100 polskich płyt (100-51)

Dodano: 15.10.2019

Prezentujemy drugą pięćdziesiątkę naszego rankingu najważniejszych polskich płyt, opracowanego pod kątem perkusji. Oto miejsca 100-51!

Marek Surzyn powiedział kiedyś w naszym wywiadzie: „Kto, oprócz paru bębniarzy, zna solowe płyty Weckla? Ludzi nie interesują wyścigi na werblu. Główny księgowy zauważył, że fakt, że gra Colaiuta u Stinga nie zwiększa sprzedaży płyt Stinga.” Trudno się z tym nie zgodzić, rola perkusisty jest jasna, chociaż nie każdy zdaje sobie z tego do końca sprawę.

Wybór najważniejszych polskich płyt pod kątem perkusji był niezwykle trudny i postanowiliśmy oprzeć go na bazie dwóch podstawowych wytycznych.

PO PIERWSZE – PERKUSJA.

Od razu rzuca się w oczy układ i kolejność płyt. Niemal naturalnie pojawia się w głowie myśl, a gdzie ta czy inna pozycja? Dlatego trzeba mieć świadomość, że nie kierujemy się samą popularnością czy też kultowością danego albumu, ale tym, jaką rolę odegrał na nim bębniarz. Wiadomo, słuchamy jako całość, a nie tylko linię bębnów. Bywa więc tak, że potęga danego albumu, zbudowana w ogólnej świadomości odbiorców, pokrywa się z pracą i rolą perkusisty, jednak nie zawsze. Są płyty, które spowodowały, że za bębnami zasiadły kolejne zastępy zainspirowanych zapaleńców. Czy piękne nagrania Marka Grechuty miały większy wpływ na przyszłych bębniarzy niż jedno przejście perkusyjne w Kombi?

PO DRUGIE – MUZYKA TO NIE JEDEN GATUNEK.

Piękno słuchania muzyki polega na jej różnorodności i indywidualności. Każdy ma ciągoty w którąś stronę stylistyczną i sięga częściej po albumy grane na taką, a nie inną nutę. To samo wśród bębniarzy. Jeden woli grać blasty, inny kocha miotły, inny woli czopsy. Grasz, co chcesz, a to oznacza też, że inspirujemy się różnymi rzeczami. Weźmy taką serię płyt Polish Jazz Polskich Nagrań „Muza”, gdzie perkusiści zmietliby wielu bębniarzy wymienionych na liście, ale czy wszyscy sięgają wyłącznie po te nagrania? Dlatego w ramach naszego podstawowego założenia budowania świadomości wymieniamy kilka najistotniejszych pozycji, ale dajemy też miejsce dla innych ważnych nagrań, zarówno popowych, rockowych czy metalowych muzyków. Proponujemy zatem – nie szukajmy „swoich”, zainteresujmy się nieznanymi! Dlaczego pojawili się na tej liście, co to jest? Może sobie to puszczę?

Przeglądając przygotowane przez nas zestawienie warto mieć na uwadze wymienione powyżej dwa punkty. To one tworzą nasz algorytm doboru płyt, chociaż wiadomo, że każdy miałby listę, składającą się z innych, różnych pozycji. My skupiamy się na wizji ogólnej, ale pamiętamy o tym aspekcie indywidualnym, dlatego pierwsze miejsce jest takim wyborem, a nie innym. Mamy nadzieję, że wszyscy się zgodzą z takim finałem, który po uważnej lekturze całości jest doskonałą konkluzją.

Podczas przeszukiwania płytotek i odsłuchiwania całym zespołem setek nagrań natknęliśmy się na kilka pozycji, które są powiązane z Polską, ale z pewnych względów nie znalazły się na naszej liście. Jakie to były względy? Weźmy słynną płytę „The Drum Battle – Gene Krupa and Buddy Rich at JATP”, czyli prawdziwa esencja gry na bębnach. W parze z Buddym Richem występuje Gene Krupa, którego często wskazywaliśmy na naszych łamach jako polskiego bębniarza z racji obojga polskich rodziców i licznego rodzeństwa o polskich imionach. Nikt jednak tak tego nie interpretował jeszcze 10 lat temu, a co dopiero przez wcześniejsze 50. Ktoś tam wiedział, że Krupa ma polskie korzenie, ale nic poza tym. Zresztą nie znamy żadnych przypadków, by Krupa odnosił się do Polski, więc chyba nie ma co dalej drążyć tutaj tematu. Zwyczajnie byłoby to duże nadużycie, dlatego też na naszej liście 101 Najważniejszych Polskich Perkusistów (wydanie Perkusisty 1/2017) Gene miał miejsce honorowe, symboliczne, jako ciekawostka.

Kolejnym przykładem jest genialny album Krzysztofa Komedy „Astigmatic”, często uznawany za najważniejszy w dziejach polskiego jazzu. Tutaj problem jest bardzo prozaiczny. Na tej płycie nie gra polski perkusista, a nasza lista ma wychwalać rodzimych muzyków. Jest to następna kategoria płyt. W tej grupie znajdzie się także praca Jamesa Stewarta z Vader czy też Krimha w Decapitated, chociaż akurat i tak te płyty nie znalazłyby się w zestawieniu.

Wreszcie trzecia kategoria, która chyba logicznie nie była brana pod uwagę, to płyty nagrywane dla zagranicznych wykonawców. Tutaj od razu przychodzi jako pierwsza do głowy płyta Stan Getz „In Warsaw” (Polskie Nagrania „Muza”), na której w nagraniach z 1960 roku słyszymy mistrza Andrzeja Dąbrowskiego, przed którym składamy wielki pokłon. W zasadzie nie stało nic na przeszkodzie, by wliczyć tę płytę do zestawienia, ale idąc tym tropem przeskakujemy na kolejny biegun stylistyczny i udajemy się do Norwegii, gdzie w Dimmu Borgir łupie niemiłosiernie Darek Brzozowski. Ostatni album zespołu „Eonian” (Nuclear Blast) recenzowaliśmy w czerwcowym numerze. Daray gra już 10 lat w norweskim zespole, a większość fanów z całego świata nie ma pojęcia, skąd pochodzi ich bębniarz. Nie ma sensu zatem mieszać i zwyczajnie artyści zagraniczni, korzystający z polskiej siły, także są poza listą.

Na koniec zostawimy dość oczywistą kategorię płyt, które po prostu zostały w Polsce nagrane, jak np. zespół Toto i „35th Anniversary: Live in Poland” (Eagle). Płyta nagrana w 2013 roku i wydana w 2014. To chyba zrozumiałe.

Z tymi wyjątkami i tak nie było łatwo przekopać polskie archiwum muzyczne i zdajemy sobie sprawę, że są płyty mniej znane, które mają świetne partie bębnów – problem tkwi właśnie w tej popularności. Nie inspirowały tak mocno, jak tutaj wymienione. Poza tym mamy rok 2018 i poziom gry podniósł się bardzo mocno. Pasjonaci gry, którzy mają 14-15 lat potrafią zagrać rzeczy, jakie się nie śniły zawodowcom w latach 70 i 80. Jednak, żeby dojść do tego poziomu, właśnie tamci bębniarze musieli wykonać swoją robotę.

Na koniec powtórzymy raz jeszcze: Nie szukajmy „swoich”, zainteresujmy się nieznanymi!

100
Myslovitz – Sun Machine (Sony 1996)
Perkusja: Wojciech Kuderski

Jeżeli chodzi o zespół Myslovitz teoretycznie powinno się tu dać późniejszą płytę z dyskografii „Miłość w czasach popkultury”, na której znajdują się wielkie hity zespołu, ale patrząc pod kątem warstwy bębnów „Sun machine” jest znacznie ciekawsza, a dobrych piosenek także tu nie brakuje. Była to też płyta, która miała duży wpływ na ukształtowanie i budowanie pozycji zespołu na polskim rynku. Słychać to w jakości brzmienia, a tym samym w realizacji bębnów, które balansują między hałaśliwym a zwiewnym rockiem. Jest to też pierwsza płyta zespołu z nowym wydawcą, jakim jest gigant Sony Music, co przełożyło się na jakość brzmieniową materiału. Odbiła się szerokim echem wśród słuchaczy i krytyków muzycznych, dając pierwsze żelazne pozycje koncertowe. „Miłość…” ma znacznie prostszą linię rytmiczną i jest zdecydowanie mniej krzykliwa. Na „Sun machine” nie ma oczywiście jakichś przesadnych szaleństw za bębnami i całość dostosowana jest pod pracę dla piosenki, jednak jest tu kilka smaczków, a główna linia bębnów niekiedy kreuje cały charakter kompozycji.

Posłuchaj: Blue Velvet, Pierwszy raz (z Michelle J.), Funny Hill
Gatunek: rock alternatywny

99
Lombard – Śmierć dyskotece! (Polskie Nagrania Muza/Koch 1983)
Perkusja: Piotr Chyliński

Płyta trochę zapomniana, mimo, że raczej każdy kojarzy zespół Lombard, przynajmniej z nazwy. Jest to pierwszy album zespołu nagrany w szerokim składzie wokalnym. Jest tu Wanda Kwietniewska i Małgorzata Ostrowska obok Grzegorza Stróżniaka. Zespół nie ma jeszcze ukształtowanego do końca swojego charakterystycznego stylu i na tym albumie mamy więcej klasycznego rockowego grania. Dopiero później pojawią się syntezatory i sekwencery, które są znakiem rozpoznawczym muzyki lat 80 i wpisały się również w charakter Lombardu. Na perkusji na „Śmierć dyskotece!” gra Piotr Chyliński. Album nagrywany na samym początku lat 80 ma typowe dla tego okresu sprasowane brzmieniowo bębny. Brak tu jest oddechu akustycznego instrumentu, nie ma tu dudnienia perkusji, jest za to charakterystyczne wbijanie szpilek, ale jak spojrzymy na to świadomie przez pryzmat czasu ukaże nam się bardzo ciekawa warstwa rytmiczna. Chyliński nie ogranicza się tu do prostego grania w transowym charakterze, jak stanie się na kolejnych płytach zespołu (nagrywanych przez innych perkusistów). Weźmy chociażby taki „Taniec pingwina na szkle”, który rozwija się bardzo ciekawie. Mamy na płycie hałaśliwy rock, shuffle czy też grę disco, interesująca mieszanka, która może być na swój sposób inspirująca.

Posłuchaj: Śmierć dyskotece, Taniec pingwina na szkle
Gatunek: rock, hard rock

98
IRA – Mój dom (Kontakt/Top/Starling/Andromeda 1991)
Perkusja: Wojciech Owczarek

Rok 1991 to szczyt popularności amerykańskiego hard rocka, który z mocno „pudlowego” charakteru przeistoczył się w bardziej charakterną i drapieżną formę, jak np. było to w przypadku Kiss czy Skid Row. Ta stylistyka muzyczna nie cieszyła się jednak wielką popularnością w Polsce i zespołów operujących taką formą było u nas niewiele. Owszem, scena istniała, ale mocno ortodoksyjni fani metalu nie dopuszczali otwarcie zespołów pokroju IRA czy Lessdress. A „Mój Dom” to kawał solidnego hardrockowego grania z nośnymi piosenkami, rytmicznymi, dynamicznymi. Po latach w pewnym okresie płyta budziła lekki uśmiech na twarzy i wiele osób uznawało to za kicz (kilka tekstów nie jest faktycznie najwyższych lotów, ale taki właśnie urok tego typu muzykowania), jednak z biegiem czasu album traktowany jest z większym sentymentem i doceniana jest praca muzyków, a w tym stylu zawsze zwracano uwagę na wysokie umiejętności gitarzystów. Poza tym Artur Gadowski ze swoimi partiami wokalnymi na tej płycie chyba nie powinien się obrazić za porównanie do miksu Sebastiana Bacha i Jona Bon Jovi. Wreszcie Wojciech Owczarek i jego gra na bębnach. Połączenie silnej groove’iącej ręki Tico Torresa, dynamiki Erica Singera i rockowego ognia Randy’ego Castillo. Nie boimy się powiedzieć, że jest to jeden z najsolidniejszych polskich perkusistów rockowych w Polsce. W obecnej odsłonie zespołu trudno szukać iskry, jaka jest na tej płycie. Lata lecą, zespół zmienił swoje oblicze, ale na Wojtka Owczarka zawsze można liczyć!

