Na ratunek w studio

Dodano: 26.06.2019

Niejednokrotnie zdarzało się tak, że wchodząc do studia ze swoimi gratami okazywało się, że mikrofony boleśnie obnażyły braki naszego zestawu, który w warunkach studyjnych przestał się kleić. Na przestrzeni lat udało się wykrystalizować kilka pewniaków sprzętowych, po które warto sięgnąć ratunkowo, gdy zawiodą pierwotne założenia.

Na początek kilka zdań wyjaśnienia, bo już słyszymy, jak pędzi kawaleria z szablami, krzycząca, że nie wszędzie sprawdzi się to, co prezentujemy poniżej. Jejku, serio? Tak, oczywiście, stylistyk muzycznych jest bez liku i niektóre sytuacje muzyczne wymagają bardzo specyficznego doboru. Jednak od razu przychodzą nam tu na myśl słowa jednego z szefów fabryki talerzy z tzw. Wielkiej Czwórki, który na pytanie o pewien rodzaj efektów odpowiedział nam, że planują je wprowadzić, ale spokojnie, bo i tak wciąż sprzedają się najlepiej klasyczne konfiguracje. I tu wymienił typowe rozmiary i modele talerzy. Odnosi się to nie tylko do talerzy, ale też do innych części zestawu. To po pierwsze. Po drugie to wiedza historyczna, bo ileż to wspaniałej muzyki stworzono właśnie przy użyciu tego sprzętu. Są to graty, które sprawdziły się kilkadziesiąt, kilkaset, a nawet tysiące razy!

Od momentu zupełnego skomercjalizowania świata perkusji poszczególne firmy prześcigają się we wciskaniu nam kolejnych rozwiązań. Spójrzmy więc na to z nieco innej perspektywy. Gdybyśmy sugerowali się wspaniałością nowości prezentowanych nam co roku, tym, jak bardzo wyprzedzają, ułatwiają, ulepszają nam życie w stosunku do tego, co jest już na rynku, okazałoby się, że taka Rosanna zespołu Toto nie miałaby prawa mieć przyzwoitego brzmienia. Tymczasem po 37 latach ludzie przychodzą i mówią, że chcieliby mieć takie brzmienie, jak chociażby na… Toto IV. Pearl lub Tama z lat 80 teraz byłyby na ostatnich stronach działów perkusyjnych w katalogach, no, chyba, że pojawia się cudowne namaszczenie w postaci nazwy „vintage”.

Pomijając już te wszelkie niuanse, czy wręcz złośliwości, nic nie zastąpi zdrowego rozsądku i otwartej głowy. Wiele osób przyzwyczajonych jest, co zrozumiałe, do akustycznego brzmienia swego instrumentu, dodatkowo jeszcze z perspektywy siedziska perkusyjnego, co jak wiadomo może się mocno rozmijać z tym, jak brzmi z perspektywy słuchaczy. Mikrofony w studio robią swoje, są bezwzględne i nie patyczkują się z nikim. Okazuje się nagle, że werbel kompletnie nie siedzi w zestawie, charakterystyka poszczególnych blach nie klei się ze sobą, podobnie bębny względem granej muzyki. Jasne, jest cała masa patentów związanych z ratowaniem brzmienia poprzez sposoby tłumienia, strojenia, separowania, „rasowania” brzmienia. Wszystko zależy od kreatywności i doświadczenia realizatora. Studyjne mikrofony to inny świat i to, co pozornie wydaje nam się rozwiązaniem nie na miejscu, może nagle okazać się strzałem w dziesiątkę.

Najgorszą rzeczą jest to, gdy nagle realizator, z którym przyszło nam współpracować mówi, że bębny powinny mieć takie a takie naciągi nawet bez zerknięcia na zestaw i muzykę, jaką mamy rejestrować. Od razu przypomina się słynne określenie jednego z najczęściej nagrywanych polskich perkusistów Marka Surzyna, mówiącego o „oprawcach” dźwięku. Dlatego też będziemy jak mantrę powtarzać o świadomości i zdrowym rozsądku, a przedstawiony tu sprzęt jako tratwę ratunkową, która w historii muzyki sprawdziła się wielokrotnie.

LUDWIG SUPRAPHONIC LM400

Werbel, który transformował na przełomie lat 50/60 zeszłego stulecia do współczesnej formy w 1963 roku, kiedy to zmienił nazwę z Super Ludwig na obecną, która przylgnęła na stałe głównie do szeroko pojętej muzyki rockowej i jazzu, ale oczywiście nie tylko, ponieważ uniwersalność tego instrumentu jest powalająca. W latach 1960 każdy grał na aluminiowym 14”x5” 400 z badzikiem Keystone i prostą maszynką P83. Wersja z oliwkowym badzikiem 14”x6,5” 402 z lat 70 to już brzmienie Johna Bonhama, podczas, gdy na 400 grał Steve Gadd w niezliczonej ilości sesji. Wczesne 400 mają korpusy „chrome-over-brass”. Są znacznie droższe i rzadsze, i wielu perkusistów by się dało za nie pociąć.

Nie ma co ukrywać, że werbel ten obrósł legendą, która czasami staje się nieco absurdalna. Chodzi tu głównie o wyższość modeli z poszczególnych lat nad innymi rocznikami (faktycznie są drobne różnice – obręcze, maszynki). Nie będziemy teraz tego rozwijać. Faktem jest, że Supraphonic początkowo niechciany przez pewnych znanych muzyków (nazwiska znane redakcji), nagle stawał się ostatecznym rozwiązaniem kwestii werbla w studio. Strojony wysoko, średnio lub nisko, zawsze daje radę i mikrofony go po prostu kochają!

