Czy warto zostać zawodowym perkusistą?

Dodano: 29.11.2019

Najczęstszymi wabikami wielu perkusistów, marzących, by wejść obecnie w zawodowe granie jest chęć bycia w świetle reflektorów, życie w trasie, podróżowanie, poznawanie gwiazd i bycia tam, na „scenie”, a nie pod nią. Prawda jest zdecydowanie mniej ekscytująca i bardziej brutalna, ale przy odpowiednim założeniu i podejściu wciąż atrakcyjna.

Użycie we wstępie słowa scena w cudzysłowie nie jest przypadkowe. Scena to nie tylko festiwalowe deski, to nie tylko klubowe podłogi, to także studyjne ściany i ekran monitora, gdzie swoich sił w byciu youtube’ową gwiazdą próbuje coraz więcej osób. No właśnie, robi się tłoczno… Zanim zaczniemy jeszcze jedna uwaga – skupiamy się na perkusistach tzw. zestawowych i nie dotykamy póki co tematyki bębniarzy klasycznych.

CZĘŚĆ PIERWSZA – BUDOWA

KIERUNKI

Do niedawna praca bębniarza była ograniczona do kilku miejsc. Przede wszystkim członek kapeli, która aktywnie gra. Niezależnie, czy chodzi tu o gwiazdę krajowego formatu, czy o zespół opędzający knajpy i inne bankiety. Bębniarz, posiadający swój zespół, gdzie podejmuje decyzje w stopniu adekwatnym do swojego statusu w kapeli. Drugim fachem była praca sesyjna zarówno w studio, jak i najemnie na scenie. Tutaj mamy takich mistrzów, jak np. Michał Dąbrówka, do którego w drugiej połowie lat 90 dzwoniło wielu producentów.

Pojawiał się powoli pomysł na bycie osobowością perkusyjną, jak np. Tomek Łosowski i jego pierwsze video szkoły perkusyjne, podobnie Piotrek Pniak i jego kasety VHS. Panowie, zapatrzeni w rozwój bębnów na Zachodzie, chcieli zaszczepić podobny trend i u nas. Było za wcześnie, bo sam dostęp do instrumentów nie był jeszcze tak szeroki jak teraz, co w mocnym stopniu ograniczało pasjonatów. Bezwzględnie jednak należą się Tomkowi i Piotrkowi słowa uznania za te pionierskie działania na naszej scenie. Sam temat warsztatów perkusyjnych także u nas raczkował. Rozwój technologiczny, a przede wszystkim ułatwienia w komunikacji, otworzyły nowe furtki działania. Festiwale typu Modern Drummer czy też „wyścig zbrojeń” producentów, wykorzystujących perkusistów znanych zespołów, zachęcił kolejne pokolenia do sięgnięcia za bębny. W przypadku Polski duże znaczenie miało powstanie pierwszego sklepu wyłącznie dla perkusistów, jakim jest bydgoski DrumCenter, a także ogólny, szerszy dostęp do instrumentów z niższej półki, do rozstawiania których nie trzeba młotka i kombinerek.

Tomek Łosowski jeden z pionierów polskich osobowości perkusyjnych (Fot. Piotr Szymański)

Równolegle pojawił się też duży wysyp instrumentalistów, którzy zaczęli szukać dla siebie miejsca do działania i czerpania profitów ze swej gry jako jedynego źródła zarobku. Muzyk sesyjny lub artysta w stałym zespole nie są już jedynym rozwiązaniem na karierę za bębnami. Bardzo mocno rozwija się gałąź edukacyjna, a wraz z rozwojem całej społeczności perkusyjnej pojawiły się osobowości, znane przede wszystkim z gry na bębnach – po prostu. Nie będziemy się za bardzo zagłębiać w temat bębniarzy, którzy zajmują się komponowaniem muzyki, ponieważ wykraczają przez to poza świat samej perkusji, ale i tego wątku nie wolno bagatelizować.

ELEMENTY BUDUJĄCE – UMIEJĘTNOŚCI

Żyjemy w dobie szumu informacyjnego o dużej częstotliwości. Wiadomości spływają szybko, co chwila jesteśmy bombardowani wielką dawką informacji, nasza percepcja skupia się coraz częściej na nagłówkach i ciężko nam zainwestować czas na obejrzenie ze skupieniem jakiegoś materiału filmowego, dłuższego niż 2 minuty. Chcemy tu i teraz, pokładamy swoje nadzieje w rozwój technologii, która ma nam służyć i być panaceum na wszystkie przeciwności. Tak jest z szukaniem rozwiązań i ogólnym podejściem do życia, trawi nas niecierpliwość, od zamówienia pizzy (chcę jak najszybciej, zaraz!) przez oglądanie seriali (kiedyś czekało się tydzień na kolejny odcinek) po naukę. Nauka perkusyjnego fachu nie jest tu wyjątkiem. Wielu młodych perkusistów marzy o tym, by zażyć jakiś super środek i nagle stać się sprawnym bębniarzem.