Posłuchaj: Bierz mnie, Mój dom
Gatunek: hard rock, glam metal

97
Hunter – Requiem (Mendian/Mystic 1995)
Perkusja: Grzegorz Sławiński

Fonograficzny debiut jednego z popularniejszych zespołów polskiej sceny metalowej. Jest to zespół, który nie odniósł sukcesu na arenie międzynarodowej. Jaka jest tego przyczyna? Nie nam to rozpatrywać. Dużą siłą Huntera jest przekaz i często barwna gra słowami lidera zespołu Pawła Grzegorczyka. Wszystko oparte o polską rzeczywistość (chociaż nie bezpośrednio wskazaną) doskonale trafia do polskiej młodej publiczności. „Requiem” jest najmocniejszą i najbardziej thrash metalową płytą zespołu. Za bębnami siedzi tu Grzegorz Sławiński, który gra bardzo stylowo, dobrze oddając charakter kompozycji. Niestety, premiera płyty nastąpiła w okresie, gdy thrash metal był w totalnym odwrocie, a na scenie zaczęły dominować ostre brzmienia w zupełnie nowej formie. Klarowna poukładana ostra płyta kłóciła się z popularnym wówczas niepokojem w szeroko pojętej muzyce rockowej. Mimo wszystko album miał bardzo dobre przyjęcie w środowisku, chociaż przyszłość zespołu nie była pewna. Nagrana w Niemczech ma dość dziwne brzmienie, jak na tamte czasy i to, co mieliśmy w polskiej muzyce. Jest to zdecydowanie kawał solidnego, czysto thrash metalowego bębnienia. Wszystko ma swoje miejsce i nie ma tu stanowczo jakiegoś zgrzytliwego chaosu, jak to bywało wtedy w naszych mocnych produkcjach muzycznych.

Posłuchaj: Blindman, Introduction, Screamin’ whispers
Gatunek: thrash metal, heavy metal

96
Świetliki – Ogród koncentracyjny (Music Corner 1995)
Perkusja: Marek Piotrowicz

Debiutancki album zespołu, który bardzo szybko otoczył się gronem wiernych słuchaczy. Bardzo ciekawa forma oparta na rockowym sznycie z poetycką recytatorską linią wokalną. Cała płyta to przede wszystkim krótkie formy muzyczne, co w całości daje dużą różnorodność, a co za tym idzie bardzo duże urozmaicenie w linii bębnów. Marek Piotrowicz wkracza tu w wiele rejonów muzycznych jak rock w wielu formach, reggae, shuffle, swing. Kawał świetnej roboty, o którym za bardzo w naszym środowisku się nie mówi, a szkoda. Takie podejście do linii bębnów świadczy o dużej świadomości i wyobraźni muzycznej perkusisty. Brak zamykania się na schematy i operowanie wieloma środkami wyrazu. Duża sprawność i operowanie brzmieniem. Stylistyka, jaka jest na Świetlikach, miała wpływ na budowanie sceny rocka alternatywnego w Polsce, co ma odzwierciedlenie w grze wielu zespołów. My z pewnością bardzo chwalimy i doceniamy pracę bębnów, ma wielki wkład na ostateczny odbiór całości. Warto sięgnąć po tę płytę i wsłuchać się w grę Marka Piotrowicza.

Posłuchaj: Tygrysia piosenka, Karol Kot
Gatunek: poetycki rock

95
T.Love – King (Baron/Emi 1992)
Perkusja: Jarosław Polak

W latach 90 nie było Juwenaliów bez T.Love, nikt nie wyobrażał sobie pierwszego dnia wiosny na Agrykoli bez koncertu zespołu Muńka Staszczyka. Wiele taniego wina wypito, niejedna miłość się narodziła, a to wszystko w rytm piosenek T.Love. Płyta „King” ma jeszcze tę żywiołowość, a słynny wokalista śpiewa z prawdziwym pazurem, a i do powiedzenia ma całkiem sporo. Jarosław „Sidney” Polak świetnie łączy światy klasycznego rocka z hałaśliwym rock and rollem. Nie są to może jakieś super wybitne partie, ale w tym gatunku muzyki nie trzeba ani więcej, ani mniej. Właśnie dlatego warto sięgnąć po tę płytę, by przyjrzeć się jak grać energicznie, ale nie wciskać się na pierwszy plan. Doskonałym przykładem jest utwór tytułowy, jedna z ciekawszych piosenek polskiego rocka lat 90. Sidney to ewidentnie utalentowany bębniarz, ale nie rozwinął swojego talentu w dalszych latach. Lata później założył swój zespół w klimatach hip-hop i zatrudnił na bębny samego Piotra Pniaka.

Posłuchaj: King, Dzikość serca
Gatunek: rock

94
Kazik Na Żywo – Porozumienie ponad podziałami (S.P.Records 1995)
Perkusja: Tomasz Goehs

Na pierwszej płycie projektu Kazik Na Żywo na bębnach zagrał Kuba Jabłoński, jest tam też nieco więcej piosenek powszechnie znanych, jednak warstwa bębnów mimo dobrej roboty Kuby nie powala z racji brzmienia. Druga płyta to już znacznie lepsza produkcja, a za bębnami wiadomo – Tomek Goehs. Piosenki są nieco cięższe i mocniejsze, a teksty mniej bezpośrednie, a przez to jeszcze ciekawsze. Pamiętajmy, że na gitarze gra tu Lica, a ten – jak wiadomo – ma świetną łapę do riffów. Płyta pokazuje, jak sprawnie można połączyć żywe rockowe granie z rapowanymi tekstami. Szkoda, że późniejsza fala hip-hopu i muzyki rap nie pociągnęła za sobą więcej takich projektów, a te, co były – szybko zniknęły. Płyta odniosła spory sukces i często przewijała się wśród młodzieży. Dlaczego pod kątem perkusyjnym ta płyta jest ciekawa? Tomek gra tu zapętlone proste groove’y z mocno wbitymi akcentami, nie przeszkadza Kazikowi w karabinowych frazach, ale jednocześnie nie odstawia ręki, przez co całość ma sporo mocy. Wyważenie, które warto przeanalizować.

Posłuchaj: Mądrość tego świata, Nie zrobimy wam nic złego, tylko dajcie nam jego, Konsument
Gatunek: rapcore

93
Oddział Zamknięty – Oddział Zamknięty (Polskie Nagrania Muza 1983)
Perkusja: Jarosław Szlagowski, Michał Coganianu

Sesję rozpoczynał Jarosław Szlagowski, a kończył Michał Coganianu. Płyta dla młodzieży początku lat 80. Dużo hałasu, jasnych tekstów, pełno imprezowania i ucieczki od szarej codzienności PRL. To wszystko miało swoje potwierdzenie w mocno rock’n’rollowym trybie życia członków zespołu. W tej krzykliwości jest jednak metoda i nikt tu nikogo nie zwalnia z solidnego grania, szczególnie, kiedy ma się za plecami taką perkusyjną ostoję jak Jarosław Szlagowski. Perkusista w międzyczasie przeszedł do Lady Pank i zespół zamykał sesję z nowym bębniarzem, który wykonał swoją robotę poprawnie, chociaż słychać różnicę w pracy bębnów między perkusistami. Po wydaniu płyty szybko urosło szaleństwo na Oddział Zamknięty, co doskonale widać na filmie dostępnym na YouTube, gdzie jest przedstawiona premiera płyty w 1984 roku. W późniejszych latach OZ zawsze miał solidnego bębniarza, ale wszystko zaczęło się od mistrzowskiej gry Jarosława Szlagowskiego.

Posłuchaj: Party, Ten wasz świat
Gatunek: rock

92
Afromental – Mental House (Warner Music 2014)
Perkusja: Tomasz Torres

Gdyby robić zestawienie płyt posługując się innymi kategoriami niż perkusja, płyta Afromental byłaby z pewnością wyżej, co absolutnie nie oznacza, że praca Tomka Torresa jest mizerna. Wręcz przeciwnie, jest to jedna z niewielu płyt zespołu z przestrzeni ostatnich 10 lat, która znalazła się na naszej liście, a to zasługa właśnie świetnej pracy sekcji i rewelacyjnych umiejętności Tomka. Przeprowadzając recenzję płyt skwitowaliśmy ją następującymi słowami: „Spójna bezkompromisowa mieszanka stylistyk muzycznych, oparta o gitary, pulsujące bębny z genialnie pracującymi rapującymi wokalami i elektronicznymi kolorami, dostosowanymi do charakteru danej kompozycji.” Tomek Torres jest jednym z najbardziej utalentowanych polskich perkusistów, doskonale łączy różne style muzyczne, świetnie odnajduje się na scenie, ma doskonały kontakt z współgrającymi artystami, wie, gdzie jest jego miejsce w zespole w danej sytuacji. Mimo to mamy lekkie wrażenie, że ten kolosalny potencjał nie jest do końca wykorzystany i widzielibyśmy Tomka na arenie międzynarodowej, bo Polska wydaje się być troszkę dla niego za ciasna, nie tylko muzycznie, ale też mentalnie, tak przynajmniej twierdzi naczelny Perkusisty.

Posłuchaj: I Loved You, Fuck The World
Gatunek: rapcore, funk, rock

91
Gniewomir Tomczyk – Event Horizon (SJ Records 2017)
Perkusja: Gniewomir Tomczyk

Jedna z najnowszych produkcji na naszej liście nie miała jeszcze czasu na to, żeby wejść do kanonu płyt przeznaczonych dla bębniarzy. Ma ku temu jednak wszelkie predyspozycje z racji ujęcia tematu perkusji w sposób nowoczesny, ale przy zachowaniu idei instrumentu zwanego perkusją. Co ciekawe, dotyczy to bębnów akustycznych, jak i elektronicznych, których z wielką finezją autor używa na płycie na przemian z akustykiem lub łącząc oba światy. Pisaliśmy o niej tak: „Smaczna, różnorodna płyta, której się przyjemnie słucha zarówno w opcji jako muzyka towarzysząca, jak i ze słuchawkami na uszach, koncentrując się na poszczególnych dźwiękach. Płyta nie wymaga jakiegoś zapowiadania, szykowania się, nastawiania, po prostu włącza się ją i delektuje. Może to kwestia jakiejś autosugestii, ale czuć młodość na tej płycie. I nie chodzi tu o infantylne szaleństwa, tylko energię i fantazję, jakiej brak często już przebrzmiałym muzykom. Do tego bardzo mądre czerpanie z wzorców. Ciężar kompozycji na swoje barki przejęli głównie Gniewomir, Krzysia Górniak i Andrzej Mikulski. Wyszła z tego płyta nowoczesna z zamaszystym ukłonem w stronę klasyki (nie tylko jazzu), pełna barw i smaczków.” Dobrze się wraca do tego albumu.

Posłuchaj: Effigy, Seventh Horizon
Gatunek: jazz, electro, fusion, drum’n’bass

90
Riverside – Out Of Myself (Mystic 2003)
Perkusja: Piotr Kozieradzki

Debiutancki album, który pojawił się w okresie wielkiego skoku popularności szeroko pojętej muzyki progresywnej. Dream Theater w tym okresie przeżywał szczytowy okres nie tyle popularności, co szczerej fascynacji fanów kunsztem muzyków. Porcupine Tree było świeżo zasilone genialnym Gavinem Harrisonem. Co drugi młody perkusista chciał grać jak Portnoy, rodziły się jak grzyby po deszczu kolejne zespołu prog rockowe, prog metalowe. Dużo osób tak mocno zapętlało się w progresywną machinę, że zapominało o całej magii tego gatunku kosztem połamańców i jak największego kombinowania z metrum. Na szczęście na horyzoncie pojawiło się Riverside, które krok po kroku z każdą płytą zdobywało coraz większą popularność, wykraczającą poza granice Polski. Riverside pokazało, że nie trzeba mieć kalkulatora na kolanach, żeby grać świetne partie perkusji w rocku progresywnym. Piotrek Kozieradzki nigdy nie miał potrzeby popisywania się znajomością matmy, najważniejsze, żeby w muzyce zespołu wszystko się zgadzało i wszystko zgadza się do tej pory!

Posłuchaj: The Same River, Reality Dream II
Gatunek: rock progresywny

PIOTR KOZIERADZKI o technicznym graniu:

Naprawdę staram się nie przeszkadzać w muzyce. Dla niektórych to jest jakaś obelga, że perkusja jest z tyłu, że jest prosta, a ja mam to w du*ie, bo najważniejszy jest zespół. Jak będzie taka potrzeba, to mogę grać całą płytę na hi-hacie, stopie i werblu. Wiem, gdzie jestem, wiem, co potrafię i cała reszta mnie nie interesuje. Niektórzy mówią, że jestem ch*jowy (śmiech). No i co z tego? Tak, jak Muniek z T.Love może i nie trafia w dźwięki jak pies, ale na koncertach jest 30 tysięcy osób (śmiech). Serio, nie interesuje mnie takie połamane granie. Zespół jest najważniejszy, nie ja. Zespół to zespół. Jak będę grał solo swojej płyty i sam wyjdę na scenę, to wtedy porozmawiamy, czy ja umiem grać, czy nie umiem, a tu gram w zespole.

