stdClass Object
(
    [id] => 4194
    [categories_id] => 2002
    [categories_type_id] => 1511
    [catalog_firm_id] => 1247
    [ulubionykiosk_id] => 3281
    [users_last_edit_id] => 770
    [assets_id] => 
    [name] => Meinl MYO-CAJ
    [alias] => meinl-myo-caj
    [introtext] => 

Czy ktoś, kto miał zawsze dwóję z przedmiotu ZPT w szkole, a jego doświadzenia z pracami stolarskimi mogłyby przypominać bajkę „Sąsiedzi”, której akcja dzieje się w małej stolarni, może spróbować własnoręcznie zbudować cajon Meinla? Tak. Może...

[fulltext] =>

Ciekawość sprawiła, że zainwestowałem 170 zł w opakowanie z deseczkami ze znanym logotypem producenta instrumentów perkusyjnych z Gutenstetten oraz klej do drewna Vikol. – I coś ty, kurna, Andrzejewski najlepszego zrobił... – myślałem wchodząc do swojej pracowni perkusyjnej z nowiutkim, kiepsko brzmiącym, bo nie sklejonym jeszcze cajonem. Chwilę później, już po otworzeniu pudełka, widząc deseczki i cały komplet różnych drewienek, listewek, śrubek, perfekcyjnie ułożony w opakowaniu, myślałem o sobie już tylko gorzej i nie wypada tego cytować... Ale do rzeczy, bo to nie kółko terapeutyczne...

SKLEJAMY CAJON MEINLA

Zestaw Meinl MYO-CAJ (od „Make Your Own Cajon”) składa się wyłącznie z niezbędnych elementów cajona do montażu. Nie ma w nim akcesoriów tj. klej do drewna, ściski stolarskie, wkrętak do mocowania śrub w tapie, papier ścierny do szlifowania etc. To musisz mieć we własnym zakresie. Elementy tj. brzozowe ścianki boczne są wyprofilowane niemalże perfekcyjnie na frezarce, dzięki czemu – jak wspomniałem we wstępie – przeciętnie rozgarnięty przedszkolak jest w stanie poskładać ścianki cajona. Jeśli pomoże mu w tym wyzwaniu rówieśnik, który wpadnie na pomysł rozprowadzenia w rowkach kleju, to mamy połowę sukcesu.

Jako majsterkowy dyletant (czego trochę się wstydzę) nie dysponowałem ściskami stolarskimi, zalecanymi przez producenta w obrazkowej instrukcji, do ściśnięcia korpusu. Miałem za to cztery ciężkie klocki drewna, które załatwiły sprawę. Ścianki korpusu są naprawdę idealnie wyfrezowane, dzięki czemu po złożeniu ich nawet bez kleju bryła cajona trzyma się bardzo stabilnie. Po wyschnięciu Vikolu przyszedł czas na szlifowanie, bo tylna ściana instrumentu z otworem rezonansowym, niestety, odstawała na dobre 4 mm, a ścianki boczne również w swoich rozmiarach nie były idealnie przycięte przez producenta. Trzeba to było zeszlifować. Do tego celu użyłem wiertarki ze specjalną nasadką ścierającą do drewna, bo gdybym miał robić to zalecanym klockiem z papierem ściernym, redaktor naczelny zastrzeliłby mnie za nieoddanie tego tekstu na czas. Chwila roboty wiertarką i krawędzie były gładkie. Oczywiście, nie wspomniałem, że najwięcej radochy z montażu instrumentu zabiera proces schnięcia. Jeśli więc potrzebujecie instrumentu pilnie, polecam klej Mamut, który tego typu powierzchnię złapie błyskawicznie.

Instrument kupiłem z dystansem, licząc się ze stratami, tymczasem po wyschnięciu korpusu z doklejonymi od wewnątrz listewkami, do których należy przymocować tapę, doszedłem do wniosku, że była to świetna inwestycja. Dotychczas określałem siebie mianem dzbana w tego typu pracach, a jest to niezwykle ciekawa, przyjemna działalność.

Ostatni etap pracy rozpoczyna dokręcenie sprężyny werblowej do kawałka drewna, który później – wraz z przymocowaną sprężynką – trzeba przylepić do górnej listewki. I znów schnięcie. Po tym etapie przystąpiłem do montażu tapy. Producent w instrukcji wskazuje, w których miejscach należy wkręcić śruby. Osobiście zalecam przykleić dolną – basową część tapy do korpusu i dokręcić śrubkami, lecz wcześniej – sugeruję bardzo cienkim wiertłem nawiercić w zaznaczonych miejscach otwory na śruby.