Nie mówimy tu o graniu dla przyjemności wyłącznie, bo to nie wiąże się z zawodowym graniem. Jeżeli chcemy wejść na pewien pułap, musimy wysiedzieć na tyłku za bębnami dużo godzin. Tego się nie uniknie i zapewne nie uniknie się też znużenia, ponieważ wiąże się to często ze żmudną pracą i pierwotna radość z bicia w bęben może czasami ulecieć. Wielu nauczycieli stara się to w jakiś sposób uatrakcyjnić, ułatwić, zoptymalizować, ale ostatecznie godziny zegarowe muszą swoje zrobić. Kiedy pojawiają się efekty i wyćwiczone elementy gramy w praktyce, samozadowolenie wzrasta, człowiek nabiera energii i chęci do dalszego ćwiczenia, nawet jak nie będzie wesoło po drodze. Kółko się zamyka. Tak być powinno. A jak jest?

Jason Sutter (m.in. Marilyn Manson, obecnie Cher), Matt Starr (m.in. Mr. Big), Brian Tichy (m.in. Whitesnake), Glen Sobel (Alice Cooper) czyli perkusiści najbardziej brutalnej sceny muzyków sesyjnych, jaką jest Los Angeles (kolosalna konkurencja!), mówią wprost: „Tu nikt cię już nawet nie pyta, czy znasz swój warsztat, tu już z założenia wiadomo, że masz być dobrym instrumentalistą.” Pamiętajmy jednak, że w USA sprawa ma się zdecydowanie inaczej z racji możliwości, jakie daje amerykański program edukacji. W Polsce jesteśmy zdani na samych siebie, a państwowe nauczanie niejednokrotnie może temat obrzydzić. Nie oznacza to jednak, że taka droga jest wyłącznie zła! Absolutnie nie! Buduje to niesamowitą podstawę i wpływa chociażby na znajomość notacji. Po prostu nie wolno nastawiać się na to, że będziemy mieć tu sceny jak z amerykańskiego filmu z graniem bluesa na zajęciach.

Inaczej ma się sprawa z edukacją prywatną, skierowaną wyłącznie w stronę perkusistów. Daje większą uniwersalność czasową, jak i merytoryczną. Jedynym mankamentem jest wciąż duża liczba „szarlatanów”, o której mówiliśmy wielokrotnie (odsyłamy do naszej strony i artykułu „Nauka w szkole perkusyjnej”).

Skupmy się tu na bardzo ważnym fakcie, jakim jest podnoszenie kwalifikacji. Jeżeli wkroczymy już na ścieżkę zawodową, nie zwalnia nas to z poszerzania swoich umiejętności. Uważniejsi od razu zrozumieją, że ma tu zastosowanie zasada „Im więcej wiem, tym mniej wiem”. Obserwując otoczenie szybko wyławiamy swoje braki w warsztacie, zauważamy, ile więcej moglibyśmy zrobić, gdzie się dostać itd. Nawet największe tuzy jak Dave Weckl czy Ray Luzier wciąż pobierają lekcje! Spojrzenie z innego punktu, oddanie się w ręce fachowca celem „kontroli ustawień” – jest to konieczny element w praktycznie każdym perkusyjnym miejscu pracy. Nie kosztuje to wiele, a może dużo pomóc w okresie kształtowania swojej pozycji na rynku.

ELEMENTY BUDUJĄCE – ZARZĄDZANIE KARIERĄ

Obecnie dysponujemy szeroką gamą narzędzi do autopromocji. W tej kwestii temat jest bardzo rozległy, ale przy tym mocno zindywidualizowany. Można działać tak, jak Kerim Lechner (Perkusista 12/18 – wywiad dostępny u nas na stronie) i stworzyć mini przedsiębiorstwo. Nie jest to jednak jedyna droga, a jedna z możliwości. Wszystko zależy od tego, co chcemy robić, czyli w jakich okolicznościach i do kogo kierujemy swoje usługi. Inaczej temat zarządzania będzie prowadził nauczyciel, inaczej perkusista sesyjny, jeszcze inaczej członek zespołu, a zupełnie inaczej ktoś, kto łączy kilka różnych funkcji.

Kerim Lechner, popularny Mirek dokładnie zarządza swoją karierą. (Fot. Marie Idlin)

Nie zmienia to faktu, że trzeba zarządzać swoją karierą, nie dawać o sobie zapomnieć, zostawiać za sobą ślad i możliwość namierzenia. Mijają już czasy, gdy wszystko było załatwiane wyłącznie pocztą pantoflową. Owszem, ten model wciąż funkcjonuje i jak widać to na przykładzie szczególnie stołecznych perkusistów jest to metoda bardzo skuteczna (czy to się komuś podoba, czy nie!), ale zwiększona konkurencja zaczyna wymuszać nawet na tych muzykach konieczność prezentacji swej osoby. Póki jest dobrze, jest dobrze, ale jednym pstryknięciem wszystko może się skończyć – o tym zapominają niektórzy pracujący perkusiści, biorąc swoją pozycję za pewnik. Na pewno? Na każde wolne miejsce czeka już pięciu kandydatów. Z tego powodu trzeba oszacować, jakie działania i ruchy domowego marketingu będą optymalne. Ostatnio zauważamy, że w przypadku kilku nazwisk pojawia się przesyt i kliknięcia lajków, które oczywiście łechtają ego, jakoś nie chcą się przekładać na zlecenia.