 

89
Hey – Ho! (Izabelin 1994)
Perkusja: Robert Ligiewicz

Robert Ligiewicz jest mocno niedocenionym polskim perkusistą. Pierwsza płyta zespołu „Fire” to prawdziwy strzał, który podbił serca fanów, ale takich zespołów z jedną płytą było zawsze sporo. Przelatywały jak meteoryty i ginęły w odmętach historii. „Ho!” potwierdziła jakość Hey, a duży w tym udział miały bębny, grane przez Roberta. Lubi sobie złamać od czasu do czasu jakiś rytm, lubi zrobić jakieś fajne przejście, ale już w samym zespole nie miał z tym łatwo. Kiedyś Robert powiedział nam: „Lubiłem zakombinować, ale jak wiesz doskonale, większość kompozytorów tego nie lubi (śmiech). To jest taki pewien konflikt. Problem był taki, że Banach, który komponował większość piosenek, na początku był bębniarzem. Uzurpował sobie prawo do tego, że zna się na tym i może powiedzieć, jak coś ma konkretnie wyglądać. Potem zajął się tym Paweł i był to okres, gdzie ewoluował cały proces tworzenia, nagrywania.” Kolejne płyty zespołu miały coraz to dojrzalsze partie, które jednak nie były już tak dźwięczne i nośne perkusyjnie jak to, co słychać w okresie „Ho!”. „Każdy muzyk potrzebuje umiejętności i warsztatu, nawet dla samego siebie, mieć wiedzę, że daną rzecz się potrafi. Nie oznacza to, żeby od razu wyjść i to wszędzie grać, ale mieć ten luz i świadomość. Każdy do tego dąży.”

Posłuchaj: Empty Page, Ja sowa, Cudownie
Gatunek: rock

88
Klan – Mrowisko (Polskie Nagrania Muza 1971)
Perkusja: Andrzej Poniatowski

Na płytę i grę perkusisty trzeba spojrzeć przez pryzmat czasu i należy przyznać, że gra Poniatowskiego jest imponująca! Album koncepcyjny, przygotowany na potrzeby sztuki baletowej, wypadł nadzwyczaj udanie, udowadniając, jak wielki potencjał drzemie w polskich artystach. Niestety, jakość brzmienia bębnów nie powala na kolana, ale nie ma co się dziwić, ponieważ jest to muzyka, której nie było zbyt dużo w głośnikach rodzimych realizatorów nagrań. Typowe śpiewane piosenki przeplatają się wstawkami z dziwnymi podziałami rytmicznymi, jakich nie powstydziłyby się Rush i Dream Theater razem wzięte. Kolejny dowód na to, jak bardzo system, w którym przyszło nam żyć, ograniczał nas w kwestii dzielenia się muzyką z całym światem. Nasi nie ustępowali talentem zachodnim artystom, wszystko rozbijało się o przeklętą żelazną kurtynę, która potrafiła podciąć skrzydła sportowcom, aktorom czy właśnie muzykom.

Posłuchaj: Kuszenie, Nerwy miast
Gatunek: concept prog rock

87
Exodus – The Most Beautiful Day (Polskie Nagrania Muza 1980)
Perkusja: Zbigniew Fyk

Bardzo specyficzny, ale niesamowicie interesujący album. Widoczne są tu inspiracje członków zespołu angielskim rockiem progresywnym. Są to klimaty głównie Yes i Genesis. Na szczęście nie jest to jakaś koślawa podróbka, tylko oryginalna muzyka, która ma jeden bardzo ważny element – jest niesamowicie polska! Niech anglojęzyczny tytuł nikogo tu nie zmyli, wszystko jest śpiewane po polsku. Zatem ten rodzimy klimat to zasługa głównie pracy wokalisty, ale całość brzmieniowo wpisuje się w klimat tamtych lat. Płyta ma typowo progrockowy charakter z długimi kompozycjami, podzielonymi na kilka części. Na perkusji zasuwa tu Zbigniew Fyk, któremu należą się duże słowa uznania. Jest to bardzo świadome i muzyczne bębnienie, bez przekombinowanych partii. Niestety, samo brzmienie bębnów jest mocno spłaszczone i ma ten wytłumiony, zbity charakter, jaki dominował w produkcjach z tego okresu, poza tym bębny są mocno odsunięte do tyłu i czasami razi zbyt mocna, wybita linia klawiszy. Zbigniew Fyk jakby wiedział na jakim poziomie miksu został osadzony i tak właśnie gra.

Posłuchaj: Ten najpiękniejszy dzień
Gatunek: art rock, rock progresywny

86
Meller Gołyźniak Duda – Breaking Habits (Rock Serwis 2016)
Perkusja: Maciek Gołyźniak

Płyta, która bardzo szybko przypadła do gustu słuchaczom. Błyskawicznie trzeba było zwiększać nakład, ponieważ zainteresowanie było ogromne. Trzech muzyków po prostu zażarło ze sobą w studio. Na bębnach Maciek Gołyźniak, który poczuł wiatr w żagle i zaprezentował wreszcie w pełni swoje umiejętności. No i właśnie. Nie ma tu czopsów i ponaddźwiękowych przejść, a odnosi się wrażanie, że album jest bardzo perkusyjny. Mięsiste, naturalne brzmienie, pompujące groove’y i kilka pułapek rytmicznych. Przede wszystkim tej płyty słucha się bardzo dobrze. Brakuje tego typu płyt na naszym rynku, gdzie indywidualności wchodzą do studia i każda z nich wnosi coś od siebie do całego materiału.

Posłuchaj: Breaking Habits, Against The Tide, Floating Over
Gatunek: rock

MACIEK GOŁYŹNIAK o płycie „Breaking Habits”:

„Breaking Habits” powstała z potrzeby skoku w bok, oddania zalegającej energii, której nijak nie było jak spożytkować na rodzimym gruncie. Ciut mnie mierzi, choć bardzo to szanuję, żonglowanie pojęciem „supergrupa”. Mam do tego ambiwalentny stosunek i po prawdzie bardziej mnie to zawstydza niż raduje i nie o fałszywą skromność tu chodzi. Rzeczywiście płyta się bardzo dobrze sprzedała, trzeba było dotłoczyć nakład jeszcze zanim wyszła do sklepów. To mnie raduje, że ludzie chcą nas słuchać, że kupują winyl, będący pewną definicją brzmienia, które chcieliśmy uzyskać. Że piszą, jak się cieszą, że zrobiliśmy muzykę, której im od dawna brakowało. To mnie zaskakuje i raduje bardzo, bo jak wiesz, nie mieliśmy żadnych założeń. Zrobiliśmy to wszystko sami, wiedząc jedynie, co chcemy nagrać. Nie stoi za nami żadna machina promocyjna, budżet reklamowy i marka odzieżowa, tylko partner i wydawca z pasją do muzyki. Udzielamy tylu wywiadów, ilu się od nas oczekuje, ale wszystko z szacunkiem i podporządkowaniem naszym codziennym zajęciom i formacjom.

Mnie chyba zaskoczyła inna rzecz niż odbiór tej płyty. Może nawet bardziej zdziwiła. Mianowicie, jak bardzo prosto jest osiągnąć to, co się chce, jeśli tylko jesteś wystarczająco kompetentny, dobierasz właściwych ludzi do współpracy, których łatwo zarazić entuzjazmem i którzy widząc twój profesjonalizm, jasną wizję i właśnie te kompetencje, natychmiast wkładają twoje buty i ruszają do pracy z tobą z pełnym wachlarzem swoich umiejętności. Używam na własne potrzeby takiego nieco górnolotnego terminu, jak „dystrybucja kompetencji”. Bardzo, ale to bardzo szanuję pracę innych i nie ingeruję w nią. Nie lubię, kiedy się mną dyryguje, bez wizji i po omacku i sam tego nie robię. Robert Szydło – nasz inżynier miksu, Michał Wasyl – realizator nagrania w studio, odczytali nasze intencje w lot. Wspaniały czas, rozkwit przyjaźni i nadspodziewany efekt. Dodatkowo przestrzeń i zaplecze, jakie stworzył nam wydawca Piotrek Kosiński, dały nam swobodę twórczą tak dużą, że aż nieprzyzwoitą. Wolność po prostu. Trudno mi sobie wyobrazić lepsze okoliczności i pracy, i tworzenia w ogóle.

 

85
Luxtorpeda – Luxtorpeda (S.D.C. 2011)
Perkusja: Tomasz „Krzyżyk” Krzyżaniak

W tym miejscu niektórzy będą może nieco zaskoczeni, ale obecność tej płyty w naszym perkusyjnym zestawieniu ma absolutnie sens. Krzyżyk znany był już ze współpracy chociażby z Armią czy Wojtkiem Hoffmanem z Turbo, jego gra porywała (i wciąż porywa), ale jak sam nam kiedyś powiedział: „Do Turbo i do Armii przychodziłem, gdy te kapele miały już swoją renomę i musiałem się uczyć ich utworów i stylu. To było świetne doświadczenie, które mnie w dużym stopniu ukształtowało. W Luxtorpedzie byłem jednak pierwszym perkusistą. Miałem pomysł na to, jak chcę grać i brzmieć w tym zespole i starałem się to od początku realizować. Po dużych zestawach, na jakich grałem wcześniej, postanowiłem tutaj grać na dużo mniejszym. Zmobilizowało mnie to do tego, aby starać się szukać nowych rozwiązań w samej grze i myśleniu.” I to właśnie wszystko słychać na debiutanckim albumie projektu, stworzonego przez Licę, który ma wielki talent kompozycyjny i zawsze czuć wielką szczerość w jego piosenkach, niezależnie od stylistyki. Poza tym wie, jak mało kto, jak prowadzić zespół i radzić sobie na naszym rynku.

Posłuchaj: Od zera, Jestem głupcem
Gatunek: rock

84
Kat – 666 (Razem/Mystic 1986)
Perkusja: Ireneusz Loth

Zasługi KAT dla rozwoju polskiej muzyki metalowej nie podlegają żadnej dyskusji. Dla ludzi spoza świata metalu jest to hałaśliwy i krzykliwy jazgot, dla fanów jest to kultowa ekipa, która zaszczepiła diabelską odmianę mocnej muzyki. KAT zawsze miał otoczkę całej tej szatańskiej pseudofilozofii, która jako temat tabu ściągnęła kolosalne rzesze fanów. Zaczęło się wszystko dość ciekawie jak na tamte czasy, bo pojawiła się opcja wydania zagranicznego w wersji anglojęzycznej (płyta „Metal and Hell”). Płytę zrealizowano w Teatrze STU w Krakowie i nagrywał ją Belg Jos Kloek przy asyście Piotra Brzezińskiego. Trzeba przyznać, że brzmieniowo wyszło to co najmniej dziwnie, ale pozwoliło wyjść kapeli do ludzi już nie tylko na scenie, ale z głośników adapterów. Linie bębnów Irka na „666” nie są jakieś mocno wysublimowane, to raczej proste, osadzone granie „na aferę”, chociaż wszystko jest składne i poukładane, a Irek przebiera nogami jak trzeba. W roku 2015 Roman Kostrzewski & Kat nagrali płytę ponownie.

Posłuchaj: Wyrocznia
Gatunek: thrash metal, black metal

IREK LOTH o nagrywaniu i brzmieniu płyty „666”:

Wszyscy asystenci mieli wielki oczy, jak ten Belg robił dziwne patenty na Studerze (magnetofon studyjny), jakieś opóźniania taśmy… Co tam się działo! Chór zrobiliśmy w dwóch numerach, sto głosów z sześciu. Wtedy to było, o rany! W to mi graj! To było fajne. No i ta klatka na bębny, nienawidziłem nigdy w klitkach grać. Jeszcze przed tą płytą mieliśmy dwie sesje nagraniowe w Polskim Radio w Katowicach, to też mnie wtedy zamknęli w takiej klitce, gdzie się ledwo bębny mieściły. To było straszne. Lubię, jak bębny stoją w otwartym, normalnym pomieszczeniu studyjnym, aczkolwiek nie mam klaustrofobii, jednak zamknięte bębny źle brzmią. Za dużo hałasu przebija przez słuchawki, nie słychać pilota.

