzisz prosto ze sceny, cały mokry, gdzieś w dalekiej Kanadzie, potrafi zahartować jak mało co. Musisz dojechać 500 mil do następnego miasta, a tam znowu masz do dyspozycji tylko „sink shower”, bo dziury zapadłe, gdzie oczywiście prysznica nie uświadczysz, tylko umywalka z zimną wodą.

Ludzie za to widzą Nergala celebrytę i ciebie, nieprzyjaznego mruka, niechętnego do interakcji z ludźmi.

I co byś chciał, żebym odpowiedział? Powiem ci tak, ogólnie sama rasa ludzka nie zasługuje na wielki szacunek i choćby za same działania destrukcyjne wobec miejsca, w którym żyje, darzę ją pogardą. Oczywiście jest mnóstwo wartościowych jednostek, ale niestety, gdy mam wybór iść na koncert albo pójść do lasu, to pójdę do lasu. Lubię rozmawiać z ludźmi, inaczej byśmy tu nie siedzieli, jednak nie zawsze mam na to ochotę i rozumiem osoby, które mają podobne podejście. Szanuję to, że każdy jest autonomiczną jednostką, ma inną naturę, potrzeby czy przyzwyczajenia.

Fot. Natalia Kempin

Bez fanów was nie ma, to prawda?

Prawda.

A ty masz dość pogardliwy stosunek do fanów.

Pomyliłeś brak sztuczności z pogardą. Nie możesz mi wkładać w usta rzeczy, których nie powiedziałem. To, co robimy i fani, którzy są odbiorcami tej muzyki, po części też współdzielą nasze emocje. Dla mnie to jest ważne. Rozumieją, w jaki sposób my postrzegamy świat. Nie mogę też oceniać ludzi w sytuacji, kiedy ich nie znam, bo dana osoba może powierzchownie wydawać się kimś innym niż jest w rzeczywistości. To śliski temat i należałoby być ostrożnym. Jedni mogą się otworzyć po jakimś czasie, a inni do końca być zamknięci i „niech spłonie świat” bez względu na wszystko. Inni znów mogą być fałszywie uśmiechnięci do wszystkich, co jest dla mnie postawą… raczej słabą… Nie ma za tym żadnej wielkiej filozofii, wystarczy trochę oleju w głowie.

Nie uważasz, że sytuacja w Polsce wam teraz sprzyja, jeżeli chodzi o zamieszanie wokół kleru?

Nie, tak naprawdę niewiele się w tej materii zmieniło. Mówisz w kontekście politycznym? Trzymam się z dala od polityki! Staram się nie oglądać wiadomości. Uważam to za marnotrawienie czasu i energii. Raz, że nie masz na to wpływu. Dwa, możesz spożytkować tę energię na zrobienie czegoś produktywnego. Trzy, oszczędzasz swoje zdrowie psychiczne. Od 20 lat robimy to samo i tak naprawdę niewiele się w tej materii zmieniło. Każdy zdrowo myślący człowiek widzi, „jaki koń jest”. Trzeba być durniem, żeby nie zauważać pewnych rzeczy i jeżeli ktoś brnie w coś takiego to gratuluję, ale dla mnie jest to nie do pomyślenia.

Stoisz w opozycji do instytucji czy samej idei wiary, jakiejkolwiek religii.

Masowa hipnoza jest jedną z gorszych rzeczy, jaka mogła przytrafić się ludzkości i wszelkie formy instytucji religijnych bazują na ludzkiej krzywdzie i wykorzystują słabość jednostki. Sam ten fakt jest już wystarczająco haniebny i godny potępienia.

Dobrze, że o tym jasno i otwarcie mówisz.

Zostałem teraz o to zapytany, ale szczerze mówiąc, nie czuję potrzeby dzielenia się swoimi poglądami. Nie jestem wielkim zwolennikiem wywiadów, jak dobrze wiesz. Zamiast gadać tutaj wolałbym pójść z tobą napić się piwa. Też pewnie wolałbyś pojechać w Bieszczady (śmiech). Siedzimy jednak w naszej „szczurowni” (sala prób zespołu, gdzie odbył się wywiad). I co, spodziewałeś się salonów? Spokojnie, to wciąż black metal (śmiech).