Każdy z perkusistów w obecnych czasach powinien nie tylko być częścią całego środowiska, ale uczestniczyć w jego życiu, przynajmniej w tych gałęziach, w których chce się realizować. Stopień zaangażowania pozostawiamy własnemu wyczuciu, niezależnie od tego powinno to być w jak najlepszej możliwej jakości. Czasami lepiej się powstrzymać od czegoś niż niepotrzebnie pchać się z taniochą. Jeżeli jest taka potrzeba, zarządzanie swoją karierą na przykładzie kolejnych miejsc pracy poruszymy w kolejnych wydaniach, dajcie nam tylko znać, czy chcecie dalej w to wchodzić.

ELEMENTY BUDUJĄCE – SPRZĘT

Ten temat jest również mocno uzależniony od tego, co chcemy robić. Większości marzy się jakiś kontrakt z producentem. W tych czasach firmy są dość niechętne do rozdawania i piękne czasy gratów za darmochę przeszły do lamusa. Paradoksalnie jednak, droga do dobrego kontraktu nie jest dłuższa niż kiedyś! Po prostu „wydaje nam się”, że powinniśmy coś dostać, przecież nagrywamy filmy, publikujemy posty itd. Tak, tak robisz i robi też tak kilka milionów innych perkusistów na całym świecie. Zacznij się pozytywnie wyróżniać, zacznij wnosić coś wartościowego, oryginalnego lub przynajmniej samodzielnego. Kontrakt przyjdzie, ale do tego czasu musisz mimo wszystko zainwestować w sprzęt. Dystrybutorzy i polskie sklepy dają olbrzymie możliwości i nie musisz od razu mieć DW Collectorsa Exotic z Meinl Byzance Foundry Reserve. Ważne, żeby dysponować brzmieniem w zależności od potrzeb miejsca pracy, może więc to być konieczność posiadania brzmienia stylowego lub uniwersalnego. Pamiętajmy, by się przy tym prezentować. Słyszy się często o tym, „że liczy się brzmienie”, wyświechtane hasełko, bo przyłożenie się do estetyki może wyjść tylko na plus, a nie jest to coś poza naszym zasięgiem, na każdym stopniu zaawansowania.

CZĘŚĆ DRUGA – ZAWODOWY PERKUSISTA

MOŻLIWOŚCI?

Przechodzimy do sedna naszego raportu. Jakie możliwości oferuje zawód perkusisty? Nie ma nigdzie oficjalnej klasyfikacji, tym bardziej, że wiele wątków albo się przeplata, albo się łączy. Skupmy się na ogólnych możliwościach, jakie stoją przed każdym chętnym, gdzie zawsze można wybrać coś dla siebie.

Muzyk sesyjny – Rynek sesji nagraniowych skurczył się mocno ostatnimi laty. Oprócz tego zmniejszyły się także środki. Stawki za sesję nagraniową uzależnione są po prostu od inwestora, który dobiera sobie muzyka pod swój budżet. Jest tak duża ilość dobrych fachowców, że w każdym przedziale cenowym znajdziemy chętnego do nagrania sesji. Niestety, zdarzają się wciąż mocne zaniżania, a przecież praca jako sesyjniak wymaga długiego okresu wyrabiania własnej marki i posiadania wysokich umiejętności. Wtedy zagranie 2-3 sesji w miesiącu byłoby w zupełności wystarczające, ale o czym my w ogóle mówimy!? Nakład pracy do przygotowania do sesji uzależniony jest od naszego poziomu, ale gdyby to zależało tylko od tego... Po prostu to już nie jest czas na takie żniwa. Pchanie się w tę stronę i koncentrowanie wyłącznie na tym, to naszym zdaniem ślepa uliczka. Jest to tylko dodatek do szerszej działalności. Drugiego Jeffa Porcaro raczej nie ma co oczekiwać, trzeba się łapać także innych gałęzi.

Reasumując praca dobrego sesyjnego muzyka to: wysoki poziom gry, uniwersalność, punktualność, znajomość nut, dynamika pracy, umiejętność dostosowania się do nagłych zmian, odporność na presję.

Muzyk koncertowy – Jest to najobszerniejsza gałąź, w której mamy największe szanse na realizację. Stawki za koncert w zależności od poziomu popularności gwiazdy to przedział w okolicach 800-2000 złotych, bywa też mniej, a bywa i więcej. Wszystko zależy od tego, na jakich zasadach wchodzimy w zespół i jakie są przewidziane stawki w zależności od rodzaju wystąpienia. Pamiętajmy, że gwiazda dostaje znacznie więcej, więc nie zdziwmy się, gdy nagle przychodzi informacja, że przez następne 3 miesiące nie jest przewidziane żadne granie. I co wtedy? Pomijając hasło wymiany całego zespołu, co też się zdarza. Wtedy trzeba liczyć, że wyrobione kontakty i znajomości, a przede wszystkim dotychczas wykonywana praca przyciągnie zlecenie od innego artysty.