Pewnie, że był stres. Pierwsza płyta i to od razu na Zachód, no ja cię kręcę! Z dnia na dzień jakoś to przechodziło. Byliśmy już po kilku sesjach, dwie radiowe, w klubie, no i Jarocin wygraliśmy, nagrodą było nagranie singla i wydanie przez Tonpress. Doświadczenie już mieliśmy, malutkie, ale było. Zawsze to jednak inaczej niż na próbie, gdzie się nagrywało, żeby zobaczyć, co się tam rozrabia, w studio człowiek był na golasa. „Szóstki”… Kurka wodna, trochę byłem zdziwiony, bo on to zrobił tak, że to dziwnie brzmiało nawet w tamtych czasach. Sam Mann, jak puszczał ją wtedy w Trójce, mówił, że trochę dziwnie brzmi. Ona jest faktycznie taka „puszkowata”, sporo pogłosu, chociaż w sumie wtedy była taka tendencja. Pewien wynalazek nam się przytrafił podczas nagrań. Zapomnieli wyłączyć jeden mikrofon, który stał przy fortepianie. Wszystko się nagrywało normalnie, a fortepian przecież brzmiał! Szukają, kurka wodna, wyłączają kanały, a to prawie na wszystkich kanałach słychać. Dodało to jakiegoś kolorytu.

 

83
Jacek Pelc – On The Road (Tandem 2016)
Perkusja: Jacek Pelc

Jacek Pelc jest jednym z kilku perkusistów jazzowych, którzy mają wielką otwartość na inne gatunki muzyczne. Nie szydzi, nie udaje swej wyższości, nie ma pretensji, że jazz nie jest już na pierwszych stronach gazet i portali. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to muzyk wybitny, jeżeli chodzi o jazz i właśnie ta stylistyka jest najbliższa jego sercu. Materiał na płycie nie jest chirurgiczną operacją studyjną tylko rejestracją koncertu (4 listopada 2015 podczas Jazzowych Zaduszek). Koncert czterech muzyków, bez taniej pirotechniki, ale z olbrzymią dawką muzyki. Jest tu bardzo dużo bębnów, które jednak nie przytłaczają, Jacek nigdy nie miał tego w zwyczaju. Mimo faktu, że liderem jest bębniarz, nie mamy tu przesadnego epatowania bębnami, chociaż prawie wszystko wypływa tu ze spokojnie rozkręcanej warstwy rytmicznej. Zachowana jest równowaga w instrumentarium, mamy momenty klawiszowe, basowe i „dmuchane”. Jacek Pelc zaprosił muzyków do wspólnej gry, a nie do tego, by łechtali jego perkusyjne ego. Sam perkusista stara się odnaleźć jak najlepsze środki wyrazu do danej chwili, utrzymując przy tym duże poczucie humoru, z którego jest znany.

Posłuchaj: Corso Umberto, Cadiz, Three Bookings
Gatunek: jazz

82
Cezary Konrad – On Classical (Anaconda/Universal 2015)
Perkusja: Cezary Konrad

Ach, ten Czarek! Jeden z najwybitniejszych polskich perkusistów. Ostatnio zabrał się za granie rocka i ma z tego niesamowitą radość, że po skończeniu 50 lat wciąż odkrywa nowe rejony muzyczne, które go inspirują. Ta płyta to niesamowity pokaz wyobraźni muzycznej Czarka. Nie jest to typowa jazzowa płyta, jak zapewne większość oczekiwała. Czarek wziął na warsztat kilka tematów muzyki klasycznej i podał je w zgoła odmienny sposób, jak to robili muzycy, którzy próbowali mieszać bębny z klasyką. Mamy tu pięknie zagrane smyki (głównie pani Anny Konrad), wymieszane z jazzowym zębem duetu Konrad-Kubiszyn. Autor bawi się harmoniami i melodiami, co przykuwa uwagę słuchacza, przyzwyczajonego do typowych klasycznych linii. Dzięki temu odnosi się wrażenie, że jest to mocno improwizowany album, mimo, że wszystkie aranżacje miały swój ustalony kształt. Duża grupa przyjaciół, znajomych i fanów oczekuje wciąż następcy pierwszej solowej płyty perkusisty. Ten album jest lekkim pocieszeniem, który od strony perkusyjnej jest wręcz fenomenalny, ale to wciąż nie jest pełny autorski materiał, mimo, że włożono w niego masę talentu wszystkich muzyków.

Posłuchaj: Carmen, Wilhelm Tell
Gatunek: klasyka w jazzowym instrumentarium

81
RSC – RSC (Polskie Nagrania Muza 1983)
Perkusja – Michał Kochmański

Bardzo dynamiczne granie w polskojęzycznym wydaniu. Sekcja jest tu bardzo mocno zapracowana. Niestety, bolączką jest mocno średnie brzmienie. W tym okresie produkcja stała już na znacznie wyższym poziomie i płyta zyskałaby znacznie więcej, ponieważ jest to kawał odważnego grania. Dziwne trochę, że takie granie nie rozwinęło się bardziej na polskiej scenie. Czy to kwestia trudności w tamtych czasach, jakie niosło za sobą tworzenie i nagrywanie takiej muzyki? Jest to kolejny album prezentowany na naszej liście, który nie pozostawia złudzeń co do tego, progresywne wzorce z Zachodu miały swoje odpowiedniki w tej części Europy. Chociaż tak będąc bardziej skrupulatnym – jest to połączenie tempa, dynamiki i akcentowania Iron Maiden z progresywnymi smaczkami w instrumentarium z mocnym naciskiem na syntezatory i skrzypce. Marzy się, żeby ktoś nagrał tę płytę raz jeszcze, w chwili, gdy wizytówką power metalu w Polsce jest Nocny Kochanek. Ale trzeba będzie zatrudnić sprawnego bębniarza, bo Michał Kochmański poci się tu dość obficie. Może Beata Polak i Jan Gałach?

Posłuchaj: W ucieczce przed sobą, Pralnia mózgów
Gatunek: rock progresywny, power rock

80
Tomasz Łosowski – Fusionland (Soliton 2016)
Perkusja: Tomasz Łosowski

Drugi album solowy słynnego polskiego perkusisty. Dużo wody upłynęło we wszystkich polskich rzekach, zanim Tomek wydał następcę słynnego albumu „C.V.”. Wiele osób dopytywało się, kiedy to się stanie, ale muzyk zawsze miał coś w swoim kalendarzu, co nie pozwalało na pełne skoncentrowanie się na pracy nad materiałem. Album powstawał dość powoli albo inaczej – pomysły nagromadziły się przez lata. „Fusionland” to bardzo perkusyjny album, ale niepozbawiony melodii, które kojarzą się ze stylem Kombi. Głównie chodzi tu o brzmienie instrumentów klawiszowych. Dla niektórych płyta jest trochę za słodka, wszystko sobie swobodnie płynie, nawet bębniarskie zrywy Tomka nie zaburzają zwiewności płyty. Jest tu olbrzymia dawka bębnienia i pełno zagrywek, które mogą przyprawić o ból głowy. Nie jest to płyta tak dynamiczna i mocna jak pierwszy album, ale fani perkusji fusion zdecydowanie powinni sięgnąć po ten krążek.

Posłuchaj: Fusionland, Latin’s Heart, Czasoprzestrzeń
Gatunek: fusion

TOMEK ŁOSOWSKI o swojej płycie „Fusionland”:

Nagrywanie „Fusionland” było zdecydowanie procesem długofalowym. Oczywiście na początku kompletowałem kompozycje, wybierając spośród najświeższych oraz tych starszych. Było też kilka bardzo starych, które musiałem nieco przerobić. Mając do dyspozycji nasze rodzinne studio, chciałem pracować w tempie efektywnym, ale bez ciśnienia. Uśredniając, można powiedzieć, że nagranie jednego utworu zajmowało mi 1,5 dnia. Bębny nagrywałem ponad miesiąc (z przerwami). Oczywiście musiałem wcześniej ćwiczyć ten materiał, a zwłaszcza trudne momenty w utworach, ale z drugiej strony sporo „sytuacji” zostawiłem sobie na nagrania. Mając komfort pracy bez presji zegarka, niektóre rzeczy chciałem usłyszeć, jak brzmią nagrane w studiu i wtedy podjąć decyzję, który wariant bardziej mi odpowiada. Przymierzając się do nagrania drugiej solowej płyty zrealizowałem ideę, która od dłuższego czasu chodziła mi po głowie. Poprosiłem Wojtka Olszaka, aby został producentem, pomógł mi w zaproszeniu i nagraniu muzyków – gości oraz aby zmiksował materiał i zrobił mastering.

 

79
Brathanki – Ano! (Sony Music 2000)
Perkusja: Piotr Królik

Piosenki z dwóch pierwszych płyt szybko wpadały w ucho i nucił je pod nosem chyba każdy. Szkoda, że polska muzyka nie ruszyła bardziej w stronę eksploracji muzyki ludowej i dostosowania jej do formy zjadliwej dla przeciętnego Nowaka. Tę rolę przejęło disco polo i z racji ogólnego przyzwolenia władz nie ma już przed sobą żadnych ograniczeń. A przecież Brathanki podały folk w bardzo zwiewnej i lekkiej formie, mając w swoich szeregach wytrawnych instrumentalistów. Tak, jest to trochę przaśne i kiczowate, ale muzyka po pierwsze dla szerokiego grona odbiorców taka musi być (zresztą kicz ma walory artystyczne, a tandeta nie), a po drugie – jest to efekt tych treści, jakie są opracowane. Druga sprawa, że Piotr Królik pokazuje wszystkim, że granie lekkie i wesołe nie zwalnia go z rzetelności i jakości. Coś jak bębniarze country w USA (na płycie jest kompozycja w ich klimatach), którzy zazwyczaj są prawdziwymi gigantami w swoim fachu, mimo, że grają piosenki o końskich pastuchach. Tutaj Piotr pokazuje się także jako gigant, jest czujny, precyzyjny, przejrzysty i czasami zakręci jak pannę na tańcach.

Posłuchaj: Czerwone korale, Siebie dam po ślubie, Steffano
Gatunek: folk rock

78
Edyta Bartosiewicz – Sen (Izabelin 1994)
Perkusja: Krzysztof Poliński

Ależ to jest lekcja gry na perkusji dla wszystkich, którzy chcą grać z wokalistką rockową! Jest to bez wątpienia poziom, jaki znamy z zachodnich produkcji, którymi tak się zachwycamy. Krzysiek Poliński gra tak pewnie, że nawet bomba atomowa by go nie poruszyła. Jego partie są niesamowicie stabilne, a jednocześnie kompletnie nieinwazyjne. Dopiero, jak skupimy się na bębnach, zauważymy, że to są głęboko wbite kliny, na których stoi cała konstrukcja. Stanowczo materiał instruktażowy! Wszystko tu na tej płycie „zagadało”. Kompozycje, aranżacje, brzmienie i wspaniały, silny głos wokalistki. Słychać w śpiewie pani Edyty wielkie pokłady energii, jakby co drugą frazę śpiewała z uśmiechem. Nie jest to plastikowa produkcja kastrowana w studio, ale nie jest to też jakiś brzmieniowy cienkusz. Doskonale zbalansowana produkcja, prawdziwe arcydzieło Leszka Kamińskiego, które po latach wciąż się broni i brzmi świetnie. Później wokalistka ruszyła w nieco bardziej komercyjne rejony, które dały jej większą popularność, ale…

Posłuchaj: Żart w zoo, Sen
Gatunek: rock

77
Lao Che – Dzieciom (Mystic 2015)
Perkusja: Michał „Dimon” Jastrzębski, Maciej Dzierżanowski

Jeden z najważniejszych zespołów polskiej współczesnej sceny rockowej. Czym to się przejawia? Wyprzedanymi koncertami, na które ludzie przychodzą autentycznie przeżywać muzykę, a nie trzepać sobie selfie na media społecznościowe. Intrygujące teksty i bardzo kolorowe granie, wchodzące w różne odważne rejony. Bogata warstwa rytmiczna oparta jest przede wszystkim na żywych bębnach Dimona, którego brzmienie dalekie jest od klarownej perkusji np. z Journey. Jak sam mówi o swojej pracy na płycie jest to: „100% seta na taśmę, żadnej dogrywki i edycji!” i to słychać. Oczywiście cała produkcja dopełnia obraz, bo Lao Che lubi bawić się brzmieniem. W ich przypadku jednak wygląda to bardziej na poszukiwanie tego właściwego środka, aniżeli usilnego szukania czegoś nowego, co niestety jest bolączką wielu zespołów. Wystarczy też spojrzeć na książeczkę na płycie i listę osób, jaka uczestniczyła w produkcji płyty i od razu można zrozumieć, dlaczego ten album brzmi, jak brzmi. Sęk w tym, że fachowcy muszą mieć na czym pracować, a Dimon i spółka podali tu materiał wysokich lotów. Jest to przykład sztuki przez duże S.