Dostępność, cena, parametry: Cena tego instrumentu jest stosunkowo wysoka (np. 2730 zł Thomann, 2973 zł ProDrum), na co głównie składa się bez wątpienia jego renoma. Rozwiązaniem jest poszukanie podobnego konstrukcyjnie instrumentu: 14”x5”, korpus 1.7mm aluminium, stalowe obręcze 2.3mm w typie „Triple Flanged”.

Ludwig obecnie obok legendarnego LM400 oferuje również 14”x5” w wersji: LM400K (ten sam rozmiar z kutym aluminium), LM400KT (także kuty z tubowymi lugami), LM400T (normalny z tubowymi lugami). Ponadto wersja LM402 14”x6,5” w klasycznej opcji oraz LM402KT (kuty z tubowymi lugami) i LM402K (kuty).

PAISTE 2002

Talerze, które stworzyły historię rocka. Tak, ten „paskudny” brąz B8 stoi za większością sesji nagraniowych zespołów rockowych lat 70 i 80. Blachy powstały w 1971 roku, chociaż Paiste wykonywało talerze z tego rodzaju materiału już od 1963 roku.

Jak wiadomo najprzyjemniejsze dla ucha są blaszki kute z brązu B20, praktycznie 90% tureckich blach to właśnie ten materiał, podobnie flagowe serie w Meinl, Zildjian i Sabian. Paiste także posiada serie z tego stopu, jednak to ten jaskrawy i skrzeczący B8 zdobył uznanie podczas nagrań. Dlaczego? Wielokrotnie mówiliśmy o tym, że 2002 to blachy typowo kontekstowe tzn. takie, które wymagają towarzystwa w muzyce. O ile uderzane pojedynczo nie są zbyt przyjazne, to razem z instrumentami pięknie uzupełniają swoim pasem i stają się doskonałymi akcentami w muzyce! Seria jest spójna i świetnie komponuje się z muzyką, czytelnie i miękko.

Drugą kwestią (i jednocześnie tajemnicą), jest to, że Paiste potrafi doskonale obrobić stop B8 w wersjach 2002 (jest różnica między klasą blach 2002 a niższymi seriami Paiste, wykonanymi z B8). Doskonale to widać na przykładzie innych gigantów talerzowych, którzy nie mają porównywalnych jakościowo blach z tego materiału. Paiste 2002 sprawdziło się w studio wielokrotnie, podobnie Paiste Signature z B15. Dlatego też wielu perkusistów pozytywnie wypowiadało się o Meinl Pure Alloy (stop B12), które zostały bardzo starannie dopracowane, czym odwdzięczają się w studio.

Dostępność, cena, parametry: Seria ma wszystkie rodzaje blach w bardzo szerokim zakresie grubości i wielkości: crash, ride, splash, hi-hat, china, bell, do tego oryginalne wersje hi-hatów sound-edge (pofalowany dolny talerz – świetny w studio!) czy novo china („wywleczona” china).

Cena nie jest najniższa, chociaż w przypadku Paiste nie jest to najdroższa seria. Przykładowo typowy crash kosztuje 1219 zł w Śląskim Centrum Perkusyjnym, 1160 zł w Drum Center. Ciekawostką jest seria 8 blach 2002Black, nieco ciemniejsza od tradycyjnych, ale dalej jasna edycja.

REMO AMBASSADOR

Naciągi, o których chyba tak naprawdę nie trzeba wspominać… Nie będziemy tu zanudzać o tym, jak to sztuczne membrany dodały animuszu i wytrzymałości muzyce i uratowały w sumie skórę wielu zwierzętom. W roku 1956 niejaki Marion „Chick” Evans rozpoczął produkcję sztucznych naciągów i to właśnie ta firma dzierży palmę pierwszeństwa, chociaż to rok później Remo D Belli z chemikiem Samem Muchnikem opatentowali sposób układania Mylaru (tak nazywa się ten plastik) w aluminiowe obręcze, zalewane żywicą epoksydową. Firma rozwinęła mocno skrzydła, co miało wpływ oczywiście na dział rozwoju, przez co naciągi zostały dopracowane i w międzyczasie opanowały rynek.

Odwiedzaliśmy fabrykę Remo (Perkusista 3/16 dostępny na ulubionykiosk.pl) i widzieliśmy dokładnie rozmach firmy. Ambassadory to jednowarstwowe naciągi o grubości 10 mil (1 mil to 1/1000 cala). Może nie są aż tak wytrzymałe jak niemal równie słynne i wdzięczne dwuwarstwowe (2x7 mil) Emperor, ale za to fenomenalnie melodyjne i zakres działania na tych membranach jest kolosalny, ponieważ można z nimi robić praktycznie wszystko (strojenie, tłumienie itd.). Wersje Clear (przezroczysta, głównie na rezonans tomów, ale nie tylko) i Coated (powlekana) to absolutna klasyka i jeżeli ktoś nie ma pojęcia, co dobrać do sesji, może spokojnie próbować tych Ambassadorów, chociaż perkusistów mocniej grających od razu przesuwamy do półki z Emperor.

Dostępność, cena, parametry: Grubość 10 mil, jedna warstwa. Obok klasycznych Coated oraz Clear dostępnych w ponad 20 wersjach, także rezonansowych werbla (są cieńsze), wzmacnianych X (grubsze), czarnych, lustrzanych, vintage. Wymiary membran to przedział 6”-40” czyli najprawdopodobniej uda się zaspokoić większość perkusistów. Cena w przypadku werblowej 14” to np. 69 zł. w sklepie DrumCenter albo 79 zł w ProDrum.

Materiał przygotowali: Staszek Piotrowski, Maciej Nowak