Kontrowersyjne talent show przychodzą tu z dużą pomocą. Co roku pojawia się na rynku jakieś nowe nazwisko, które może zostać na dłużej lub przeminąć, co w sumie nie jest takie natychmiastowe, ponieważ z odsieczą przychodzą różne dni miasta czy inne „święta ziemniaka”, gdzie zawsze znajdzie się miejsce na plakacie na takiego artystę, oczywiście z odpowiednim dopiskiem w stylu „laureat 3 miejsca telewizyjnego talent show z 2009 roku”. Tak czy inaczej jest z kim grać, ale grupa bębniarzy z dobrym artystą to około 30-40 bębniarzy w skali całego kraju. Czy czerpią radość z takiego grania? Czy może są na zasadzie „grajmy stąd”? To już trzeba prywatnie zapytać każdego z osobna. Dobry sezon z często koncertującą gwiazdą daje spory kapitał i przy odpowiednim zarządzaniu środkami, możemy sobie naprawdę fajnie radzić.

Artur Żurek dołączył chyba na dobre do ostro koncertującego Nocnego Kochanka. (Fot. Robert Wilk)

Zawsze możemy też dorobić w klubach na różnego rodzaju koncertach artystów mniej popularnych lub po prostu przy okazji jakiejś tematycznej imprezy. Występy na jam session pozwolą zbudować nam pozycję i markę. Mistrz ciosu z lewej ręki, jakim jest Tomek Mądzielewski, przez lata budował swoją pozycję, chociażby dzięki kuźni perkusyjnych talentów, czyli zespołowi Wojtka Pilichowskiego. Tomek jest teraz mocno zapracowanym perkusistą, którego bardzo często można posłuchać przy okazji wielu świetnych tematycznych koncertów warszawskiej sceny klubowej. No właśnie, Warszawa z racji swojej wielkości jest wciąż głównym „piecem grzewczym” dla bębniarzy, zarówno w odniesieniu do realizacji pomysłów, jak i angażu. Pamiętajmy, że wiele ekip muzyków, mających grać z jakąś gwiazdą, montowanych jest przez np. gitarzystę czy klawiszowca, który pełni swoistą funkcję kierownika kapeli. Dobrze skrzyżować się kilka razy muzycznie i dać pretekst do tego, by zostać zaproszonym na przesłuchanie.

Przy tej okazji wspomnimy jedynie o perkusistach, grających telewizyjne programy. To jest bardzo długa i wyboista droga. Jest jeden Robert Luty – można byłoby skwitować pół żartem pół serio. Wiele osób patrzy też z zazdrością na to, jak Adam Kram przez tyle lat gra w „Jaka to melodia”. Można próbować swoich sił i iść w tym kierunku, ale teraz w 2019 roku wymaga to wielkiej determinacji, samodyscypliny i sporej dawki szczęścia. Jest to raczej nagroda i rezultat codziennej pracy na różnych frontach.

Jak trwoga to dzwonimy do Roberta Lutego, np. taki Sting. (Fot. Marcin Pawłowski)

Musimy niestety jeszcze zahaczyć konkretnie o jazz, klasyczny jazz. Dlaczego niestety? Bo frekwencja na takich koncertach jest jaka jest i nie chodzi tu o tłumny, darmowy sezonowy Jazz na Starówce w Warszawie, tylko np. zimową prozę życia w krakowskich klubach, gdzie zazwyczaj bywa po 20-30 osób. Życie perkusisty jazzowego to konieczność chwytania kilku srok za ogon, na status gwiazdy nie ma co liczyć. Spójrzmy chociażby na wielowątkową karierę wspaniałego Czarka Konrada, którego z pewnością i bez ograniczeń możemy nazwać gwiazdą polskiej perkusji.

Do roli muzyka scenicznego wymagana jest punktualność, dyscyplina, umiejętność współpracy z innymi (niekiedy zmanierowanymi osobami), pokora, umiejętność działania pod mocną presją, orientacja w sytuacji, dbanie o wygląd i ogólny wizerunek sceniczny (chyba, że pracodawca ma jakąś konkretną wizję), znajomość instrumentu (strojenie, dynamika itp.).

Nauczanie – Traktowane jest u nas dwojako. Jedni uznają to jako moment na przeczekanie, gdzie nie trafia się żadna sesja, artysta-pracodawca poszedł w uśpienie koncertowe lub po prostu skończył się sezon. Drudzy znów z premedytacją weszli w tematykę nauczania, inwestują czas i pieniądze, poszerzając przy tym swoją wiedzę, analizując systemy nauczania, zwiększając atrakcyjność lekcji. Nie oznacza to, że ci pierwsi są gorsi, a drudzy na pewno są bez skazy. Po prostu nie każdy ma predyspozycje do nauczania. Staramy się walczyć z niekompetencją i czasami zaskoczeni jesteśmy, jak niektóre szkoły publicznie prezentują nagrania swoich uczniów. Uwierzcie, nie zawsze jest to dobra wizytówka!

Praca jako nauczyciel (nie mówimy tu o pracy w MDK) to oczywiście uczniowie, czyli ilu chętnych będzie na nasze usługi. Nauczanie indywidualne jest zazwyczaj uzupełnieniem innej działalności i cena za godzinę nauki to szeroki przedział, uzależniony od naszej pozycji i zwykłej relacji z uczniem. Bywa tylko 50 zł, ale bywa i 200 zł. Inaczej ma się sprawa w szkołach perkusyjnych. Możemy dołączyć do już istniejącej, która myśli o ekspansji i szuka nauczycieli. Możemy też spróbować swoich sił przy otwieraniu własnej, gdzie wejdą tematy typowo urzędowe, od lokalu po rejestrację działalności. Tu także są różne metody, jedni biorą odważnie na siebie, inni podpinają się pod kogoś, jeszcze inni robią to pod szyldem fundacji. Ostatecznie liczy się przede wszystkim zadowolony uczeń, który przekaże informację dalej. Sama działalność i prowadzenie szkoły to także temat na odrębny artykuł.

