"Wyższość Mike’a nad Mikem w metrum 13,75/21,5" - Comiesięczny Felieton Perkusyjny

Dodano: 01.09.2021
Autor: Maciej Nowak

Wrzesień, czyli taka niedziela ciepłych dni. Niby wolne, ale roboczy poniedziałek oczekuje. Niby jeszcze lato, ale jesień już się czai za rogiem by dosłownie strzelić z liścia.

Ten artykuł czytasz ZA DARMO w ramach bezpłatnego dostępu. Jeśli lubisz nasze treści, rozważ zakup pełnego dostępu cyfrowego do całej zawartości naszego serwisu.

Miesiąc ten kojarzy mi się z powrotem w tryby pracy lub szkoły. Z racji tego, że letnie trasy koncertowe były mocno na słowo honoru, to wszyscy liczą na to, że klubu i sale będą otwarte na przyjęcie publiczności, przez co muzycy będą mocno zapracowani. Chciałoby się powiedzieć – jak kiedyś. Koncerty zagranicznych gwiazd powolutku przybierają realną postać, co zważywszy na wiele gwiazd rocka jest dość istotne, ponieważ w ich wieku pół roku w tę czy drugą stronę może mieć krytyczne znaczenie. W perspektywie jest szansa, że zobaczymy całą plejadę wspaniałych perkusistów w akcji, także tych dwóch, o których wciąż się w naszym środowisku mówi. Obaj stawią się w Polsce i to w odstępie kilkunastu dni. Pan Portnoy przyjedzie na dwa koncerty z Neal Morse Band, a pan Mangini pojawi się na jednym występie, oczywiście w składzie Dream Theater.

Ile to już lat minęło? 11. Dokładnie 8 września 2010 roku Portnoy spakował swoje zabawki i powiedział, że zmienia lokal. Późniejsze przesłuchanie, które okazało się marketingowym hitem wyłoniło (powiedzmy, że to było na serio…) nowego bębniarza, który miał łamać, giąć i kręcić warstwę rytmiczną w zespole będącym wyznacznikiem muzycznej wirtuozerii. Jaki tego efekt? Każdy ma swoją ocenę wartości muzycznej. Ja tam zachwycony specjalnie nie jestem, a najnowszy singiel już w ogóle natchnął mnie do tego, by wysłać go do Jacka Tomkiewicza, by ten zamieścił go w swojej serii „Gdzieś to już słyszałem”.

Zwykło się mówić, że czas leczy rany… ale chyba nie w tym przypadku. Temat rozpłaszczenia muzyki Dream Theater jest bardzo żywy i frustracja co niektórych wręcz narasta. Swoje zrobił też najnowszy album Liquid Tension Experiment, gdzie Mike Portnoy znowu skrzyżował swoje pałeczki z gryfem Johna Petrucciego (solowej płyty „Pietruchy” w takim kontekście nie wliczam, ponieważ „Portek” był tam na zasadzie sidemana). Odżyły wspomnienia pulsujących i przestrzennych piosenek Dream Theater, mimo że LTE wielce wybitnym albumem nie jest. Dla wielu słuchaczy (nie tylko fanów) winowajcą obecnego stanu rzeczy jest rzecz jasna Mike Mangini. Nieważne, że Petrucci odkąd zaczął pakować na siłce, zaczął w swoisty sposób pakować gitarą, że Rudess do znudzenia plumka te swoje katarynkowo-cyrkowe melodyjki z feelingiem pianisty z kowbojskiego saloonu, że pan wokalista w studio bez autotune’a wyglądałby jak ślepy na zawodach strzeleckich – a może trafi. Winny jest Mangini. Fakt, że ma zupełnie inny styl od swojego poprzednika, ale znam kilka przypadków, gdzie Mangini mocno potrafił zaskoczyć swoim czuciem gry. Nie tylko mnie, ale chociażby Dennisa Chambersa - co wiem bezpośrednio od niego samego (wszakże obaj są Pearl i Zildjian, więc spotykali się na gruncie warsztatów i campów). Pech Mike’a jest taki, że wszedł w miejsce bębniarza, którego nie da się zastąpić, ale przede wszystkim trafił w fatalny okres, gdzie faktycznie kapela potrzebowała dłuższej przerwy, z resztą tak jak optował Portnoy. Zamiast tego zespół pogrążył się niczym Smeagol w swoim dzierżeniu pierścienia przeistaczając się powoli w Golluma. W tym okresie Portnoy nie próżnował, bo ciężko by taki muzyk i osobowość miał pusty grafik. Pracując nad kolejnymi projektami, kątem oka zerka jednak na swój stary zespół, co nie jest dziwne, przecież sam go zakładał i ostatecznie stworzył coś co stało się przełomem dla wielu instrumentalistów. Żelazny Mike jest zbyt wrażliwy, by było inaczej, chociaż oficjalnie dystansuje się do całej sytuacji, co akurat wydaje się najrozsądniejsze. Ale wersja oficjalna to jedno, a to co dzieje się za kulisami to drugie. Ileż to historii już słyszałem na ten temat i mimo że część z nich jest pewnie mocno podkręcona to część jest prawdą, tym bardziej, że sam miałem z tym styczność.