Posłuchaj: A chciałem o sobie, Znajda
Gatunek: rock alternatywny

76
Marcin Wasilewski Trio – January (ECM 2008)
Perkusja: Michał Miśkiewicz

Płyta zamieszczona tutaj z absolutną premedytacją jako doskonały reprezentant kolejnej strony bębnów, dla wielu pewnie niezrozumiałej i niejasnej, a jednak z naszego punktu widzenia wybitnej. Płyta wydana już pod szyldem Marcin Wasilewski Trio, ale zainteresowanych odsyłamy do Simple Acoustic Trio, czyli pierwszej nazwy zespołu. Z dorobku muzyków wybraliśmy ten album z racji bardzo płynnego i jasnego układu kompozycji, dobrej realizacji, a z punktu widzenia perkusji – bardzo przyjemnie brzmiących bębnów, szczególnie, kiedy damy sobie szansę i wsłuchamy się na słuchawkach w to, co robi Michał Miśkiewicz. Dynamika gry i wspaniała subtelność, niesamowita finezja oraz totalny spokój i opanowanie. Bezwzględnie top sztuki perkusyjnej. Lektura płyty przydałaby się niektórym bębniarzom, którzy poszukują perkusji w nieco innym wydaniu niż tylko trzymanie rytmu (czy to parzystego czy nieparzystego, obojętnie). Bębny pełnią tu inną rolę i Michał Miśkiewicz udowadnia, że nie trzeba tym samym przykrywać całości kanonadą bębnienia albo wykręcać karku polirytmią i polimetrią, bo zazwyczaj te dwa rozwiązania pojawią się w momencie odejścia od typowej roli przewodnictwa w kompozycji.

Posłuchaj: King Korn, The Young And Cinema
Gatunek: jazz

75
Raz Dwa Trzy – Trudno nie wierzyć w nic (Warner Music 2003)
Perkusja: Jacek Olejarz

Oj, wielką lekcję gry na bębnach można pobrać słuchając tej płyty! Nie ma tu żadnej nudy w kwestii bębnów, ale najciekawsze i jednocześnie najważniejsze jest, że to wynika z wymogu, jakie stawiają kompozycje. Aranż bębnów jest w pełni dostosowany do tego, co muzycy chcą uzyskać. Poetycki charakter Raz Dwa Trzy ma mocne podstawy w grze Jacka Olejarza, który poprzez umiejętne dopasowanie środków wyrazów buduje tę subtelność, ale jednocześnie robi to z wielką stabilnością. Sam muzyk powiedział kiedyś o sobie: „Nie jestem dobry technicznie, w tych czasach, gdy wszyscy bębniarze siedzieli w piwnicy i tłukli – ja grałem na basie, a dopiero w Raz Dwa Trzy musiałem usiąść za bębnami. Później już byłem za stary, żeby siedzieć po te osiem godzin dziennie. Widziałem, że ten gra tak, a ten tak, podpytywałem, jak co wygląda. Chodzi o to, że tak, jak w jakimś karate jest – powiedzmy – „styl małpy”, tak i tu trzeba znaleźć swoje miejsce.”. Teraz zestawmy te słowa z tym, co słyszymy na płytach i koncertach i zastanówmy się, czy i co jest nam potrzebne do grania muzyki w takim wydaniu.

Posłuchaj: Jutro możemy być szczęśliwi, Tak mówi Pismo
Gatunek: piosenka autorska

74
DAAB – DAAB (Arston/MTJ 1986)
Perkusja: Dariusz Gierszewski

Zapewne brak obecności zespołu Izrael może być dla kogoś niepokojący, ale przypominamy, że bardziej kierujemy się tu w stronę perkusji niż zasług, bo akurat w tej kwestii Izrael zająłby jedno z czołowych miejsc. Izrael dzięki pierwszej płycie wysłał sygnał do wszystkich sympatyków reggae w Polsce, ale był to album w kwestii rytmiki bardzo monotonny i niewiele tam się działo. Daab nagrywał płytę dwa lata później i widać, że ten pierwszy impuls Izraela zrobił swoje. Debiutancki album zespołu znany jest przede wszystkim z utworu „Ogrodu serce”, który do tej pory chętnie puszczany jest w radio. Muzyka reggae ma bardzo specyficzną motorykę oraz groove, który definiuje tak naprawdę całość. Niestety, bardzo łatwo zepsuć całą bazę i wpaść w trywialność poprzez nieprzemyślane (czy też niekompetentne) nałożenie na to bzdurnej warstwy wokalnej. To, co mamy na tej płycie z pewnością takie nie jest i bije na głowę wiele współczesnych piosenek. Chciałoby się tego więcej w polskiej muzyce reggae, jaka jest tworzona obecnie, chodzi tu oczywiście o promowane wydawnictwa i artystów, ponieważ uzdolnionych muzyków mamy mnóstwo. Daab ponad 30 lat temu pokazał, że można to zrobić.

Posłuchaj: Wieczny pielgrzym, Po trzykroć pytam
Gatunek: reggae

73
Turbo – Kawaleria Szatana (Pronit/Metal Mind 1986)
Perkusja: Alan Sors

Zasługi Turbo w kwestii tworzenia polskiej sceny metalowej są nieocenione. Wspólnie z KAT byli liderami polskiej sceny lat 80. Nie byli jednak zupełnie sami. Obok nich było kilka interesujących zespołów, które zaskarbiły sobie sympatię fanów, jednak nie ma porównania z tymi dwoma formacjami, które istnieją do dziś (z kilkoma przerwami „na papierosa”). Wybraliśmy płytę, która jak na tamte czasy zaskakuje dużą dojrzałością i czerpie wzorce zarówno z power, jak i thrash metalu. Na perkusji gra tu nieco zapomniany i bardzo niedoceniany Alan Sors. Dopiero na kolejnej płycie pojawił się Ojciec Chrzestny polskiej perkusji metalowej Tomasz Goehs, który także bębnił w Wilczym Pająku, zespole, który w tym czasie również miał wielki potencjał. „Ostatni wojownik” to już miejscami niemal death metal i mimo potężnej dawki energii nie jest tak przyswajalny, jak „Kawaleria…”. Płyta ta jest jedną z ulubionych polskich płyt metalowych wszech czasów. Muzyka na albumie inspirowała młodych i zachęcała do szybszego skręcania kombinerkami swoich Polmuzów. A do tego ta nazwa krążka… Nikt nam nie wmówi, że nie zrobiło to też swojej roboty – owoc zakazany smakuje najlepiej.

Posłuchaj: Sztuczne oddychanie, Ostatni grzeszników płacz, Bramy galaktyk
Gatunek: heavy metal, thrash metal, power metal

72
Breakout – Blues (Polskie Nagrania Muza 1971)
Perkusja: Józef Hajdasz

Absolutny kanon polskiej muzyki blues-rockowej, a przy tym bębniący nieodżałowany Józef Hajdasz. Piosenki pokroju „Kiedy byłem małym chłopcem” zna chyba każdy. Jest to pierwsza płyta bez Miry Kubasińskiej na wokalu i partiami śpiewanymi zajął się Tadeusz Nalepa. Wracając do wspomnianego hitu, posłuchajmy, co tam robi pan Józef. Praktycznie nic, trzyma cały czas „drive” piosenki, zachowując totalny minimalizm. Po chwili jest „Oni zaraz przyjdą tu”, gdzie gra zupełnie odmiennie, gęsto i z dużą ilością akcentów. Świetne wyczucie! Ale to nie koniec. Zaraz mamy „Przyszła do mnie bieda” ze swingującym ridem. Na dystansie trzech utworów mamy zupełnie różne podejście do granego podkładu przy jednoczesnym zachowaniu atmosfery całości. Trafiają się też dość szerokie rozjazdy sekcji, ale w ostatecznym odbiorze utrzymuje się to wszystko w konwencji w pełni żywego grania, pełnego smaczków. Nie ma tu chirurgii i gry laboratoryjnej, jest za to ekspresja i wspaniały klimat.

Posłuchaj: Oni zaraz przyjdą tu, Przyszła do mnie bieda
Gatunek: blues rock

71
Yattering – Murder’s Concept (Season Of Mist/Metal Mind 2000)
Perkusja: Marcin „Ząbek” Gołębiewski

Ciężko się opisuje ten zespół. Wielkie umiejętności, potężny potencjał, każdy zdejmował czapkę przed Yattering, nawet ci, co nie słuchali takiej muzyki byli pod wrażeniem zawiłości grania przy takiej intensywności. Zespół się jednak rozpadł, a wydaje się, że mógł spokojnie próbować swoich sił na zagranicznym rynku metalowym. Niniejsza płyta przytłoczy niejednego nieobytego w takich dźwiękach, jest to pędzący walec, do tego naszpikowany połamanymi rytmami i bardzo brutalnym wokalem, przeplatany wrzaskliwymi partiami. To, co wyprawia Ząbek na tej płycie, robi wielkie wrażenie do tej pory. Mimo, że płyta nagrywana była prawie 20 lat temu, przy raczkującym wciąż Internecie. Podczas rozmów z innymi bębniarzami metalowymi hasło Ząbek od razu wzbudzało respekt. Perkusista miał nawet krótki epizod zastępstwa w Vader. „Murder’s Concept” to płyta, która pokazuje zawiłość partii bębnów w brutalnym death metalu, coś, czego nie da się wytrenować w rok.

Posłuchaj: Exterminate, Pleasure
Gatunek: brutal death metal

70
Polanie – Polanie (Polskie Nagrania Muza 1967)
Perkusja: Andrzej Nebeski

Zespół nie uraczył nas zbyt dużą ilością nagrań, a szkoda, bo muzyka Polan miała w sobie ciągotę do normalności i czerpania radości z tworzenia piosenek. O ile jazzmani wspięli się na szczyty muzyczne, co ułatwiła (paradoksalnie) otwarta forma, gdzie można było pójść na całego, to w muzyce z bardziej ułożonymi strukturami Zachód był przed nami o kilka długości. Właśnie takie płyty jak ta, pokazywały, że byli jednak muzycy i zespoły, którym wystarczyło kilka impulsów, by ten dystans zmniejszyć. Album jest doskonałym punktem odniesienia z racji jego budowy. Na pierwszej stronie mamy autorskie kompozycje zespołu, na drugiej interpretacje utworów zagranicznych wykonawców, jak np. „Black Jack” Raya Charlesa czy też „I’m crying” The Animals. Polanie wypadli przyzwoicie, chociaż w ich piosenkach wielkiej oryginalności nie było, wystarczy przypomnieć sobie, co się działo wtedy na światowej scenie muzycznej. Covery zagrali świetnie i wyszło to trochę jak polska wersja Vanilla Fudge. Andrzej Nebeski rozkręca się właśnie w drugiej części albumu i jego gra nabiera rumieńców, chociaż piosenki autorskie zagrał z miękkością i lekkością, jakiej można pozazdrościć. Pamiętajmy, cała akcja dzieje się ponad 50 lat temu.

Posłuchaj: Długo się znamy, I’m Crying
Gatunek: rhythm and blues

69
Kult – Tata Kazika (S.P. Records 1993)
Perkusja: Andrzej Szymańczak

Z doborem płyt Kultu może być problem, ponieważ zespół – patrząc z perspektywy czasu – ma kilka płyt, które u fanów cieszą się największym uznaniem. Dla nas sprawa powinna być łatwiejsza, ponieważ patrzymy na rolę bębnów w muzyce, co oczywiście wiąże się z niezadowoleniem tych, co o tym zapominają i patrzą wyłącznie przez pryzmat dostarczanych emocji. Co ciekawe, w kwestii bębnów jest bardzo podobny problem, ponieważ są płyty, gdzie praca sekcji zasługuje na uwagę, ale nie do tego stopnia, by je wszystkie wymieniać. Równocześnie można by było tu dać albumy „Spokojnie” (i np. piosenka „Do Ani”) albo „Muj wydafca” (ze słynnym groovem z „Lewe lewe loff”, którego trzeba posłuchać!). Zdecydowaliśmy się na „Tatę Kazika” z racji tego, że jest to tak jakby płyta przejściowa między tą bardziej surową odsłoną zespołu, a tą bardziej poukładaną i klarowną, chociaż wciąż pełną uszczypliwości i treści między wierszami. Na bębnach zagrał nieżyjący już, niestety, Andrzej Szymańczak. „Tata Kazika” to piosenki ojca lidera, pana Stanisława Staszewskiego, a tego typu projekty są zawsze bardzo interesujące.