Fot. Rafał Kotylak

Za każdym razem wiele podobnych wątków przewija się na wasz temat, ale pozostają one gdzieś niedopowiedziane, chociażby zarzut, że Nergalowi łatwo tworzyć w opozycji do tej właśnie religii, a nie tych mniej delikatnych w przekazie.

Jest to religia, w której się wychował, to przede wszystkim. Ale wiesz, dlaczego takie właśnie pytania padają? Ponieważ wcześniej nie było problemu z fundamentalizmem islamskim w Europie. Nie był tu odczuwalny w żaden sposób, a kiedy zaczął już być to oczy skierowano w tę właśnie stronę, a cały syf, jaki robił Kościół został zapomniany lub wybielony. Mamy teraz lepszego, bardziej widocznego wroga, z którym przecież nie mieliśmy do czynienia przez setki lat. Sam black metal jest antychrześcijański z założenia, z kolei Europa jest ostoją chrześcijaństwa. Ludzie niemający styczności na co dzień z tą muzyką, mają prawo o tym nie wiedzieć.

Tak, jakby wymagano od was, byście byli orężem w walce z islamem…

W jakiś sposób też jesteśmy, bo wszelkie formy religii są dla nas nie do zaakceptowania, ale wychowywaliśmy się tu! Gdzie ta właśnie indoktrynacja była najsilniejsza, a nie w Kuwejcie czy Arabii Saudyjskiej. Trzeba by zapytać o to tamte zespoły.

Których nie ma…

Są. Są, ale mają bardzo ciężko. Powiedz, jak było u nas w latach 80? Komuniści nie byli poplecznikami Kościoła, a mimo wszystko kapele miały mocno pod górę z każdej strony. Myślę, że Romek Kostrzewski (Kat) opowiedziałby na ten temat więcej, bo jest z tamtego pokolenia. Żadna władza o zapędach autorytarnych nie będzie miała po drodze z niezależnymi zespołami, ludźmi, artystami, którzy mogą mieć wpływ na większą grupę ludzi. I to jest najbardziej tchórzliwa postawa, gdyż ingerowanie w niezależną sztukę jest bardzo niskie. Jak słaba musi być wiara tych ludzi, skoro taki Nergal jest w stanie ich zaboleć?

Czy liberalizacja obyczajów, jaka następuje na Zachodzie nie daje wam większej pewności i przyzwolenia na to, co robicie?

Zacznijmy od tego, że to jest nasz kraj. Tu się urodziliśmy. Bardzo ciężko jest znaleźć zespoły, które imię tego kraju wypromowały na świecie tak, jak zespół Behemoth. Nigdy się nie wstydziliśmy i nie kryliśmy, skąd jesteśmy. Koncerty zaczynamy często od słów, że „jesteśmy Behemoth z Polski”. A co do tej liberalizacji to myślę, że jest wręcz przeciwnie. Im większy opór, tym większa złość. Rozumiesz? Jeżeli spotykamy się z większym oporem do naszych działań, tym bardziej nas to motywuje i tym samym napędza. To napędza wszystko, jest tym buntem, który jest pierwotną siłą tej muzyki. Nie są to, co prawda, ocet i musztarda na półkach w sklepie lub inne rzeczy, które nas dociskały za komuny, a jednak potrafią na tyle uprzykrzyć życie, że powodują u nas jeszcze większe wkurwienie.

Wygląda to dość mrocznie, ale wiem, że jest szerszy obraz twojej osoby.

W prywatę nie uda ci się ze mną uderzyć.

Domyślam się, wystarczy, żebyś powiedział mi tylko jedną rzecz, która pewnie dużo wyjaśni, a może kogoś nawet zaskoczy. Po prostu – czym jest dla ciebie rodzina?

Jest wszystkim, rodzina to dla mnie świętość. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, przychodzą z czasem i też nie zawsze. Nie mamy do końca wpływu na to, jak potoczy się nasze życie, a jeśli już potoczy się po naszej myśli, to należy to docenić, szanować i pielęgnować. Pytanie o znaczenie rodziny jest dla mnie pytaniem retorycznym.