Gdy już ten etap montażu cajona będziemy mieli zamknięty, trzeba będzie zeszlifować krawędzie tapy, bo ta, podobnie jak pozostałe ścianki instrumentu, okazała się mocno niewymiarowa. I tu, z tapą, trzeba bardzo ostrożnie. Doklejony do niej fornir, nieumiejętnie szlifowany – nie pod kątem – jest podatny na odpryski, o czym osobiście się przekonałem. Na szczęście producent przewidział, że z tym produktem zmierzą się tacy mistrzowie stolarki, jak ja, i dał około 3 mm krawędzi do zdjęcia z każdej ze stron. Jest na czym ćwiczyć. I chyba o to w tym produkcie chodzi najbardziej… Z racji tego, że drewienko, z którego budujemy instrument, jest surowe, po oszlifowaniu go może zostać wykończone według własnego gustu np. olejem, lakierem, woskiem czy farbą.

PODSUMOWANIE

Świetna zabawa, pozwalająca oderwać się od rzeczywistości i zająć „czymś innym”. Choć krawędzie cajona są ze sobą łączone na klej, a nie gwoździkami, jak to mają w zwyczaju hiszpańscy wytwórcy tych instrumentów (sposób łączenia np. w cajonach z rodziny Meinl Artisan), nie miałem oporów na nim siadać. To solidny instrument, lekki i wyglądający zawodowo. W dodatku brzozowe drewno daje ciepłe, głębokie brzmienie basu i sprężynka także znośnie oddaje dźwięk snar.

Oczywiście, nie można równać go z instrumentami wytwarzanymi ręcznie przez specjalizujących się w tej dziedzinie producentów cajonów – choćby z krajowego podwórka. Ani ze skrzynkami strunowymi. Ale można na nim fajnie grać, mieć dużo radości z muzykowania, a najwięcej ze składania.

Tekst i zdjęcia: Wojtek Andrzejewski

[price] => 0.00 [price_old] => [meta_title] => [meta_description] => [meta_data] => [published] => 1 [date_modified] => 2019-11-19 07:17:11 [date_created] => 2019-10-17 13:56:36 [date_publish] => 2019-11-19 06:56:36 [date_publish_down] => 0000-00-00 00:00:00 [hits] => 0 [checked_out] => 0 [checked_out_time] => 0000-00-00 00:00:00 [ceneo_phrase] => [firm_name] => MEINL [firmId] => 1247 [firmAlias] => meinl [firmWww] => [categoryTitle] => Perkusjonalia [link] => /sprzet/testy-sprzetu/perkusjonalia/4194-meinl-myo-caj [linkCategory] => /sprzet/testy-sprzetu/perkusjonalia )

Meinl MYO-CAJ

Dodano: 19.11.2019
Rodzaj sprzętu: Perkusjonalia
Dostarczył: MEINL
Wojtek Andrzejewski

Czy ktoś, kto miał zawsze dwóję z przedmiotu ZPT w szkole, a jego doświadzenia z pracami stolarskimi mogłyby przypominać bajkę „Sąsiedzi”, której akcja dzieje się w małej stolarni, może spróbować własnoręcznie zbudować cajon Meinla? Tak. Może...

Ciekawość sprawiła, że zainwestowałem 170 zł w opakowanie z deseczkami ze znanym logotypem producenta instrumentów perkusyjnych z Gutenstetten oraz klej do drewna Vikol. – I coś ty, kurna, Andrzejewski najlepszego zrobił... – myślałem wchodząc do swojej pracowni perkusyjnej z nowiutkim, kiepsko brzmiącym, bo nie sklejonym jeszcze cajonem. Chwilę później, już po otworzeniu pudełka, widząc deseczki i cały komplet różnych drewienek, listewek, śrubek, perfekcyjnie ułożony w opakowaniu, myślałem o sobie już tylko gorzej i nie wypada tego cytować... Ale do rzeczy, bo to nie kółko terapeutyczne...

SKLEJAMY CAJON MEINLA

Zestaw Meinl MYO-CAJ (od „Make Your Own Cajon”) składa się wyłącznie z niezbędnych elementów cajona do montażu. Nie ma w nim akcesoriów tj. klej do drewna, ściski stolarskie, wkrętak do mocowania śrub w tapie, papier ścierny do szlifowania etc. To musisz mieć we własnym zakresie. Elementy tj. brzozowe ścianki boczne są wyprofilowane niemalże perfekcyjnie na frezarce, dzięki czemu – jak wspomniałem we wstępie – przeciętnie rozgarnięty przedszkolak jest w stanie poskładać ścianki cajona. Jeśli pomoże mu w tym wyzwaniu rówieśnik, który wpadnie na pomysł rozprowadzenia w rowkach kleju, to mamy połowę sukcesu.