Posłuchaj: Knajpa morderców, Baranek
Gatunek: rock

68
Lady Pank – Na Na (Koch 1994)
Perkusja: Kuba Jabłoński

Jest to powrót Lady Pank po przerwie, powrót bardzo udany. Z oryginalnego składu zostali Jan Borysewicz i Janusz Panasewicz, za bębnami zasiadł młody perkusista Kuba Jabłoński: „Janek myślał o powrocie Lady Pank od jakiegoś czasu i chciał mieć nowy skład zespołu. Pamiętam, że mój dobry kolega, który go znał, przeprowadzając kiedyś wywiad z Janem, dowiedział się, że poszukuje bębniarza. Powiedział mu, że jest tu taki młody, obiecujący... Janek na to: „Tak? To gdzie mogę go posłuchać?”. Za tydzień, w klubie z Kazikiem. Przyszedł, posłuchał i później dostałem telefon, że chce się ze mną spotkać.” To był prawdziwy strzał w dziesiątkę, bo kolega z klasy Michała Dąbrówki i Roberta Lutego wniósł dużo świeżości, zadziorności i tego nowoczesnego dynamitu. Nie sprawia wrażenia perkusisty poszukującego, on już wiedział i miał to przećwiczone. Płyta ma w sobie dużo lekkości przy jednoczesnym hardrockowym charakterze, które kojarzą się z solowymi projektami Jana Bo. Tam później Kuba także grał.

Posłuchaj: Na na, Na co komu dziś
Gatunek: rock, hard rock

67
Extra Ball – Birthday (Polskie Nagrania Muza/Warner Music 1976)
Perkusja: Benedykt Radecki

Birthday czyli narodziny. Narodziny formacji, która cieszyła się sporym uznaniem z racji poziomu prezentowanej muzyki. Kolejny przykład na to, że polscy muzycy mimo dużej izolacji z rozwiniętym zachodnim rynkiem muzycznym byli czujni i szybko odnajdywali się w rzeczywistości, dodając do tego nową jakość. Zespół prowadził świętej pamięci Jarosław Śmietana, który w latach 80 nagrał szereg płyt z Jackiem Pelcem za bębnami. Zresztą Jacek napisał książkę wspomnieniową o panu Jarku, gdzie brutalnie obnaża realia, w jakich przyszło się im poruszać. „Birthday” zostało wydane pierwotnie w ramach serii Polish Jazz z numerem 48, a na perkusji gra tu niezbyt znany w szerszym środowisku perkusyjnym Benedykt Radecki (Niebiesko-Czarni, Dżamble). Sami bijemy się w pierś, że nie przedstawiliśmy sylwetki perkusisty do tej pory na naszych łamach. Dla potwierdzenia wystarczy wsłuchać się w muzykę na tej właśnie płycie. Całość rozkręca się bardzo powoli, ale w trzeciej kompozycji mamy już piękną miarową jazdę, która porywa cały utwór. Dalej jest już tylko lepiej. Koniecznie do odkurzenia i odsłuchania przez każdego bębniarza.

Posłuchaj: Bez powrotu, Podróż w góry, Siódemka
Gatunek: jazz, fusion

66
Young Power – Young Power (Polskie Nagrania Muza 1986)
Perkusja: Andrzej Ryszka, Krzysztof Zawadzki

Kolejny projekt muzyczny, przez który przewinęła się plejada wspaniałych muzyków, a wśród nich świetni perkusiści. Na tym albumie mamy Andrzeja Ryszkę, udział wziął również Krzysztof Zawadzki. Później bębnił w zespole sam Jurek Piotrowski. Nie zapominajmy też o kolejnym gigancie polskiej perkusji, jakim jest wibrafonista Bernard Maseli, który także pojawiał się na płytach Young Power. Cały projekt jest pod kierownictwem Krzysztofa Popka. Całość materiału muzycznego klasyfikowana jest jako jazz, ale mamy tu sporo fusion, a instrumentarium, jakie jest wykorzystane, od razu przenosi nas w świat big-bandu. Prawdziwa mieszanka, która wywołuje wielkiego banana na twarzy. Świetne partie perkusji Andrzeja Ryszki uzupełniane są często instrumentami perkusyjnymi. Płyta miejscami sprawia wrażenie, jakby była ścieżką dźwiękową w jakimś filmie z racji swojej dynamiki, nośności i przestrzeni, jaką dodają instrumenty dęte. Tym samym linia bębnów skupiona jest mocniej na trzymaniu steru utworu i akcentowaniu, co w takich aranżacjach do najłatwiejszych nie należy. Bardzo pozytywna muzyka!

Posłuchaj: Dziadki bez orzechów, One by one
Gatunek: jazz, big band free jazz

65
Kombi – Królowie życia (Wifon 1981)
Perkusja: Jan Pluta

Kombi w odsłonie nieco zapomnianej, a przecież jest tu jeden z najbardziej perkusyjnych utworów zespołu. Kompletnie odmienny od tego, co na następnej płycie usłyszymy w „Słodkiego, miłego życia”. Chodzi tu oczywiście o piosenkę „Bez ograniczeń”, którą znał każdy w latach 80 z racji niezwykle popularnej telewizyjnej świetlicy dla dzieci pracowników telewizji, czyli programu „5-10-15”. Przez dwie pierwsze płyty zespołu (ta jest druga) klasyfikują Kombi jako zespół rockowy, późniejsze nagrania zdecydowanie przenoszą kapelę w świat muzyki syntezatorów i popu. Jedni wolą wcześniejszą odsłonę, ale zdecydowana większość ma słabość do wersji późniejszej, głównie przez bardziej wypromowane i popularne hity. Wróćmy jednak do tego, co zagrał nieżyjący już, niestety, pan Jan Pluta. „Bez ograniczeń” to prawdziwy majstersztyk pracy sekcji. Szkoda, że obecne wykonania, szczególnie przez Sławomira Łosowskiego, tak mocno odbiegają od oryginału. Jan Pluta gra tam bardzo zamaszyście, szeroko, dosłownie bez ograniczeń, lekkie nierówności dodają kompozycji naturalności i życia. Grzegorz Skawiński śpiewa z pazurem i widać, że rock jest jego prawdziwym żywiołem.

Posłuchaj: Nie mam nic, Bez ograniczeń, Teleniedziela
Gatunek: rock

64
Illusion – Illusion 3 (Polton/Metal Mind 1995)
Perkusja: Paweł Herbasch

Niedawno publikowaliśmy fajny wywiad z Pawłem Herbaschem na temat nowej płyty Illusion „Anhedonia”, która została wydana w marcu 2018 roku. Przy okazji pokusiliśmy się o podsumowanie partii bębnów na płytach zespołu i wskazaliśmy tam płytę „3” i album koncertowy. Patrząc czysto pod kątem bębnów nic się w naszej ocenie nie zmieniło, dochodzi jeszcze dodatkowy element w postaci porwania tłumów. To były czasy, gdy na scenie metalowej niepodzielnie rządziły dwa zespoły Acid Drinkers i Illusion (kto pamięta Lipę z włosami podczas zwycięskiego przeglądu Marlboro Rock In?). Acid to zespół mocniejszy, szybszy, bazujący na thrash metalu, Illusion (głównie z okresu dwóch pierwszych płyt) zgarnęło publikę nieco mniej nastawioną na skok na główkę ze sceny, chociaż młodzież salta robiła wybitne. Dodatkowo Illusion miał wyraźne wpływy muzyki ze Seattle, szczególnie w wokalnej manierze Lipy, który potrafił balansować między Pearl Jam a Panterą (często mówiono później o nim jako o polskim Anselmo), co słychać lepiej na „trójce”. Kolejny element to teksty, które wyróżniały się wśród infantylnych treści metalowych. Paweł nigdy nie wychodził na pierwszy plan i jego partie to głównie stopa, werbel i blachy. Ależ jak on to grał… Żadnych czopsów i połamańców, a wszystko szło jak po nitce! Na tej płycie perkusista zagrał chyba swoje najlepsze partie. Nic dziwnego, że ci, którzy nie odnajdywali się w szaleństwie Ślimaka, lgnęli do Pawła. Obaj panowie wspaniali, obaj świetni na swoich stołkach. Płyty „Illusion” i „Illusion 2” są bardziej cenione wśród fanów, ale perkusyjnie „3” jest stanowczo najlepsza.

Posłuchaj: Vendetta, Nowhere
Gatunek: heavy rock, metal

PAWEŁ HERBASCH o werblu na płycie:

Z tego, co sobie przypominam, to po prostu stroiłem werbel dość wysoko, a przez jakiś czas grałem na pikolaku. To był metalowy, chyba 3,5-calowy pikolak. Takie brzmienie mi się podobało, podczas sesji nagraniowych realizator nigdy nic do takiego brzmienia nie miał i tak to naturalnie wyszło.

 

63
Perfect – Perfect (Polskie Nagrania Muza/Polskie Radio 1981)
Perkusja: Piotr Szkudelski

Cóż za rechot historii funduje nam Grzegorz Markowski w pierwszym utworze: „Dzisiaj benzyna w takiej cenie, że samochód nie na moją kieszeń.” Piosenka sprzed 37 lat… Odłóżmy jednak na bok warstwę tekstową i wszelkie parafrazy „Chcemy być sobą” na „Chcemy bić ZOMO”, chociaż trzeba przyznać, że teksty zespołu miały bardzo duże znaczenie w ogólnym odbiorze przez fanów, a szczytem będzie „Autobiografia”, która pojawi się na kolejnej płycie. Piotr Szkudelski jest bębniarzem rockowym, który idealnie wpisuje się w tytuł jednej z piosenek („Nie igraj ze mną wtedy, kiedy gram”), ale na tym albumie słyszymy bardzo dużo subtelności i wyważenia w jego grze. Na uwagę zasługuje też jego charakterystyczna gra na hi-hacie, świadczy to o jego dużej muzykalności i wyczuciu. Posługuje się sprawnie zarówno klimatami typowymi 4/4, jak i podziałami trójdzielnymi. Album legendarny, kilka lat temu odkurzony i wznowiony.

Posłuchaj: Bla bla bla, Ale wkoło jest wesoło, Nie igraj ze mną wtedy, kiedy gram
Gatunek: rock, hard rock

PIOTR SZKUDELSKI opowiadał nam kiedyś o sesji nagraniowej płyty:

Ta płyta powstała w bardzo specyficzny sposób. My nie wchodziliśmy do studia, żeby nagrać album. To były dwie sesje radiowe. Teraz to jest wydanie z dodatkami z trzeciej sesji radiowej. Nie było innej możliwości, żeby móc szybko i sprawnie pracować w studiu. Próby zaczęliśmy we wrześniu 1980 r. w sali 06 Klubu Stodoła. Na początku śpiewał Zbyszek Hołdys. Później dołączył Grzesiek Markowski. To był morderczy okres przygotowań. Chodziłem na próby, jakbym pracował w jakimś zakładzie na etacie. Zaczynaliśmy o godz. 10, a kończyliśmy o 15 lub 16. I tak dzień w dzień z wyjątkiem niedziel. „Naćwiczeni” byliśmy na maksa, a ja dodatkowo mocno zestresowany, bo czekało mnie pierwsze w życiu wejście do studia nagrań.

Te nagrania z pierwszej płyty to w zasadzie „setki”. Poza wokalem nagrywanym osobno, wszyscy stali w jednym pomieszczeniu. Był tylko boks na bębny, żeby mnie akustycznie odseparować, przynajmniej trochę. Nagrywanie wyglądało tak, że wykonywaliśmy cały numer i wersja albo zostawała przyjęta, albo nie. Realizatorzy dokonywali cudów, żeby na starym wyposażeniu osiągnąć satysfakcjonujące wszystkich brzmienie. Praca nad debiutem była też dla nas uciążliwa organizacyjnie. Czasem sesja zaczynała się o godz. 22. No, ale żeby wydać dźwięk, trzeba było najpierw wnieść sprzęt, a ja wtedy nie miałem jeszcze żadnych technicznych do pomocy. Sami musieliśmy się rozstawić, nastroić, potem cała „gałkologia” za stołem i w końcu właściwe nagrywanie. Było ciężko, ale dzisiaj mamy z tych nagrań radość i satysfakcję.

 

62
Edyta Górniak – Dotyk (EMI 1995)
Perkusja: Michał Dąbrówka

Typowy przykład płyty z kategorii „Nie oceniaj po okładce”. Edyta Górniak jest rewelacyjną wokalistką. Czy to się komuś podoba, czy nie, jest to po prostu fakt. Jest przy tym kojarzona bardziej z popowymi, łatwymi w odbiorze kompozycjami, gdzie głos wokalistki i interpretacja tekstu są na pierwszym planie. Nie oznacza to jednak, że perkusista nie ma tu nic do roboty, wręcz przeciwnie, tego typu produkcje wymagają perfekcyjnego przygotowania ścieżki rytmicznej. Grania Michała Dąbrówki nie ma może tu zbyt dużo, ale jak jest to od razu trzeba zdjąć czapkę z głowy. Płyta Edyty Górniak jest idealnym materiałem poglądowym dla wszystkich bębniarzy, szukających szczęścia w muzyce jako sideman. Nie ma tu ego, nie ma mojego widzimisię. Otwierający płytę utwór „Jestem kobietą” robi wielkie wrażenie pod kątem pracy sekcji. Całość gry Michała na tej płycie przypomina bardziej to, co zwykł robić Jeff Porcaro, aniżeli Dave Weckl, do którego tak namiętnie starano się porównywać polskiego perkusistę. A parę lat później powstałą płyta „Live 99” i żarty się skończyły na dobre!