Szkoła perkusyjna to wielowątkowy temat, od nauczania po samodoskonalenie.

Bardzo zdradliwą drogą jest myślenie, że nauczanie jest łatwe. Kilka filmów na YouTube i już wiem, że trzeba robić to i to. No cóż… Chcielibyśmy przestrzec przed prostym mechanizmem, jaki się wyłania na polskim rynku. Szkół i nauczycieli jest coraz więcej. Jeden uczeń nie jest skazany na jedno miejsce i jednego belfra. Korzystanie z usług kilku nauczycieli naturalnie tworzy opinię, która rozchodzi się szybko.

Oprócz stacjonarnych szkół mamy też możliwość nauczania przez Internet, jak robi to np. Mike Johnston, który stworzył prawdziwy kombajn edukacyjny. Niektórzy nasi artyści także próbują swoich sił w sprzedaży pakietów edukacyjnych, jak np. Wojtek Deręgowski czy Agnieszka Trzeszczak, jest to jednak dodatek do ich codziennej szerokiej aktywności.

Co potrzebujemy? Wysoki poziom gry, perfekcyjna znajomość tematu, uniwersalność, znajomość nut, dyscyplina i słowność, chęć poszerzania wiedzy i umiejętności, elastyczny kontakt z ludźmi, umiejętność przekazywania informacji w sposób klarowny i zrozumiały, kultura osobista oraz umiejętność rozpalania pasji i radości z gry u swojego ucznia.

Osobowość perkusyjna – Jest to jeden z najnowszych kierunków, jaki obierają perkusiści. Rozwój Internetu spowodował, że możemy mówić o perkusistach, którzy są z zawodu… perkusistami. Weźmy takich ludzi, jak Thomas Lang, Kaz Rodriguez czy Benny Greb. Niby grają z innymi muzykami, ale głównym motorem napędowym jest albo granie pokazów (np. Anika Nilles), albo prezentacja sprzętu, czyli demonstracja (np. Michael Schack). W jednym i drugim przypadku konieczne jest wsparcie ze strony producenta sprzętu, bez tego ani rusz.

Anika Nilles, po prostu perkusistka. (Fot. Marcin Pawłowski)

Wspomnijmy jeszcze o youtuberach, ale nie jest to droga, jaką specjalnie polecamy. Problemem jest w sumie wąska specjalizacja, jaką są bębny i natłok dostępnych materiałów. W okresie kształtowania się etatu youtubera pojawili się tacy muzycy, jak Meytal Cohen, Luke Holland lub Cobus, ale w tej chwili konkurowanie z takimi statystykami i wykreowanie czegoś nowego, co przyciągnie rzesze będzie kolosalnie trudne. Miejsca przy stole jest mało, a chętnych dużo. Tym bardziej, że weszło Drumeo i wywaliło drzwi razem z futryną tworząc platformę, która otworzyła się na perkusistów, dając możliwość prezentacji wielu mistrzów, którzy do tej pory nie mieli czasu na stricte perkusyjne nagrania porządnej jakości. Prawdziwy bufor, podający świetne nagrania, podnosząc znacząco poprzeczkę innym. Drumeo to olbrzymi sukces założyciela Jareda Falka, który jednak cały temat potraktował absolutnie biznesowo (patrz: wywiad Perkusista 5/18). Czy coś takiego można stworzyć w Polsce, przynajmniej na polską skalę? Pewnie tak, ale trzeba do tego sporego nakładu finansów, pomysłowości, kreatywności, wyczucia smaku i konsekwencji. O byciu otwartym i przyjaznym chyba nie trzeba wspominać, chociaż te teoretycznie ogólne czynniki (pomysłowość, otwartość) są obok finansów największymi blokadami.

Jared Falk stworzył platformę Drumeo, która jest obecnie nie do prześcignięcia! (Fot. Drumeo)

Mówiąc o osobowościach pojawia się w głowie postać Wojtka Deręgowskiego, który stworzył gigantyczną społeczność na Instagramie, ale czy profity z tego wystarczają, by móc się skoncentrować wyłącznie na tym? Zapytajcie go sami. Drugą osobowością jest Igor Falecki, który wciąż gra głównie pokazy mimo owocnej współpracy z Jimkiem. Igor zbliża się jednak do progu, gdzie trzeba będzie wykonać konkretne ruchy, związane ze swoją przyszłością i status osobowości perkusyjnej może być ciężki do utrzymania. Trzymamy kciuki!