Jako majsterkowy dyletant (czego trochę się wstydzę) nie dysponowałem ściskami stolarskimi, zalecanymi przez producenta w obrazkowej instrukcji, do ściśnięcia korpusu. Miałem za to cztery ciężkie klocki drewna, które załatwiły sprawę. Ścianki korpusu są naprawdę idealnie wyfrezowane, dzięki czemu po złożeniu ich nawet bez kleju bryła cajona trzyma się bardzo stabilnie. Po wyschnięciu Vikolu przyszedł czas na szlifowanie, bo tylna ściana instrumentu z otworem rezonansowym, niestety, odstawała na dobre 4 mm, a ścianki boczne również w swoich rozmiarach nie były idealnie przycięte przez producenta. Trzeba to było zeszlifować. Do tego celu użyłem wiertarki ze specjalną nasadką ścierającą do drewna, bo gdybym miał robić to zalecanym klockiem z papierem ściernym, redaktor naczelny zastrzeliłby mnie za nieoddanie tego tekstu na czas. Chwila roboty wiertarką i krawędzie były gładkie. Oczywiście, nie wspomniałem, że najwięcej radochy z montażu instrumentu zabiera proces schnięcia. Jeśli więc potrzebujecie instrumentu pilnie, polecam klej Mamut, który tego typu powierzchnię złapie błyskawicznie.

Instrument kupiłem z dystansem, licząc się ze stratami, tymczasem po wyschnięciu korpusu z doklejonymi od wewnątrz listewkami, do których należy przymocować tapę, doszedłem do wniosku, że była to świetna inwestycja. Dotychczas określałem siebie mianem dzbana w tego typu pracach, a jest to niezwykle ciekawa, przyjemna działalność.

Ostatni etap pracy rozpoczyna dokręcenie sprężyny werblowej do kawałka drewna, który później – wraz z przymocowaną sprężynką – trzeba przylepić do górnej listewki. I znów schnięcie. Po tym etapie przystąpiłem do montażu tapy. Producent w instrukcji wskazuje, w których miejscach należy wkręcić śruby. Osobiście zalecam przykleić dolną – basową część tapy do korpusu i dokręcić śrubkami, lecz wcześniej – sugeruję bardzo cienkim wiertłem nawiercić w zaznaczonych miejscach otwory na śruby.

Gdy już ten etap montażu cajona będziemy mieli zamknięty, trzeba będzie zeszlifować krawędzie tapy, bo ta, podobnie jak pozostałe ścianki instrumentu, okazała się mocno niewymiarowa. I tu, z tapą, trzeba bardzo ostrożnie. Doklejony do niej fornir, nieumiejętnie szlifowany – nie pod kątem – jest podatny na odpryski, o czym osobiście się przekonałem. Na szczęście producent przewidział, że z tym produktem zmierzą się tacy mistrzowie stolarki, jak ja, i dał około 3 mm krawędzi do zdjęcia z każdej ze stron. Jest na czym ćwiczyć. I chyba o to w tym produkcie chodzi najbardziej… Z racji tego, że drewienko, z którego budujemy instrument, jest surowe, po oszlifowaniu go może zostać wykończone według własnego gustu np. olejem, lakierem, woskiem czy farbą.

PODSUMOWANIE

Świetna zabawa, pozwalająca oderwać się od rzeczywistości i zająć „czymś innym”. Choć krawędzie cajona są ze sobą łączone na klej, a nie gwoździkami, jak to mają w zwyczaju hiszpańscy wytwórcy tych instrumentów (sposób łączenia np. w cajonach z rodziny Meinl Artisan), nie miałem oporów na nim siadać. To solidny instrument, lekki i wyglądający zawodowo. W dodatku brzozowe drewno daje ciepłe, głębokie brzmienie basu i sprężynka także znośnie oddaje dźwięk snar.

Oczywiście, nie można równać go z instrumentami wytwarzanymi ręcznie przez specjalizujących się w tej dziedzinie producentów cajonów – choćby z krajowego podwórka. Ani ze skrzynkami strunowymi. Ale można na nim fajnie grać, mieć dużo radości z muzykowania, a najwięcej ze składania.

Tekst i zdjęcia: Wojtek Andrzejewski