Posłuchaj: Jestem kobietą
Gatunek: pop

MICHAŁ DĄBRÓWKA wspomina ten okres:

„Jeszcze zanim powstała ta płyta zastępowałem Radzia Macińskiego w produkcjach Januszów Stokłosy i Józefowicza – czyli Musical „Metro”, który był grany jeszcze w Teatrze Dramatycznym, „Do grającej szafy grosik wrzuć” oraz „Brel”, grane w Buffo, w których oczywiście występowała Edyta. Te doświadczenia mocno mnie ukształtowały – nauczyłem się pływać wrzucony na środek oceanu... Oczywiście nocą podczas sztormu (śmiech). Janusz Stokłosa wtedy bardzo nam pomógł, inwestując w nagrania demo Woobie Doobie, jeszcze zanim nagraliśmy „The Album”. Współpraca z Edytą była naturalną konsekwencją tego, o czym mówiłem wcześniej. Młodziutki przezdolny Wojtek Olszak ogarniał warstwę kompozycyjną i produkcyjną. „Jestem kobietą”, o ile dobrze pamiętam, był pierwszym utworem, jaki nagraliśmy dla Edyty – i masz ci los – od razu mega hit (śmiech). Do dziś w domowym studio wisi podwójnie-platynowa płyta za „Dotyk”. Jest raczej rzadkością, aby sideman, biorący udział w nagraniu otrzymał taki gadżet. W latach 90-tych płyty sprzedawały się w setkach tysięcy, niekiedy w milionach egzemplarzy... El Dorado – mało powiedziane…”.

 

61
Collage – Moonshine (SI Music/Metal Mind 1994)
Perkusja: Wojciech Szadkowski

Szczerze mówiąc, jakby tak zebrać wszystkie płyty polskiego rocka progresywnego to płyta „Moonshine” jest chyba najczystszym przedstawicielem tego gatunku. Nie jest to oczywiście najważniejsze w postrzeganiu całości, ale daje to jakiś obraz, ponieważ jak to mówił Frank Zappa: „Pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury.” Album ma w sobie wszystko, co ma rock progresywny – od treści płyt, wokali, brzmienia, budowy kompozycji po instrumentarium i partie bębnów. Płyta została wydana na Zachodzie i spotkała się tam z dobrym odbiorem. Wojciech Szadkowski wzorowo korzysta z dużego zestawu bębnów. Nie popisuje się w żaden sposób, prowadzi całą formację przez kolejne minuty. Rok temu pisaliśmy, że Wojciech sam o sobie mówi, że jest stworzeniem scenicznym, a co do techniki gry… Cóż, tu może niektórzy będą zaskoczeni, ale perkusista nie jest typem muzyka, który siedzi godzinami ćwicząc paradiddle na padzie i rozwiązuje skomplikowane ćwiczenia w „odd times”. Ciekawe, prawda?

Posłuchaj: The blues, Moonshine
Gatunek: rock progresywny

WOJCIECH SZADKOWSKI wspomina początki zespołu:

My po prostu graliśmy, graliśmy, graliśmy... To było jak narkotyk. Mieliśmy świadomość, nagrywając „Baśnie”, że nie ma takiego zespołu w kraju, ale to nie była myśl przewodnia, determinująca nas czy dodająca nam skrzydeł. Wręcz przeciwnie – to nas przygnębiało. Sądziliśmy, że nie mamy szans na rynku zdominowanym inną muzyką. O rynku zachodnim nie wspominając. Natomiast mieliśmy poczucie własnej wartości i marzyliśmy, oglądając koncerty zagranicznych wykonawców, jak byłoby wspaniale zagrać gdzieś tam na dalekich scenach, jak oni, nie bardzo w to jednak wierząc. Myliliśmy się. Po ukazaniu się pierwszej płyty posypały się dobre recenzje w Polsce, wywiady w radio, TV, duże festiwale... I do tego doszedł nieoczekiwany sukces „Baśni” na rynku zachodnim. Bez Internetu czy dystrybucji. Wtedy właśnie – już bardzo świadomie – zaczęliśmy dążyć do przebicia się na rynek zachodni, co udało się płytą „Moonshine”.

 

60
String Connection – Workoholic (Poljazz 1982)
Perkusja: Zbigniew Lewandowski

Popularny „Levandek” to muzyk perkusista, który jest w polskim topie perkusistów pod kątem czucia muzyki i finezji gry, szczególnie w klimatach jazz, fusion, rock. I tym zdaniem możemy zakończyć opis płyty, na której oprócz mistrza grają Krzesimir Dębski, Andrzej Olejniczak, Janusz Skowron, Krzysztof Ścierański (gościnnie Zdzisław Śróda i Mirosław Michalak). Pierwsza płyta formacji String Connection z 1982 to album, z którego można czerpać garściami z profesorskiej gry Zbigniewa Lewandowskiego i pracy w sekcji z Krzysztofem Ścierańskim. Tyle!

Posłuchaj: Kill the Raven, Gutan Dance
Gatunek: fusion, jazz

59
Maanam – Maanam (Wifon/Pomaton EMI 1981)
Perkusja: Paweł Markowski

Zasadniczo w tym miejscu trzeba pokazać dwie płyty Maanamu, prezentowaną debiutancką i drugą wydaną rok później „O!”. Dlaczego więc zdecydowaliśmy się w naszej perkusyjnej podróży przez polską muzykę na „jedynkę”. Już na wejściu Paweł Markowski robi solidne zamieszanie. Na obu albumach są świetne kompozycje, które na stałe wpisały się w repertuar zespołu, ale nawet naczelny Perkusisty zdecydował się na pierwszą płytę, mimo że „O!” zaczyna się od solidnego łyku piwa („Bodek”), co zresztą było pomysłem perkusisty. Na „Maanam” mamy „Szare miraże”, „Karuzelę marzeń”, „Szał niebieskich ciał”, a na takim „Buenos Aires” wybiła się chociażby Justyna Steczkowska swoją kosmiczną interpretacją. Jest tu do czego tupać nogą, bo piosenki są porywające, a Kora wręcz bezczelna w swoim śpiewie, bez żadnych kompromisów, niesamowity ogień! Paweł Markowski zasuwa jak kosiarka i niesie cały zespół ze sobą. Płyta „O!” to „O! Nie rób tyle hałasu”, „Paranoja jest goła”, „Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech”, a perkusyjnie ciekawy „An-24 Antonow”. To jeszcze nie koniec z Maanamem na naszej liście. W 1983 pojawi się płyta z najsłynniejszą partią bębnów w historii polskiej muzyki, ale o tym w innym miejscu…

Posłuchaj: Stoję, stoję..., Szare miraże
Gatunek: rock, nowa fala

58
Kobranocka – Ku nieboskłonom (Izabeln/MTJ 1992)
Perkusja: Piotr Wysocki

Płyta, która została wydana zaraz po albumie „Kwiaty na żywopłocie”, gdzie znalazł się największy hit zespołu „Kocham cię jak Irlandię”. Perkusyjnie jednak warto przyjrzeć się właśnie tej produkcji. Na bębnach gra Piotr Wysocki i nie pozostawia nikomu złudzeń, że jest jednym z najsilniejszych ogniw zespołu. Utwór „Pałacyk i latarenka” nasuwa się naturalnie, ale zaraz po zakończeniu młynów w tej kompozycji rozpoczyna niemiłosiernie w „Z łopotem flag”. Piotr pędzi niesamowicie energicznie przez całą płytę i da się wyczuć jednoczesne testowanie wytrwałości naciągów, blach i pałek. Po drodze nie brak też rock’n’rollowych jaj („Poznałem cię na procesji”) i wszystko w porządnym groove’ie. No i wreszcie na sam koniec mamy piękną puentę i piosenkę, która chłoszcze nostalgią pokolenie 40-latków, chodzi oczywiście o utwór „Hipisówka” i „Znów zabijają w nas młodość, znów zabierają nam wolność…”. Utwór, który na Zachodzie zagrany przez którąś z ówczesnych kapel glamowych byłby wielkim hitem.

Posłuchaj: Pałacyk i latarenka, Radio powinno być dla gówniarzy
Gatunek: rock

57
Wilki – Wilki (MJM 1992)
Perkusja: Marek Surzyn

Nazwisko Marka Surzyna w tym okresie było bardzo gorące, bębniarz był w ogniu działań i zaproszenie na sesję wiązało się z konkretnym efektem. Tak właśnie stało się na debiutanckiej płycie Wilków. Sama płyta odniosła wielki sukces i wiele piosenek wciąż słychać w radio. Zaraz po sesji do zespołu dołączył Marcin Szyszko, który podczas nagrywania w studio się pojawił, ale nie brał udziału w rejestracji śladów. Jest to kolejny album na naszej liście, który można uznać za wzorcowy w kontekście pracy muzyka sesyjnego na albumie rockowym z dużą ilością smaczków innych stylistyk. Wszystko jest tu spójne i jednocześnie bardzo gęste. Lektura obowiązkowa dla wszystkich sidemanów, granie Marka Surzyna na tej płycie jest po prostu wciąż bardzo aktualne.

Posłuchaj: Aborygen, Nic zamieszkują demony
Gatunek: rock

MAREK SURZYN o debiucie Wilków:

W tamtym czasie byłem „gorącym” nazwiskiem, więc zadzwoniła do mnie Monika – menadżerka zespołu, żona Roberta – z propozycją współpracy. Umówiliśmy się na spotkanie, pogadaliśmy chwilę i zostałem wynajęty jako muzyk sesyjny. Dostałem jakieś demo, ale to był jeden wielki chaos. Oczywiście była melodia, jakieś pady i przebiegi harmoniczne, ale jak się okazało, w studiu było trzeba trochę pozmieniać, bo coś było za krótko, forma nie taka, a komputerowo wtedy się tak nie ogarniało za bardzo. Myślałem, że gram refren, a to była zwrotka (śmiech). Na demo forma była jeszcze niedopracowana, a ja już jednak grałem takie formy jak powinny być. Dzisiaj nie ma problemu, bo można wrzucić wszystko w komputer i pozamieniać. Nawiasem mówiąc, ta płyta Wilków to casus Ścierański-Surzyn Trio. Robert zrobił bardzo dobry materiał, a później nasi wielcy specjaliści pisali recenzje, że ta płyta jest świetna, bo właśnie tam gra Ścierański, Surzyn czy Gładysz, ale przede wszystkim dlatego, że nagrał ją Leszek Kamiński. Robert był w świetnej formie kompozytorskiej i zespół był przygotowany, to był ich materiał i my nic nowego nie stworzyliśmy. Zagraliśmy to po prostu jak sprawni muzycy sesyjni. Bas miał początkowo grać ktoś inny niż Krzysiek Ścierański, ale nie mogli się z tamtym basistą dogadać, więc Monika zadzwoniła i spytała, czy mam jakiegoś basistę, bo oni mają termin, którego nie da się przełożyć. Musieli to nagrać w ciągu jednej sesji, więc potrzebowali basisty, który nauczy się materiału w studiu i to zagra. Wtedy mogłem wskazać tylko na Krzyśka Ścierańskiego, z którym grałem już 3 lata i wiedziałem, że da radę. Tak więc weszliśmy do studia, nauczyliśmy się materiału i zagraliśmy wszystko w ciągu jednej sesji.

To była bardzo długa sesja, która trwała chyba koło 26 godzin, przerwę mieliśmy tylko na kurczaki, które dowiozła Monika (śmiech). Bębny zostały bardzo dobrze nagrane przez producenta Hakana Kursuna. Robert się śmiał, że to są najlepiej nagrane bębny w historii jego płyt. Na tym albumie jest góra, słychać talerze, hi-hat. Może na „Aborygenie” tego nie słychać, bo jest sieczka, ale ja specjalnie zagrałem taki mocno funkowy beat, a Krzysiek do tego klangował. Robert nienawidzi takiego grania, ale w studio był na tyle nakręcony, że to kupił. Dopiero przy zgrywaniu zaczął mieć wątpliwości i nie pamiętam, jak to się stało, może sam do tego doszedł, ale w końcu zagłuszył tę sekcję akustykiem. Są momenty, gdzie gram takie U2, ale „pod kantem” jest sieczka. Najlepiej wspominam jeden psychodeliczny utwór, gdzie najwięcej gram na bębnach – „Uayo”. Takie fajne, klimatyczne granie.