Wojtek Deręgowski sięga swoją internetową aktywnością poza granice kraju. (Fot. Marcin Pawłowski)

Osobowością możemy nazywać też Doma Famularo, uznawanego za jeden z największych autorytetów w dziedzinie edukacji perkusyjnej. Muzyk potrafi poprowadzić wielodniowe zajęcia, a także stworzyć pojedyncze show w zależności od potrzeb skoncentrowane bardziej na technice lub bardziej na coachingu. Takie działanie musi mieć charakter międzynarodowy. W przypadku Polski takie zajęcia mogą być jedynie dodatkiem, tak, jak ogólna warsztatowa działalność w Polsce. Doskonałym przykładem jest tu Tomek Łosowski, który zjeździł kraj wzdłuż i wszerz. Zostawiał po sobie świetne wrażenie, ale miejsca szybko się kończyły i nastąpił pewnego rodzaju przesyt i organizowanie imprez na siłę. Często indywidualne nauczanie i tak samo warsztaty stały się deską ratunkową dla niepracujących na scenie bębniarzy. Jako główne źródło finansowania w polskiej skali jest to niemożliwe. Koszt 2-godzinnych pokazów lub warsztatów rozpoznawalnych perkusistów polskich to przedział, który stabilizuje się na poziomie od 1000 do 2000 zł.

Warto wspomnieć o jednej funkcji, którą w Polsce pełni czasami Mariusz Mocarski, chodzi tu o demonstratora firmy. Mariusz prezentuje sprzęt Roland i swoją aktywnością sięga poza granice kraju. Z racji tego, że Roland głównie posiłkuje się działaniem Michaela Schacka, nasz muzyk nie ma aż tak dużo możliwości, które pozwalałyby mu na pełen etat demonstratora Roland. Zostawmy jednak tego giganta perkusji elektronicznej. Są przecież inne firmy, a raczej grupy dystrybucyjne, które chętnie by zatrudniły takiego artystę na Europę wschodnią. Problem jest jednak taki, że albo stoi na przeszkodzie bariera językowa, albo ktoś nie ma predyspozycji do pracy w takim charakterze, albo zwyczajnie nikt nie chce podjąć tego ciekawego wyzwania i woli stać zakotwiczony w polskim porcie (?). Spójrzmy na przykład na Kaza Rodrigueza, który krok po kroku pukał do Tamy i Zildjiana, a teraz obie firmy wysyłają go od Tokio przez Paryż po Hawaje. Kaz stworzył pomysł na siebie i skomponował podkłady muzyczne, które wypromował wśród bębniarzy.

Co potrzebujemy? Otwartość, komunikatywność, punktualność, znajomość języków (!), atrakcyjność gry (mile widziane posiadanie dystynktywnego stylu gry), pomysłowość, dbałość o wizerunek.

Własny zespół – Jest to marzenie zdecydowanej większości młodych adeptów perkusji. Kariera własnego zespołu, czyli grasz to, co kochasz i jeszcze ci za to płacą. Co może być lepsze? Tutaj wykraczamy mocno poza granice gry na perkusji i musielibyśmy się skupić na poszukiwaniu recepty na sukces zespołu. Od razu do głowy przychodzą nam takie przykłady jak Dimon w Lao Che czy Robert Markiewicz w Organku lub Inferno w Behemoth.

Robert Markiewicz w zespole Organek, gra u siebie (Fot. Dariusz Ptaszyński)

Wspaniałą pozycję ma np. Piotr Kozieradzki z Riverside, bez którego muzycy mogliby oczywiście grać, ale z pewnością nie pod szyldem marki Riverside. To spektakularne marki, giganci sceny, szczególnie międzynarodowy Behemoth. Ale przecież mamy też takich artystów jak Janek Młynarski, który w zasadzie czego nie dotknie, to obraca w złoto, chociaż nie zawsze jest to związane z grą na perkusji. Mamy też zespoły, które już po swoich największych nagraniach zmieniły bębniarzy, jak np. wciąż koncertujący Dżem (pomijając już poziom zaangażowania, jaki serwuje zespół), gdzie z pewnością Zbigniewa Szczerbińskiego nie można nazwać muzykiem z sezonu na sezon. Podobnie można przytoczyć tu naszą legendę perkusji Tomka Goehsa z zespołu Kult.

Ciekawie prezentuje się też rola zespołu towarzyszącego, czyli występującego z kabaretem lub innym artystą estradowym, niezwiązanym wyłącznie z muzyką. Czasami jest to zbiór muzyków pod kierownictwem, a czasami właśnie konkretna formacja grająca w stylu pasującym do artysty.

Nie możemy też pominąć innej działalności zespołowej. Nazwijmy to wprost – granie tzw. chałtur. Robota jak to robota, granie coverów w pubach, granie wesel (co też jest fuchą nie dla każdego), granie na zlotach i prywatnych imprezach. Przedział cenowy takiej pracy uzależniony jest od jakości kapeli i miejsca występu. Popularne zespoły weselne mają zapchane większość weekendów, podobnie dobre zespoły coverowe, grające z charakterem szeroki repertuar. Weźmy przy tej okazji pod lupę świetnej jakości zespoły trybuty, które przy ostatnim pożegnaniu kolejnej gwiazdy rocka stają się coraz bardziej popularne. W zależności od tego, jaki zespół naśladujemy, możemy żyć grając naprawdę fajną muzykę.