Fot. Rafał Kotylak

Byliście z zespołem w wakacje w trasie z…

Slayer, Testament, Lamb Of God i Anthrax.

Czyli Bostaph, Hoglan, Adler i Benante, poważni panowie.

Bardzo. Będąc dzieciakiem miałem ich plakaty na ścianach, tak więc tego typu trasa była dla mnie swoistym spełnieniem marzeń. To są strasznie fajni goście, wyluzowani i bez żadnych oznak gwiazdorki. Naprawdę świetna atmosfera panowała na tej trasie, co mnie miło zaskoczyło. Mogłoby się wydawać, że takie zespoły po zagraniu w życiu większej ilości sztuk niż my, nabierają dystansu do wszystkiego, co ich otacza, a tu jednak była widoczna wielka pasja. Oni wciąż tym żyją, wszyscy! Może Lamb Of God jest młodszym zespołem i nie znam za bardzo ich twórczości, ale State Of Euphoria (Anthrax) była pierwszą metalową płytą, jaką w życiu usłyszałem. Dlatego fakt współdzielenia sceny był dla nas wielką rzeczą.

Widać było w relacjach dużą sympatię, jaką obdarzył was Slayer.

Może dlatego, że to była już druga trasa z nimi. Wcześniejszej nie byłem w stanie zagrać, a w zasadzie nie mogłem, bo rodził mi się w tym czasie drugi syn. Znali nas jako zespół i chyba dlatego tak to teraz wyglądało. Byliśmy też dla nich muzycznie i scenicznie jakimś nowym zjawiskiem, bo – umówmy się – Anthrax i Testament to zespoły, które zaczynały w podobnym czasie, co Slayer. Takich tras zagrali ze sobą prawdopodobnie co najmniej kilkanaście, więc w momencie, gdy wpadaliśmy tam jako barbarzyńcy z Polski głodni wojny, to mogliśmy faktycznie wyglądać w ich oczach dość specyficznie.

Nie jest tajemnicą, że miewasz przerażającą tremę.

Spójrz, jakie to zrządzenie losu. Cała trasa ze Slayer okazała się tą, na której miałem najmniej tremy w całym swoim życiu. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Szukam wytłumaczenia i nie mogę go znaleźć, wchodziłem jak do siebie do domu w butach. Być może przejąłem się tym tak bardzo, że samoistnie zablokowały się jakieś obszary w mózgu, odpowiadające ze stres.

Ale wciąż wolisz grać niż pojawiać się w spotkaniach promocyjnych.

Wiesz, ten stres wynika po części ze względów bardziej mizantropijnych. Tak, jak ci mówiłem, to są nasi fani i z wielką chęcią spojrzę w ich twarze. Chciałbym zobaczyć ich wzrok po tym, jak odbiorą naszą muzykę, teksty i spojrzenie na świat. Moim zdaniem jest to interesujące, lecz nie zmienia to faktu, że nie mam parcia na szkło i nie odczuwam żadnej potrzeby bycia osobą medialną czy rozpoznawalną. Wolę docierać do ludzi poprzez muzykę.

Teraz, jak rozmawiamy, nie słuchałeś jeszcze najnowszej płyty zespołu od momentu miksów.

Minęły trzy miesiące, a w tym czasie zagraliśmy masę festiwali, więc nie było kiedy na spokojnie usiąść i odsłuchać całość. Czekam, aż ta płyta wyjdzie, aż powącham książeczkę i przeczytam teksty równolegle z muzyką, bo słuchanie muzyki z komputera i czytanie z ekranu jest słabym substytutem. Wolałbym tego tak nie robić. Płytę zdążyłem dobrze poznać na etapie miksów.

Byliśmy w studio i jeden z naszych wniosków był taki, że nie przemęczałeś się podczas nagrań, ale jednocześnie nie oznacza to, że nie włożyłeś w sesję wysiłku.