 

56
Klaus Mitffoch – Klaus Mitffoch (Tonpress/MTJ 1985)
Perkusja: Marek Puchała

Bardzo ważna płyta w historii polskiego rocka, a przy tym z genialnymi partami sekcji rytmicznej. Nowa fala, czyli mamy kanciaste, sztywne granie z rwanymi prostymi akcentami, ale nie oznacza to, że popadamy w jakąś wtórność. Tutaj kłania się wyobraźnia muzyczna i wrażliwość artystyczna. Wszystko się nam pięknie zazębia w tej historii, Marek Puchała jest od wielu lat dyrektorem BWA Galerii Sztuki Współczesnej we Wrocławiu, a wówczas student Państwowej Wyższej Szkoły Plastycznej. No i nam pan dyrektor tu polepił rewelacyjne partie, gdzie cała ekipa Lecha Janerki może sobie hulać do woli na stabilnej bazie. Mamy tu dużo typowego szybkiego hi-hatu, ale też sporo smaczków i celnych akcentów. Jak zawsze pod kątem treści płyty mamy bunt i sprzeciw, coś, czego nie ma już we współczesnym konającym rocku.

Posłuchaj: Wiązanka pieśni bojowych
Gatunek: nowa fala, rock

55
Skaldowie – Cała jesteś w skowronkach (Polskie Nagrania Muza 1969)
Perkusja: Jan Budziaszek

Płyta, która pokazuje mocne ciągoty Skaldów w stronę ambitnej muzyki instrumentalnej i eksperymentów stylistycznych, ale wciąż pełna hitów, które paradoksalnie zasłoniły to progresywne oblicze zespołu. Panowie, stawiani jako zespół rozrywkowy do postukania nóżką, mieli tak naprawdę niesamowicie interesujące kompozycje. Wielogłosy, bogate instrumentarium, ciekawostki muzyczne (łącznie z żarcikami) i pośrednie, i bezpośrednio nawiązania do stylistyk i zespołów (weźmy „Króliczka”, który jest po prostu utworem Beatlesowym!). W tym wszystkim za bębnami działa Jan Budziaszek i robi robotę niczym dobry sędzia piłkarski. Jest skuteczny do bólu, ale jednocześnie praktycznie niezauważalny. Prowadzi utwory, trzyma wszystko w ryzach i równolegle daje im żyć swoją bogatą strukturą. Sam czasami zagra przejście, jakiego nie powstydziłby się niejeden metalowiec. I teraz szybko przypomnienie, mamy przecież koniec lat 60! A tu perkusista z Polski na światowym poziomie. Skaldowie nagrywani i prowadzeni na zachodnim rynku muzycznym staliby się niemniej sławni niż Jethro Tull, Yes czy Genesis. Słuchanie tej płyty każdemu wyjdzie na plus! A przecież w 1972 powstałą jeszcze płyta koncepcyjna „Krywań, Krywań”.

Posłuchaj: Bas, Z kopyta kulig rwie, Prześliczna wiolonczelistka
Gatunek: folk rock, rock

54
Sbb – Memento z banalnym tryptykiem (Polskie Nagrania Muza/Metal Mind 1980)
Perkusja: Jerzy Piotrowski

Ostatnia płyta SBB przed ostatecznym rozpadem oryginalnego składu. Lata doświadczeń i tysiące godzin wspólnego grania przełożyły się na album, który jest na poziomie światowym bez żadnej minimalnej wątpliwości. Jest to też jedna z najlepszych płyt w dorobku zespołu. Niestety, atmosfera w zespole przegrzała się i panowie skończyli płytę, kładąc kres pewnej epoce. Gitarzysta Apostolis Anthimos tak to wspominał na naszych łamach: „Graliśmy wtedy z Piwowarem na drugiej gitarze. Sławek był świetnym muzykiem, kleił się do wszystkiego i łapał w mig. Józek mi mówi: „Z Piwowarem to idzie zagrać, a z tobą nie!”. No to jak nie, to nie, któryś już raz w SBB wziąłem walizki i do widzenia. Za trzy dni dzwoni do mnie, że trzeba postawić kropkę nad i, no to przyjechałem i dograłem to solo na koniec Memento z Banalnym Tryptykiem.” W temacie perkusji nie ma co owijać w bawełnę – Jurek Piotrowski jest nie do zatrzymania! Wejście w płytę jest zabójcze, ale cały „Dream Theater” zespołu słychać w wielkiej suicie, jaką jest utwór tytułowy. Celowo użyliśmy porównania do Amerykanów, ponieważ wielu rodzimych fanów ich kunsztu nie wie, że 15-20 lat wcześniej w komunistycznej Polsce był zespół, który grał podobnie i miał przy tym lepszy wokal.

Posłuchaj: Moja ziemio wyśniona
Gatunek: rock progresywny

53
Organek – Głupi (Mystic 2014)
Perkusja: Robert Markiewicz

Patrząc z perspektywy całej naszej historii muzyki jest to produkcja świeża, jednak wniosła dużo ożywienia na naszej scenie. Nie wyobraża sobie chyba nikt Juwenaliów bez ekipy Organka, grającej starego, dobrego rock and rolla, który jednak nie jest obrośnięty mchem. O popularności kapeli świadczy też to, że po koncertach plenerowych biletowane koncerty w klubach także szczelnie wypełniają się fanami. W redakcji stawiamy stanowczo na śpiewanie po polsku w tego typu muzyce z racji bezpośredniości przekazu, ale w utworach anglojęzycznych jest tu również przyjemnie. Na perkusji młóci tutaj jeden z największych współczesnych uśpionych wulkanów perkusji – Robert Markiewicz. Robert ma w sobie iskrę scenicznego szaleńca, ale naszym zdaniem (szczególnie naczelnego Perkusisty) ten lont wciąż się pali, pali i nie może eksplodować. Na płycie zagrał prosto z serducha, tak to słychać. Na scenie trzymając wszystko w ryzach potrafi się rozkręcić, ale tak, jakby wciąż uważał, że nie wypada… Robert, wypada, i to bardzo!

Posłuchaj: Nazywam się Organek, Stay
Gatunek: rock

ROBERT MARKIEWICZ o pierwszej płycie zespołu ORGANEK:

Może nie powinienem o tym tak mówić, ale tę płytę lubię chyba najbardziej. Jest nagrywana bardzo dziewiczo, surowo, z wieloma błędami, bez naszego przyjaciela w studio, który jest niesamowicie zdolny i robi rzeczy niesztampowe. Ma takie podejście do nagrywania, bo nie naczytał się wielu rzeczy, ale wie, co jest dobre. Ma świetne mikrofony, wszystko mieliśmy super. Popełniliśmy mnóstwo błędów, ale dlatego właśnie było to tak naturalne. Ta płyta ma dużo przestrzeni i jest po prostu organiczna. To nie jest wypieszczona płyta. Nagrywając ją nie mieliśmy żadnych oczekiwań, byliśmy w dołku po spadku działalności SOFY. Tomek pewnego dnia przyszedł i powiedział, że robimy coś nowego i nie wiadomo, co z tego będzie. Może coś z tego wyjdzie, może nie. Wszystko było tak na krzywy ryj robione. Oczywiście mieliśmy nadzieję, ale nie było żadnych oczekiwań.

Na teledysku do „Głupi ja” Tomek na początku idzie i tupie, później obiera ziemniaki. W studiu stały drewniane podesty, bo Maciek tam nagrywał jakiś chór wcześniej i właśnie w te podesty tak stukał, że niby idzie. Te rzeczy były robione na szybko, na surowo. Spontaniczne pomysły. Np. postukał nogą w któryś mój bęben i tak to szło. Wystarczy posłuchać gitary, to przecież jest surówka totalna, zagrane po prostu na raz. W tym momencie ta piosenka ma już ponad 10 milionów wyświetleń i taki sukces odniosła. Ostatnio nawet się zastanawiałem nad tym fenomenem. Jest też piosenka „Stay”, którą uwielbiam, bo właśnie tam jest tak dużo przestrzeni i znowu to słowo – jest organiczna. Te numery ewoluowały i dojrzały w nas, dlatego ja to tak teraz odbieram. Gram obecnie zupełnie inaczej i wiele rzeczy się zmieniło, ale jak wracam do tej płyty, to sam do siebie mówię „o, ku*wa”. Gram tam tak jakby bardziej prymitywnie, ale to jest właśnie fajne. Niektóre rzeczy udoskonaliłem i oczywiście nie jest to złe, ale tamto granie, prostsze i może mniej wyrafinowane jest równie fajne, a może nawet na tamten moment lepsze. To jest właśnie niesamowite!

 

52
Czerwone Gitary – To właśnie my (Pronit/Polskie Nagrania Muza 1966)
Perkusja: Jerzy Skrzypczyk

Można inspirować na wiele sposobów, ważne, żeby było to skuteczne i pozytywne. Niekoniecznie musi być to bezpośrednia indoktrynacja perkusyjna, wystarczy, żeby młodzi ludzie słysząc muzykę chcieli też grać w zespole i grać piosenki. Taką płytą jest właśnie… „To właśnie my”. Nie ma tu solówek czy też rozbudowanych kompozycji powyżej 4 minut (jeden wyjątek 4:02). Chodziło o proste, chwytliwe dla ucha piosenki, które sobie leciały w tle. No prawie. Ówczesna młodzież (czyli nasi rodzice lub dziadkowie) mieli problemy ze słuchaniem tych długowłosych (!) szarpidrutów, ale Czerwone Gitary potrafiły przekonać ich rodziców. Tak czy inaczej, dzięki działalności zespołu wielu młodych chłopców (dziewczynki w tej kwestii miały przechlapane i nie zmieniła tego nawet bębniąca Anula w serialu Wojna Domowa) sięgnęło po „kuchenną” perkusję, żeby grać w zespole. Niestety, dostać prawdziwe bębny nie było łatwo, tak jak jest to teraz. Jerzy Skrzypczyk był posiadaczem pierwszego Ludwiga, takiego jakiego miał Ringo Starr. Gra tu swoje, bardzo sumiennie i rzetelnie, a to przecież też nie jest tak oczywiste. Dzięki niemu piosenki są łatwe do przyswojenia, a tak właśnie miało być. To już ponad 50 lat!

Posłuchaj: Nie zadzieraj nosa, Pięciu nas jest
Gatunek: bigbit

51
Krzysztof Dziedzic – Tempo (Fortune 2017)
Perkusja: Krzysztof Dziedzic

Płyta absolutnie perkusyjna, zawierająca typowe elementy, które znane są przede wszystkim bębniarzom. Tym bardziej ucieszyła wszystkich informacja, że została nominowana do nagrody Fryderyk 2018 w kategorii fonograficznego debiutu roku w muzyce jazzowej. Album nie pozostawia żadnych wątpliwości, jak dobrym muzykiem jest Krzysztof Dziedzic. Bębniarz, którego rewelacyjnie ogląda się na żywo, ponieważ widać wtedy jego sceniczną charyzmę i pełne oddanie do tego, co tworzy w danym momencie za bębnami. Nie ma żadnego zbędnego kalkulowania i cyrkowych sztuczek, chociaż Krzysztof sięga tu również po nowoczesne elementy jak np., skrecze. Ciekawostką jest to, że tytuły piosenek przedstawione są w bpm czyli po prostu… tempo. Nie jest to płyta łatwa w odbiorze i dla przeciętnego słuchacza jest materiałem ciężkim merytorycznie. Wiąże się z tym także aspekt komercyjnego sukcesu, któremu zazwyczaj nie po drodze z ambitną muzyką i na owoce trzeba poczekać dłużej niż w przypadku prostych i lekkich rytmów. Krzysiek to wie, nie jest mu z tym przyjemnie, ale jego artystyczna dusza bierze górę. Sam mówi, że wolałby stać na bramce w klubie niż grać disco polo!

Posłuchaj: 25, 143, 207
Gatunek: jazz

KRZYSZTOF DZIEDZIC na temat merkantylnego aspektu muzykowania:

„Żyję z grania, ale nie myślę o muzyce pod kątem pieniędzy. Myślę, żeby jak najlepiej zagrać i wierzę, że jak będzie dobrze, to pieniądze i tak przyjdą. Jak muzyka jest szczera, wiem, że to zadziała. Nie bardzo lubię słuchać muzykę, którą nagrałem, słucham jej, jak gram lub nagrywam, ale nie zmienia to faktu, że wierzę w nią bardzo. Wierzę, że jak zagram dobrze na jednym festiwalu, to pojawią się kolejne dwa. Byłem pełen obaw, czy się będzie podobać, bo to nie jest muzyka łatwa. Ale jest to muzyka, wynikająca z głębi mojego serca i nawet, jak zabierałem się za nią, to nie wiedziałem, że ostatecznie taka będzie. No, ale taka wyszła i chyba po raz pierwszy jestem zadowolony z tego, jak brzmi i jak wyszła. Mam na myśli mój pierwszy solowy album pt. Tempo.”

 

Powiązane artykuły