Własny zespół to piękne marzenie, ale rzeczywistość jest bardzo brutalna. Warto próbować, naprawdę warto, bo oprócz przygody mogą otworzyć się pewne furtki, które pokierują nas na zupełnie nowe wody. Polecamy przy tej okazji obejrzeć film Szaleństwa Młodości (org. That Thing You Do! 1996) z Tomem Hanksem. Historia opisana w tym filmie wciąż ma aktualne przełożenie na rzeczywistość.

Tomasz „Harry” Waldowski, wyobraźnia i umiejętności otwierają mu wiele furtek. (Fot. Dariusz Ptaszyński)

ZDOBYWANIE PRACY

Przy podjęciu kroków w stronę zawodowego grania trzeba sobie uświadomić, jaka rola przeznaczona jest dla perkusisty niezależnie od okoliczności. Pozwoli nam to nie tylko na uniknięcie rozczarowań, ale też na skupienie się na swojej pracy i czerpanie z niej radości.

Nie ma się co oszukiwać i tworzyć jakieś złudne, piękne wizje. Musimy bardzo stanowczo rozdzielić to, jak powinno wszystko wyglądać, a jak faktycznie wygląda zdobywanie zleceń różnego rodzaju. Część wskazówek zostało już powyżej opisanych.

Nasi amerykańscy przyjaciele często podkreślają: „Zdobycie samej roboty nie jest tak trudne, jak dostanie się na samo przesłuchanie!”. I to chyba mówi wszystko. Nie ma publicznych ogłoszeń, informujących o przesłuchaniach do koncertującego zespołu. Są czasami wyjątki, jak to zrobił Łukasz Lazer i Red Lips, kiedy to muzyk dał info w mediach społecznościowych i ruszyła piękna fala chętnych perkusistów, pompując przy tym wizerunek kapeli (świetny ruch!), co by nie mówić plenerowej. Wspomniana wcześniej poczta pantoflowa wciąż jest mocnym źródłem informacji. W związku z tym nasz bagaż doświadczeń i sposób, w jaki wykonywaliśmy dotychczasową robotę jest kapitałem na przyszłość.

Tomek „Krzyżyk” Krzyżaniak napędza Luxtorpedę, ale doskonale zna swoje ograniczenia. (Fot. Robert Wilk)

Składa się na to nie tylko to, jak zagraliśmy, ale też (jeśli nie przede wszystkim), jak zachowywaliśmy się podczas pracy. Przytaczany wcześniej Michał Dąbrówka to jeden z najmilszych perkusistów w branży, który zna przy tym swoją wartość, dlatego nikt mu na głowę nie wejdzie, a praca z nim to przyjemność. Artur Malik to niezwykle ciepły człowiek z doskonałym podejściem do innych, co wpływa na dużą ilość chętnych do pobierania u niego lekcji. Daraya metalowcy biorą do studia, bo to po prostu w porządku facet! Z drugiej strony jest też grupa niezłych instrumentalistów, z którymi nikt nie chce już pracować lub zraża się po pierwszym kontakcie, czy to w kwestii sesji, koncertów czy nauki. Niektóre nazwiska mogą zaskakiwać, a to, że są wciąż obecni na rynku, świadczy jedynie o tym, że nie nabłocili wszędzie, ale liczymy na szybką eliminację wraz z podniesieniem ogólnego poziomu i świadomości.

Nasz dorobek artystyczny wiąże się z budowaniem sieci kontaktów przy jednoczesnej autoprezentacji, wykorzystanie do tego mediów społecznościowych jest kluczowym elementem. Dotyczy to także tych, którzy grają we własnych zespołach i odnoszą już jakieś sukcesy. Nasz rynek widział bolesne przykłady, jak wielkie zespoły kończyły działalność i liderzy rozpoczynali aktywność solową, podczas, gdy koledzy muzycy nagle zostawali bez przytulnych posad (identyczny mechanizm jak w przypadku najemnego muzyka koncertowego). Wielu współczesnych młodych perkusistów sesyjnych i koncertowych zapomina też o upływającym czasie. To, że w ich miejsce pojawi się kolejne pokolenie jest niemal pewne, warto o tym pamiętać i z pokorą inwestować zgromadzony kapitał w budowanie alternatywy na przyszłość.

Samodoskonalenie się – może nie jest kluczowe, ale bardzo istotne. Nawet przy dużych umiejętnościach i talencie zawsze można coś poprawić. Chociażby tak nielubiana przez tylu perkusistów nauka języków obcych. Do tego ogólna analiza swojej osoby i codziennej postawy, co mogę zmienić, co poprawić, wychodzenie poza strefę komfortu. W tym temacie jest masa materiałów dostępnych w sieci.

Pamiętajmy też o jednej dość przykrej rzeczy i postarajmy się na nią uodpornić – świat nie jest zawsze sprawiedliwy, a środowisko muzyczne nie jest od tego wyjątkiem. Trzeba szybko się podnieść i otrzepać po niepowodzeniu, które według nas było wynikiem jakiegoś niesprawiedliwego potraktowania.

Darek Brzozowski zwykł mówić, że nie przetrwają ci, co grają najlepiej, ale ci, co są najwytrwalsi.

Hired Gun - mit gwiazdorskiego statusu

Film, który powinien być lekturą obowiązkową dla każdego muzyka, aspirującego do bycia zawodowcem.