Jeżeli znasz swój organizm i wiesz, jak reaguje, to wiesz, kiedy zrobić sobie przerwę, wiesz, w jaki sposób zachować siły na następny dzień, a jak wiemy – każdy kolejny jest trudniejszy od poprzedniego. Generalnie chodzi o to, aby nie wystrzelać od razu całej amunicji, bo inaczej przegrasz. Musi być czas na sen, na odpoczynek, na regenerację, na relaks, czyli możesz pozwolić sobie na dwie kolejki czy dwa piwa przed snem, sauna i tyle. Jeżeli możesz to zrobić, a nie zawsze jest taka możliwość to dlaczego nie? Mając 20 lat nie odczuwasz tak bardzo zmęczenia, jednak mając 40 lat jest już troszkę gorzej, a muzyka i jej ekstremalna forma nie uległy zmianie. Może nawet zintensyfikowała się z racji nieustannie podnoszonej poprzeczki. Należy zadbać o swoją formę psychiczną, fizyczną i samopoczucie.

Podszedłeś odważnie do tej sesji w kwestii brzmienia, bardzo organicznie, otwarte centrale.

Oczywiście, zadziałało. Centralki są głośniejsze, co słychać na płycie. Przede wszystkim chciałem to zrobić już na ostatniej płycie, ale nie nagrywałem jej na swoim zestawie, nie znałem go dobrze, nie znałem jego reakcji. W tym przypadku miałem sporo czasu, żeby poznać bębny i po sesji miałem możliwość zamówienia drugiego zestawu. Bez wahania zamówiłem taki sam set, czyli PEARL Masterworks, drewno, rozmiary, nawet kolor.

Fot. Tomasz Łączyński

Tym samym biorąc wszystko pod uwagę cała sesja przeszła płynnie, co zresztą słychać na płycie.

To nie mnie oceniać, ale powiem ci, że wielką przyjemność czerpałem podczas tej sesji, ogromną. Mając możliwość nagrywania w takim pomieszczeniu z takimi ludźmi, trudno by było męczyć się. Muszę tu wymienić Daniela Bergstranda, z którym pracowałem już po raz drugi podczas nagrania, (wcześniej miksował naszą płytę Evangelion) oraz Haldora Grunberga, który ma wielki talent i świetnie czuje intencje zespołu. Wróżę z fusów, że stanie się on niebawem mocno rozchwytywanym producentem.

Grałeś do metronomu z pamięci? Wyrytą formę?

W większości przypadków tak było. Przede wszystkim odbyliśmy przed sesją dwie bardzo długie serie prób, kilkumiesięczne. Nie wyobrażam sobie tworzenia materiału na kolanie czy w studio. Totalna orka od 12 do 17, poniedziałek- piątek. Tyle, że na samych próbach się nie kończyło, lecz doszły do tego nagrania i zgrywki, które Orion wysyłał do każdego z nas, by móc przeanalizować to, co wcześniej nagraliśmy. Działo się to na zasadzie wymiany uwag i do momentu, do którego nie mieliśmy pewności, że to jest to, nie pozwalaliśmy kawałkowi zaistnieć. Jeżeli utknęliśmy w jakimś punkcie, zaczynaliśmy kolejny utwór, a do pozostawionego wracaliśmy już z dystansem. Musiał zwyczajnie sobie poleżeć i odczekać na własną kolej. Z żadnej płyty nie byłem tak zadowolony, jak z tej, ponieważ po raz kolejny czuję, że całość powstała w oparciu o pracę kolektywną, co mam nadzieję słychać na tej płycie.

Jak duży masz wpływ na tworzenie partii bębnów na tej płycie?

Jeżeli chodzi o bębny to w większości sam je układam. Staram się forsować swoje rozwiązania i ten system działa u nas od lat. Znamy się na tyle dobrze, że wiemy, jakie rzeczy lubimy w muzyce. Nasze gusta muzyczne bardzo często się pokrywają. Jestem więc w stanie przewidzieć, co się spodoba reszcie i co będą w stanie zaakceptować. Bardzo często proponuję rozwiązania radykalne, które spotykają się z coraz większą akceptacją, czyli wręcz prymitywne w swojej formie. Czasami mniej znaczy więcej i na szczęście nie musimy się z nikim ścigać.

Tylko, że ta płyta zaskakuje środkami wyrazu, jakie wykorzystujesz.