Z drugiej strony warto posłuchać co robi chociażby w zespole Neala Morse’a, jak zagrał na wspomnianej solówce Petrucciego czy LTE. Kilka lat temu miałem przyjemność być na urodzinach marki Tama podczas NAMM Show. Jednym z gości był Portnoy, który zagrał z ekipą wymiataczy kilka numerów DT i LTE. Zdaniem większości był to jeden z najgorszych występów wieczoru. Portnoy prowadził zespół chaotycznie, niedbale. O ile żywiołowe The Winery Dogs może ponieść z marszu, to podobne ogarnięcie repertuaru Dreamów nie jest już tak proste i chłop musiałby ciut przysiąść, celem odświeżenia i wprowadzenia większej dyscypliny gry. Poza tym nowy repertuar może być poza zasięgiem Portnoya, i to nie dlatego, że jest nie do ogarnięcia, bo to muzyk wybitny, ale właśnie dlatego, że trzeba by było nad nim długo posiedzieć, a on już nie ma cierpliwości do takich rzeczy. Nie ten wiek, nie ten moment kariery. Chociaż prawdę mówiąc wiele utworów do nauki by nie miał, o ile w ogóle. Coś jak Bill Ward w Black Sabbath miałby się uczyć numerów z płyt „Seventh Star” lub „Forbidden”. Swoją drogą, czasami mi się wydaje, że Mangini celowo rzeźbi w tych kawałkach tak, by broń Boże ewentualny następca nie miał za łatwo.

 

No ale do brzegu – czy powrót Portnoya do DT jest możliwy? Moim zdaniem tylko na zasadzie gościnnych występów, zapewne w ujęciu sentymentalnym. Przez te 11 lat ich drogi rozeszły się za szeroko, a ostatnie wspólne pobrzękiwania panów to potwierdziły, bo mimo pochlebstw regularnych klakierów, muzycy należą do tych myślących i doskonale wiedzą co im wyszło. A „efektu Portnoya” nie ma. Wiadomo, że mając ponad 50 lat koła na nowo nie odkryje i będzie operował tymi samymi środkami wyrazu, ale można przecież szlifować samą estetykę, czego za bardzo nie czyni, chociaż w sumie specjalnie mu się nie dziwię. A Mangini? Robi co ma robić, jest oddanym i lojalnym muzykiem. Trzeba mimo wszystko pamiętać, że gdyby nie grał tego co chce „zarząd”, to nie grałby w ogóle. Jest absolutnym wirtuozem, który przedstawia swoje pomysły, ale czy przechodzą one w zespole tak, jak przechodziły pomysły jego poprzednika? Chyba ten współczynnik demokracji jest tu nieco inny.

Tymczasem polecam utwór „A New Beginning” z płyty „The Astonishing”, który uważam subiektywnie za najlepszy w DT ery Manginiego, szczególnie drugą jego część.

Quiz - MORE REMO
1 / 12
Jak nazywają się naciągi do cichego grania?
Dalej !
Left image
Right image
nowość
Platforma medialna Magazynu Perkusista
Dlaczego warto kupić dostęp do serwisu Magazynu Perkusista?
Platforma medialna magazynu Perkusista to największy w Polsce zbiór wywiadów, testów, lekcji, recenzji, relacji i innych materiałów związanych z szeroko pojętą tematyką perkusyjną.
Dowiedz się więcej
Promocja! Miesiąc za "piątaka"