Nakręcony w 2017 dokument jest bardzo interesującym zapiskiem wypowiedzi muzyków sesyjnych, głównie rockowych i pop-rockowych (ale nie tylko) kalifornijskiej sceny muzycznej. Muzycy wypowiadają się na temat swojej roli i pozycji w show-biznesie. Jednym z głównych wątków jest historia perkusisty Liberty DeVitto z zespołu Billy Joela.

W filmie wypowiadają się także liderzy zespołów, czyli ci, którzy zatrudniają: Alice Cooper czy Rob Zombie. Jeżeli chodzi o perkusistów, mamy tu takich artystów, jak: Glen Sobel, Liberty DeVitto, Kenny Aronoff, Eric Singer, John JR Robinson, Mark Schulman, Jeremy Spencer. Jeżeli chodzi o innych instrumentalistów są tu m.in. Rudy Sarzo, Dave Koz, Jason Newsted, Jason Hook, Steve Lukather, Nita Strauss, Ray Parker JR, Jay Graydon, David Foster i wielu innych.

Już na samym początku gitarzysta Jason Hook mówi wprost: „Być muzycznym najemnikiem to jak siedzieć w pierwszym rzędzie bardzo szykownego, czarującego i ekscytującego stylu życia, z tą różnicą, że ono nie ma nic wspólnego z tobą.” Pełny obraz dopełnia końcówka filmu, gdzie Jason opowiada o tym, jak zdecydował się dołączyć jako pełnoprawny członek Five Finger Death Punch – zespołu, który odniósł sukces. Tym samym porównał obie sytuacje, gdy jest sesyjniakiem i gdy ma samodzielny status w popularnej metalowej kapeli. Może nie na skalę Pink (której muzycy wypowiadają się w filmie), czy chociażby Alice’a Coopera, ale mimo wszystko pracujący na własne konto.

Jeżeli ten przekaz nie trafił do wszystkich widzów, z pewnością trafi historia Liberty DeVitto, który wspólnie z kolegami tworzył oddany zespół Billy’ego Joela. Sedno historii polega na tym, jak Billy po wielu, wielu latach pozbył się muzyków ze swojego otoczenia. Oczywiście rozczarowanie i pretensje Liberty oparte są na jego wersji zdarzeń. Bardzo ciekawe przykłady daje basista Rudy Sarzo – o przeskakiwaniu z piekła do nieba i z powrotem w zależności od okoliczności.

Cały film posiada wiele wątków i warto obejrzeć go kilka razy. Z jednej strony muzycy opowiadają o prawdziwych „windach” do kariery, inni znów przytaczają najbardziej żenujące momenty, gdzie zostali pozbawieni praw do stworzonej muzyki. Liderzy zespołów przedstawiają swój klucz doboru instrumentalistów i tu niesamowicie wartościowa jest wypowiedź Roba Zombie: „Najłatwiejszą rzeczą jest znalezienie dobrego muzyka, jest milion świetnych muzyków. Znalezienie idealnej osoby do swojego zespołu jest niemal niemożliwe, bo szukasz trzech rzeczy.” Rob określił je jako:
1. Świetny muzyk – to zdaniem Zombie najłatwiejszy wymóg.
2. Ktoś, kto jest „spoko” i stanie bez kompleksów, odważnie naprzeciw 15 tysięcy ludzi.
3. Osoba, z którą wytrzymasz dzień w dzień przez 2 miesiące w busie.

Ogólne przesłanie filmu polega na pozbawieniu złudzeń co do statusu, jaki mają muzycy sesyjni. Jednego dnia grają największe stadiony świata, współtworzą albumy w milionowym nakładzie, a po chwili, za pomocą jednego pstryknięcia nie mają pracy. Nie chodzi tu jednak o podcięcie skrzydeł i zniechęcenie, tylko uświadomienie, że w tym układzie gwiazdą jest ktoś inny. Dopiero zbudowanie własnego zespołu pozwala na stworzenie statusu lidera, rządzącego się swoimi prawami, dzielącego pieniądze, stawiającego warunki, ale to już wykracza poza temat umiejętności instrumentalnych.

Wiadomo, że im większy splendor i status artysty, z jakim się pracuje, tym większe rozczarowanie w sytuacji, gdy działanie muzyka z jakichś powodów zostanie pominięte lub odpowiednio niedocenione. Z drugiej strony mamy tu przykład Kenny’ego Aronoffa, nazwanego ojcem chrzestnym perkusistów sesyjnych sceny Los Angeles. Kenny jest w stu procentach pogodzony ze swoją rolą, co ułatwia mu w zdobywanie kolejnych zleceń i absolutne realizowanie się w swojej pracy. Podobnie Eric Singer, perkusista Kiss, ale też przez pewien okres równolegle Alice’a Coopera. Hired Gun to także przekaz do wszystkich, by dbać o swoje prawa i starać się dokonywać mądrych wyborów, szczególnie, jeżeli chodzi o angażowanie się w pojawiające się oferty, co często można traktować jako inwestycję. Łatwo się to ogląda, łatwo się o tym mówi, trudniej, gdy stajemy twarzą w twarz z konkretnym wyborem.

 

Materiał przygotował zespół magazynu Perkusista

Zdjęcia: Piotr Szymański, Marie Idlin, Robert Wilk, Marcin Pawłowski, Dariusz Ptaszyński, Drumeo