Dream Theater - A View From The Top Of The World

Dodano: 22.10.2021
Staszek Piotrowski
Pojemność silnika (Ocena perkusisty)

85 /100
Pojemność baku (Ocena płyty)

75 /100

To zdecydowanie najlepiej brzmiący Mike Mangini na albumach Dream Theater.

Napęd: Mike Mangini (Sony 2021)

Typ silnika: metal progresywny

Trasa: Ustalmy od razu jedną rzecz – Dream Theater jest zespołem, od którego owszem, dużo się oczekuje, ale jest to też kapela, która już dawno weszła na ścieżkę dużej powtarzalności, co jest jak najbardziej zrozumiałe i nie powinno nikogo szokować. Nie zmienia to faktu, że w przypadku takich muzyków chciałoby się przynajmniej spójności konceptualnej przy jednoczesnej dystynktywności kolejnych wydawnictw. Tymczasem ostatnie dziesięciolecie – z jednym wyjątkiem (i to nie do końca dobrze zrealizowanym) – stanowi wielką masę, gdzie ciężko wyrywkowo wskazać pochodzenie piosenek. Zgadza się, jest to przestawianie tych samych klocków, nic w tym dziwnego, tylko że zespół nawet tę czynność zaczął robić bezemocjonalnie. Wszystko jest spięte, napięte, zduszone i oparte na pirotechnice wirtuozerskiej z nudną, powtarzalną linią wokalną.  

Na pierwszy rzut oka niniejszy album pachnie tym samym. Koncepcja, układ i długość kompozycji. Co gorsza, promujący singiel „The Alien” to mocno niepokojący klon klonów koncepcyjnych, zgodnie z zasadą - oby zakręcić, oby połamać i udawać, że jest w tym jakaś melodia, czyli typowe dla zespołu ostatnimi czasy wszystko i nic. Drugi utwór niby w podobnym charakterze, ma w sobie lekkie przejaśnienia już w samym wejściu w piosenkę. Im dalej w płytę tym robi się ciekawiej. Wiadomo, często trafimy na tradycyjne ciapanie od linijki, ale w całości czuć większą organiczność, także w odniesieniu do pracy Manginiego, ale o nim za chwilę. Panowie z biegiem płyty mocno wyluzowali, co szczególnie słychać w piątym „Transcending Time”. Z resztą trzy ostatnie (jest 7 w regularnej wersji) kompozycje dostarczają najwięcej pozytywnych wrażeń. Na koniec dwudziestominutowa tytułowa „kobyła” zamykająca płytę - dystans zupełnie normalny dla Dream Theater. Tego typu kompozycje są doskonałym przykładem „problemu” zespołu w ostatniej dekadzie. Bywało, że dwie piosenki obok siebie (lub nawet z różnych płyt) miały mniejsze różnice między sobą niż jedna bardzo długa kompozycja sama w sobie (stąd często uczucie dezorientacji, który utwór faktycznie leci). Tu jest niby podobnie, bo piosenka ma wiele obliczy, ale warto zwrócić uwagę na fragment po 14 minucie, tego brakowało ostatnio w tej kapeli – solidny, mięsisty kopniak, mieszanka umiejętności instrumentalnych z energią.  

Niestety James LaBrie ma coraz większe ograniczenia w kwestii swoich możliwości wokalnych zważywszy, że przyjdzie mu śpiewać większość tych rzeczy na żywo. Pamiętający ostatni „popis” wokalisty we Wrocławiu wiedzą, że nie jest lekko. Dlatego nie ma tu zbyt dużo szaleństwa w jego partiach, ale co najważniejsze jest zdecydowanie więcej momentów, gdzie James ma linię wokalną inną niż typowe pseudo melodyjne frazowanie tekstu. Wymierzyli siły na zamiary.

Wreszcie Mike Mangini. To zdecydowanie najlepiej brzmiący Mike Mangini na albumach Dream Theater. Ktoś wreszcie poszedł po rozum do głowy i zorientował się, że ten jeden z najsprawniejszych bębniarzy na świecie korzysta z genialnego Pearla, sznura cudownych Zildjianów, świeżych Remo, w które wali specjalnie skrojonymi pod jego łapę Vaterami. Ktoś wreszcie powiedział – dajmy mu zabrzmieć. Efekt jest bardzo zadowalający. Problemem Manginiego do tej pory nie była sama gra, tylko to jak został ubierany brzmieniowo. Muzyk nie miał do tej pory wystarczającego wpływu na to, jak będą wyglądać jego partie po miksie. Na tej płycie Mangini wreszcie dopchał się do stołu i zrobił co trzeba, chociaż widać, że jest tu jeszcze sporo zapasu. Tak czy inaczej, Mike Mangini nie brzmi płasko, jak od linijki, dzięki temu piosenki nabierają pulsu, nawet w zawiłych miejscach. Poza tym nie czuć usilnych prób przekombinowania partii, dzięki czemu nic nie jest tu odlepione i w całości jest osadzone. 

Wrażenia z jazdy: Odnosząc się do tytułu płyty, zespół z pewnością nie jest na czubku świata, a przynajmniej widok jaki przedstawiają, nie wywołuje takiego wrażenia. Niemniej ta płyta, w porównaniu z poprzednimi kilkoma dokonaniami zespołu, jest na dobrym poziomie, nie tylko za sprawą znacznie bardziej przestrzennego i soczystego brzmienia, ale też z racji kilku mniej sztampowych rozwiązań aranżacyjnych. Płyta ma w sobie więcej radości z gry, a muzycy sprawiają wrażenie, że chcą jeszcze coś porozrabiać.

Odcinki specjalne: Mike Mangini zawiesza jak zawsze wysoko poprzeczkę. W całej jego wirtuozerii np. w „Sleeping Giant”, warto też zwrócić uwagę na pierwsze minuty „Transcending Time”. Przyjemny ciężar w „Awaken The Master”, jednej z lepszych piosenek na płycie (w stylu „Train Of Thought”).

Left image
Right image
nowość
Platforma medialna Magazynu Perkusista
Dlaczego warto kupić dostęp do serwisu Magazynu Perkusista?
Platforma medialna magazynu Perkusista to największy w Polsce zbiór wywiadów, testów, lekcji, recenzji, relacji i innych materiałów związanych z szeroko pojętą tematyką perkusyjną.
Dowiedz się więcej
Promocja! Miesiąc za "piątaka"