I dobrze. Zawsze starałem się to zrobić, ale nie było takiej okazji, bo riffy nie nadawały na tej fali. Marzyłem o jednostajnym transującym rytmie. Weźmy na przykład na tapetę polską scenę nowofalową, na której też się wychowywałem, znam ją więc w miarę dobrze. Zauważyłem teraz, że mogę przemycić więcej rzeczy. Dobrym porównaniem będzie Killing Joke, gdzie mamy masę klimatu i rytmów, które powodują, że całość jest jednocześnie mroczna i niepokojąca, mimo, że z łagodniejszym brzmieniem. Znajduję więc w naszej muzyce punkty wspólne, gdzie mogę te inspiracje przemycić. Jeżeli chodzi o groove’y inspiruję się wielce Johnem Bonhamem, gdzie groove jest mocny, jasno określony bez cyrkowania, prosto w ryj. Takie rzeczy, by je wstawić, wymagają odpowiednich riffów.

Fot. Rafał Kotylak

Jak wygląda u was rygor precyzyjności gry?

Narzucam sobie duży rygor i najczęściej też ode mnie wychodzi propozycja powtórzenia nagrania w studio. Jestem na tyle wobec siebie krytyczny i rygorystyczny, że nie przepuszczę żadnego „babola”. Akcje typu równanie nie wchodzą w grę. Byłem w Szwecji w studio u Daniela na tzw. edycji. Nie dotykaliśmy niczego, bo nie było takiej potrzeby, po prostu poszliśmy do knajpy się napić. Wolę spędzić więcej czasu w studio i wiedzieć, że sam to nagrałem najlepiej, jak potrafiłem niż później to edytować „do siatki” i oszukiwać ludzi.

Czy podczas tej sesji najbardziej nużącym momentem było nagrywanie na sam koniec próbek bębnów?

To było straszne. A najstraszniejsze było to, że zrobiliśmy to po nic. Nie było potrzeby użycia tych próbek. Robi się je w razie, gdy coś się wysypie przy zgrywaniu, coś się przesunie, coś trzeba będzie zamienić. Po przyjeździe Daniel włączył mi całość materiału i zapytał, co robimy, a ja na to, że nic, tylko, żeby dodać do werbla nieco więcej sprężyn i… „otwieraj butelkę”, a butelkę miał zacną (śmiech). To była whisky, po której włosy mi na rękach stawały. Spędziliśmy miło czas, dyskutując na masę ciekawych tematów.

Ostatnio na festiwalu Brutal Assault zagrałeś dwa koncerty jednego dnia, z Azarath i Behemoth. To nie jest lekkie granie, ciężko było.

Chyba ostatecznie wolę 90 minut z Behemoth niż 40 minut z Azarath. Ciężko było dnia następnego, bo jednak adrenalina zrobiła swoje, a na drugi dzień byłem cały zesztywniały. Po tylu latach te wszystkie mięśnie są nadwyrężone i nienaturalnie nadużywane. Potrzebują elastyczności i sprężystości. Grając dwa koncerty z takim materiałem, szalenie trudnym jest utrzymanie normalnej mobilności mięśni. Nawet, jeśli gram długą dwumiesięczną trasę i mam przerwy po 6-7 koncertach, to naprawdę mogę się w tym czasie nieźle zregenerować i odpocząć.

Jesteś bębniarzem, który efektywnie podchodzi do kolejnych wyzwań.

Traktuję ten instrument jako narzędzie do tworzenia, tak samo jak gitarę, na której staram się grać w wolnych chwilach. Świat dźwięku nie jest mi obcy, podobnie jak świat rytmu, powiedziałbym, że obecnie ten pierwszy jest dla mnie bardziej inspirujący. Staram się być w jak najlepszej formie przed każdą sesją czy trasą.

Nie jesteś typem, który ćwiczy grę dla samego ćwiczenia.

Traktuję muzykę bardzo emocjonalnie i nie sprawiałoby mi to przyjemności. Utrzymać formę można na różne sposoby i na różne sposoby można też przygotować się do sesji i trasy. Serie prób są moim zdaniem jednym z tych najlepszych. Warsztat jest ważny i nie trzeba nawet o tym mówić. Dobrze jest moim zdaniem znaleźć balans między warsztatem a znamionami sztuki. Stukanie dzień w dzień tego samego może zabijać w tobie ducha. Uważam, że bez sensu byłoby siedzenie tu w „szczurowni” po dwumiesięcznej trasie, gdzie jestem kompletnie zniszczony. Tak samo traktuję gitarę. Uważam, że perkusja i gitara, bo na tych instrumentach się skupiam, są po to, żeby przekazać swoje emocje, to, co we mnie siedzi. Granie dla samego grania niekoniecznie, nie idźmy tą drogą.

Fot. Rafał Kotylak

Jako regularny czytelnik Perkusisty…

Chcąc nie chcąc (śmiech).

Nie uważasz, że niektórzy za poważnie podchodzą do tego instrumentu?

Nie. Każdy ma inne potrzeby, każdy czuje inaczej, każdy inaczej się spełnia. Nie mogę tu narzucać komukolwiek swojego punktu widzenia. Nie mam takiego prawa. Każdy rozwija się w innym kierunku, nigdy nie pretendowałem do tego, żeby być nie wiadomo jakim perkusistą. Bycie bębniarzem jako częścią zespołu nie jest łatwe i tego nie nauczysz się w szkole. Te rzeczy zdobędziesz wyłącznie dzięki doświadczeniu. W zespole możesz schować swoje ego do kieszeni, chociaż akurat z tym mam najmniej problemów, gdyż od zawsze wolałem pozostawać w cieniu.

Często o to pytam, głównie osoby, tworzące świat muzyki rockowej. Czy my aby nie dochodzimy do krawędzi istnienia takiego grania?

Nie, nie wydaje mi się. Jest to mocno przesadzone i pesymistyczne założenie. Powiem ci tak, jeżdżąc samochodem słucham radia, gdzie grają np. przedwojenne tanga warszawskie. To mnie kręci ostatnio. Od tego czasu minęło sto lat. Myślę, że jak za 100 lat ktoś puści Slayer i będzie go to kręcić, to będzie ok. My tego nie widzimy, jednak młodzież odkrywa stare zespoły, gdzie myśmy nie mieli takiej możliwości. Kopią i odkrywają na nowo. Szukają inspiracji 30-40 lat wcześniej. W jaki sposób odkrywałeś, jak Lombardo zagrał przejście? Cofałeś kasetę po 100 tysięcy razy i musiałeś ze słuchu dowiedzieć się, jak zagrał. To była nasza nauka. Przełożyłbym to teraz na młode pokolenie. Widzę to na przykładzie takich ludzi jak Jon Rice, czyli człowiek, który mnie zastępował w Stanach. Ma świetne korzenie, słucha takich rzeczy, że nie wpadłbym na to, mimo, że jest 15 lat młodszy. Grzebie w największej smole, bo chce wiedzieć, skąd to wszystko się wzięło. Nie musimy się obawiać, że to zaniknie, bo zawsze znajdą się tacy, którzy sięgną po gałęzie przeszłości.

Gdzie jesteś teraz?

Jestem w Warszawie, w naszej sali prób, wyczekuję sesji przygotowawczej do pierwszej trasy zespołu po wydaniu nowej płyty. Będzie to tym razem trasa po Stanach. Nie mogę się jej doczekać. Myślę, że jestem w dobrej formie fizycznej i psychicznej, a będę w jeszcze lepszej. Jestem gotowy na to, co nas czeka, a będzie tego bardzo dużo. Lubię ten moment.

Kolejny raz powiem, że łatwo ci mówić, skoro masz takie wsparcie, chociażby w rodzinie.

Łatwo ci pytać, nie wiedząc, ilu wyrzeczeń to wymaga.

Tym samym zakończyliśmy oficjalną część rozmowy, którą bez słowa przypieczętowaliśmy tradycyjnym brzdęknięciem dwóch czarek, wypełnionych 17-letnim trunkiem.

Fot. Natalia Kempin

Materiał przygotował: Maciej Nowak
Zdjęcia: Rafał Kotylak, Natalia Kempin, Tomasz Łączyński